wtorek, 6 października 2015

002 Ślub i ewakuacja

Lupin kazał mu obiecać, że nie będzie się wymykał z Nory i przez kilka następnych dni Harry rzeczywiście posłusznie siedział w domu. Na czas wesela musiał wypić eliksir wieloskokowy z włosem jakiegoś mugola, aby goście weselni nie znali jego tożsamości. Harry włożył swoją czarną szatę wyjściową i spojrzał na siebie w lustrze. Miał kręcone blond włosy i był o jakieś pół głowy niższy niż normalnie, co sprawiało, że brzeg szaty dosięgał podłogi.
-Jak ja mam w tym niby chodzić? Prędzej czy później się wywalę.
Ron siedzący na łóżku, podniósł na niego wzrok.
-Jeśli chcesz, mogę ci pożyczyć swoją starą szatę wyjściową – zaproponował całkiem poważnym głosem, ale po chwili nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Harry zignorował go.
- Snape w takich chodzi – oznajmił z wściekłością, jaką odczuwał za każdym razem, kiedy pomyślał o tym człowieku. – W obszernych, czarnych firanach, pranych tak regularnie jak jego włosy…
-Harry, zdajesz sobie sprawę z tego, że bredzisz, prawda?
Do pokoju weszli bliźniacy.
-Macie już zejść i pomóc poustawiać krzesła – oznajmił Fred, a George poczęstował się czekoladką z bombonierki Harry’ego, która leżała na komodzie.
-Harry, jesteście już przygotowani? – zapytała cicho Hermiona. Stali na uboczu, przyglądając się przybywającym gościom weselnym. Ron, razem z braćmi, musieli się z nimi witać i zabawiać rozmową.
-Coo? – zapytał dość nieprzytomnie, przyglądając się jak Ginny i jej kuzyni śmieją się z czegoś głośno. – Ah, tak. Włożyliśmy spakowane plecaki do szafy.
Hermina wyginała palce ze zdenerwowania.
-Czyli nie zostajemy do końca? – zapytała po raz trzeci tego dnia.
-Nie. Tylko dopóki będziemy musieli. – odpowiedział cierpliwie Harry.
-Powiedziałeś już o tym panu Arturowi? – upewniła się.
-Tak – skłamał. Cholera, zapomniał o tym.
Zobaczyli niezgrabnie idącego w ich kierunku chłopaka o ciemnej karnacji. Prawie się nie zmienił, od kiedy Harry widział go ostatni raz.
-Wiktor! – zawołała nieco zdziwiona Hermiona i ruszyła ku niemu z szerokim uśmiechem. Wiktor, zerkając na Harry’ego blondyna, ponad ramieniem dziewczyny, obrzucił go wrogim spojrzeniem.
Harry wycofał się i zniknął w tłumie. W końcu zobaczył pana Weasley’a pogrążonego w rozmowie z ojcem Fleur.
-Panie Weasley – zaczął Harry, kiedy mężczyźni na moment zamilkli – Muszę zamienić z panem słówko.
Ojciec Fleur mrugnął do niego i odszedł na moment.
-Coś się stało? – pan Weasley zmarszczył czoło.
-Nie, nie, chciałem tylko powiedzieć – rozejrzał się dyskretnie. – Że dzisiaj znikniemy. Nie martwcie się więc, że nas nie będzie.
Artur, który jeszcze chwilę temu gawędził sobie wesoło, teraz był śmiertelnie poważny.
-Artur? – wykrzyknął jakiś może pięćdziesiącio paro letni mężczyzna z dużym, rudym wąsem, kładąc dłoń na jego ramieniu. Pan Weasley uśmiechnął się doń nieco sztucznie. Zaraz znów spojrzał na chłopaka, aby skinąć lekko głową, na znak że zrozumiał.
Harry czuł się trochę jak duch, przemykając między głośnymi czarodziejami, którzy wszyscy witali się ze sobą nawzajem. Wokół panowała wesoła, niemal beztroska atmosfera, jakby nikt nie pamiętał o tym wszystkich strasznych rzeczach, które działy się w świecie.
***
Po ceremonii ślubnej wszyscy przenieśli się pod ogromny namiot, gdzie czekała już na nich orkiestra. Na podłużnym stole przy wejściu ostawione były samo uzupełniające się kieliszki z alkoholem.
Po chwili parkiet zapełnił się tańczącymi parami. Harry większość czasy spędził, siedząc samotnie przy stoliku i gapiąc się na wszystko wokół. Raz wyszedł na parkiet i zatańczył z Hermioną, kiedy Ron wirował ze swoją siostrą. Kiedy piosenka się skończyła, szybko uciekł, zanim Ron wrócił do tańca z Hermioną, a Ginny została sama…
W pewnym momencie przy stoliku obok usiadło kilka wystrojonych pań w podeszłym wieku i Harry słyszał jak po kolei obgadywały większość zaproszonych na wesele osób. No cóż, było to dosyć ciekawe, nie mógł powiedzieć że nie. Szczególnie spodobała mu się opowieść o tym jak rodzeństwo Weasley’ów odwiedziło kiedyś swoją ciotkę i wyjadło wszystkie słodycze z barku, a potem mały Ron zwymiotował na jej drogocenny dywan. Zakodował, aby wspomnieć kiedyś Ronowi o tej sytuacji.
-A ty co tu robisz? – zapytała go ciotka Rona, zauważając nagle że obok nich siedzi.
-Eee…
-Nie znam cię. Jesteś z rodziny panny młodej? – zapytała mrużąc lekko oczy.
-Nie… to znaczy tak. Tak, jestem.– odpowiedział plącząc się lekko.
-Okropna dziewucha – warknęła, wypijając zawartość kieliszka, który trzymała w ręku.
Pozostałe kobiety zaczęły głośno wyrażając swoje zdania na ten temat.
Harry skorzystał z chwili, kiedy przestały zwracać na niego uwagę. Wstał i przeszedł się wokół parkietu. Dużym łukiem ominął stolik z kieliszkami ognistej whisky, nie chcąc za bardzo kusić losu. Nienawidził alkoholu. Trzęsło go, kiedy widział jego tak dużą ilość. Może nienawidził nie tyle alkoholu, co pijanych ludzi. Ale to poniekąd to samo, prawda?
Słyszał jak starsze kobiety mówiły o starym Aaronie Hodsonie od kiedy w młodości został zaatakowany urokiem, miewał problemy zdrowotne. Miał zwyczaj nosić przy sobie rdest ptasi, który według niego pomagał mu kiedy czuł się gorzej (rdest ptasi jest prawdopodobnie używany do wyrobu miody pitnego – inf. od autorki). Roślina ta należała do rzadkich i ostatnio ministerstwo zdecydowało się usunąć ją ze sprzedaży, jako że jest głównym składnikiem eliksiru wieloosobowego. Harry dobrze wiedział, kto za tym stoi.
Więc teraz, widząc jak czarodziej odchodzi od stolika, zostawiając na krześle swoją marynarkę, w której prawdopodobnie znajdowała się ingrediencja, postanowił ją zwinąć. Panu Hodsonie nie była naprawdę potrzebna, za to im mogła się przydać.
Przez chwilę zastanawiał się co oznacza fakt, że pierwszy dzień, w którym zaczął poszukiwać horkluksy, już uczynił go złodziejem.
Przy stoliku niedaleko orkiestry siedziali Lupin, Tonks oraz jej rodzice. Harry postanowił przywitać się z Lupinem, więc zbliżył się do nich i uśmiechnął. Dopiero, kiedy zobaczył ich nieco zdziwione miny uświadomił sobie, że przecież oni nie widzą Harry’ego Pottera. Cholera. Nie powinien był podchodzić.
Jednak w momencie, kiedy spojrzał na twarz matki Nimfadory, zapomniał o swoim kłopotliwym położeniu. Była tak bardzo podobna do swojej siostry, Bellatrix że przez jedną krótką chwilę Harry myślał, że to właśnie ona tu siedzi.
Jej mąż odchrząknął głośno. Harry odwrócił wreszcie od niej wzrok i zamknął usta. Cholera.
Stanął za krzesłami Lupina i Tonks.
-Oczy mylą – oznajmił lekko śpiewnym głosem. – Lupinie, posiadasz coś mojego, a ja tego potrzebuje.
Chodziło mu o pelerynę niewidkę, którą Lupin, mimo jego protestów, zarekwirował po ten nocy, kiedy Harry wyszedł schowany pod nią z domu. Lupin uśmiechnął się do niego lekko, choć nieco nerwowo.
-Cześć, Harry! – powiedziała nieco za głośno Tonks. – O co mu chodzi? – spytała już nieco ciszej.
-Jest w twoim pokoju, pod szafką. Nie zabrałbym ci jej – wyjaśnił mu Lupin.
-Dobra, dzięki – odpowiedział Harry.
-To Harry Potter? – upewniła się Andromeda.
-Miło panią poznać – odpowiedział  sztywno. – Muszę znikać – pożegnał się.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła już jedenasta. Hermiona złapała go chwilę później, aby szepnąć:
-Za piętnaście minut w waszym pokoju?
Więc musiał się powoli zbierać. Ale najpierw chciał zatańczyć z Ginny. Wypatrzył jej rudą głowę obok jakiegoś chudego, jasnowłosego chłopaka.
-Mogę? – zapytał ją, wyciągając dłoń. Z lekkim oporem przyjęła ją.
Przez kilka następnych minut tańczyli ze sobą, nie odzywając się.

W końcu Harry po raz kolejny tego wieczoru ulotnił się.

niedziela, 4 października 2015

Huncwoci Klasa Szósta Rozdział 8

-To trochę niesprawiedliwe – powiedział Remus, kiedy siedzieli wieczorem przy kominku, w pokoju wspólnym. – Przyjąłeś do drużyny Tobiasa, dlatego że jest znajomym ścigającej!
-Bramkarza – poprawił do James. – Przyjąłem go dlatego, że jest dobry, a nie dlatego że ona się z nim przyjaźni.
-Ale innym nie dałeś nawet szansy! Wszyscy gadają, że do drużyny ludzie dostają się wyłącznie dzięki znajomością. I uważam, że mają rację.
-Żeby dostać się do drużyny trzeba być przede wszystkim dobrym, ale trzeba wziąć pod uwagę również fajność. Drużyna to elita, musimy być cool. Ten nowy gościu jest i dobry i fajny, więc się dostał.
-Ale, to po prostu NIESPRAWIEDLIWE – powiedział Lupin.
James założył dłonie za głowę i oparł się wygodnie w fotelu.
-No cóż, tak to już jest, że życie nie jest sprawiedliwe – oznajmił i ziewnął potężnie.
-To co, imprezka? – zaproponował niepodziewanie Syriusz.
James wstał gwałtownie.
-Imprezka. Zawsze. Wszędzie. – wskoczył na stół wrzeszcząc na cały głos ,,IMPREZKA” po czym pognał w stronę dormitoriów dziewczyn, a kiedy schody zamieniły się w zjeżdżalnię, chwycił się barierki i wspiął się z jej pomocą na górę, bardzo przypominając małpkę.
Syriusz, Peter i Remus patrzyli za nim zdumieni, aż do póki nie zniknął z widoku. Syriusz pokręcił głową.
-On jest nienormalny – stwierdził.
-Zrobi się ciekawie, kiedy opije się ognistą whisky.
Niecałe pół godziny później pokój wspólny wcale nie przypominał pokoju wspólnego. Zniknęły wszystkie stoły, zwykle zawalone książkami i pergaminami, a fotele zostały poodsuwane pod ściany. Po pomieszczeniu latały kolorowe iskry, oświetlające trochę ciemność panującą w środku, oprócz tego świetleniem był też zapalający się i niknący fluorescencyjny żółty na suficie.  Dodatku na przejście za portretem rzucono zaklęcie wyciszające, dzięki któremu na korytarzu nie było słychać głośnej muzyki, która rozgrzewała w całej wieży Gryffindoru.
Na jedynym pozostawionym stoliku, huncwoci powystawiali piwo kremowe, ognistą whisky i trochę słodyczy z Miodowego Królestwa. Część z tych rzeczy wzięli z kuchni, a część była przyniesionymi z ich sypialni zapasami, które co jakiś czas uzupełniali.
W pomieszczeniu znajdowało się już wielu uczniów i co chwilę ktoś do nich dołączał. Większość młodszych uczniów się ulotniło, a niektórzy lubiący takie imprezy zostali. Huncwoci zawsze starali się wyganiać z ich hucznych imprez młodszych uczniów, którzy nieraz po raz pierwszy w życiu próbowali napojów alkoholowych i ściągali przez to na piątkę problemy.
O 20.00 impreza trwała już na dobre. Prefekci z piątej i siódmej klasy, próbowali interweniować, ale skończyło się jedynie na zamknięciu niektórych małych uczniów w pokoju i zapieczętowaniem drzwi zaklęciami zamykającymi.
A co do prefektów z szóstej klasy – Remus w ogóle sobie odpuścił, a Lily pobiegła prosto do Jamesa i zaczęła na niego głośno krzyczeć, ale jej głos został prawie całkowicie zagłuszony przez muzykę. W końcu koleżanki zaciągnęły ją do pokoju i próbowały uspokoić.
-Nie możesz po prostu wyluzować? – zapytał Andromeda, która własnym ciałem zasłaniała wyjście z pokoju.
-Chociaż raz – poprosiła Mary. – To oni będą mieli kłopoty, a nie ty.
-Jestem prefektem!
-Nie tylko ty. Lupin sobie nic z tego nie robi.
-Bo on jest… eh… Nieodpowiedzialny!
-Wcale nie. Daj spokój – Andromeda wyszła z pokoju i dołączyła do imprezy.
***
Dorcas podeszła do niej, przepychając się między tańczącymi uczniami i podała jej butelkę piwa kremowego.
-Wyluzuj – krzyknęła jej do ucha.
Stanęła obok niej, ale po chwili została porwana do tańca, przez jakiegoś chłopaka. Lily wypiła piwo kremowe, jednak ponieważ miało one w sobie niewiele alkoholu, była niemal całkowicie trzeźwa. W  tłumie mignął jej Potter, tańczący z jakąś dziewczyną, która śmiała się głośno. Lily chwyciła ognistą whisky i wzięła mały łyczek. A potem kolejny.
***
Syriusz świetnie się bawił. Ta impreza była chyba najlepsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek przygotowali. Co chwila tańczył z jakąś dziewczyną. Właśnie zobaczył w tłumie jakąś ładną, trochę młodszą dziewczynę z kręconymi włosami. Podszedł do niej, tanecznym krokiem i objął od tyłu. Ona zachichotała i po chwili zaczęli tańczyć, trzymając się za ręce. Potem wypili jeszcze trochę whisky i znów tańczyli. Nagle dziewczyna przystanęła i wyrwała się z jego objęć. Nawet w tak kiepskim oświetleniu, jakie było wokół, Syriusz zauważył że jest zbyt blada. Dziewczyna wychyliła się na bok i zwymiotowała. Łapa zachichotał cicho.
-Ohyda – powiedział sam do siei, szeroko się uśmiechając.
***
James był już kompletnie pijany. Kręciło mu się w głowie i nie mógł złapać równowagi, kiedy stawał na jednej nodze, ale czuł się cudownie lekko i szczęśliwie. Wszystko wokół wydawało mu się śmieszne. I ta dziewczyna, Sara, albo Sandra, a może Samanta… nie mógł sobie teraz przypomnieć, ale czy to ważne? W każdym razie kręciła się za nim od początku roku. Trzepotała rzęsami, zagadywał na przerwach, a teraz wirowała wokół niego. Porwał ją w objęcia i pocałował.
***
Nie wiedziała ile minęło czasu. Było naprawdę fajnie. Tańczyła w tłumie, zdając sobie sprawę że nie jest trzeźwa, ale teraz nie obchodziło jej to. Nagle przed nią pojawił się Syriusz. Uśmiechając się pokazywał swoje ładne, proste zęby, a proste, przydługie włosy opadały mu na czoło. Wyglądał naprawę dobrze i zdawał się być miły. Kiedy wyciągnął do niej dłonie, bez wahania chwyciła je. Dlaczego nigdy wcześniej nie zauważyła, że on jest taki uroczy?
***
Impreza trwała przez dobre parę godzin i całe szczęście, że zaklęcie wyciszające było dobre, bo inaczej z pewnością przybyłaby tu opiekunka domu. Szóstoklasiści świetnie się bawili, choć pewne było, że następnego dnia będą to ciężko odchorowywać. W końcu wszyscy zaczęli się powoli ulatniać i w końcu muzyka ucichła.
***
James obudził się rano ze strasznym bólem głowy. Jego powieki były potwornie ciężkie. Podjął próbę otworzenia ich, ale światło oślepiło go, więc ponownie je zamknął. Zajęczał głośno. Spróbował obrócić się na bok, ale uświadomił sobie że na jego brzuchu coś leży. Coś włochatego i ciężkiego. Wzdrygnąć się gwałtownie i usiadł a leżąca na jego brzuchu głowa dziewczyna, razem z resztą ciał zsunęła się na ziemię. Dziewczyna wybełkotała coś niewyraźnie i znowu zasnęła. James wstał i ruszył chwiejnie przed siebie. Leżeli na podłodze, na korytarzu przed dormitoriami chłopaków. Wszystko go bolało i strasznie się lepił, jakby taplał się po wylanym kremowym piwie. Podniósł bluzkę i powąchał ją. Pachniała kremowym piwem. Wszedł do swojego dormitorium, mrużąc oczy i starając się nie myśleć o potwornym bólu głowy. Odkrył, że jest tu sporo ludzi, którzy normalnie tu nie mieszkają. Próbował ominąć leżące na ziemi ciało, ale zachwiał się i nadepnął na czyjąś dłoń.
-Auu – zajęczał Glizek.
Ale James nie przejął się tym zbytnio. Wlazł na swoje łóżko, na którym leżał Syriusz  i klęcząc na nim, zaciągnął kotary łóżka, żeby zrobiło się trochę ciemniej. Położył się obok przyjaciela i zamknął oczy.
***
Tymczasem pewna szóstoklasistka, z długimi blond włosami, zwlokła się z łóżka, czując że w ustach ma koszmarnie sucho i że lekko boli ją głowa. Napiła się trochę wody, wciągnął na koszulę nocną jeansy i bluzę, po czym zeszła do pokoju wspólnego. Wyglądał bardzo źle. Śmierdziało tu wymiocinami i potem, wszędzie walały się puste butelki, sufit nadal był żółty, fotele nie na miejscu, a stołów w ogóle nie było.
Przeraziła się nie na żarty. Przecież lada chwila może zjawić się profesor McGonagall, zaniepokojona, że tak wielu uczniów nie przyszło na niedzielne śniadanie. Wyciągnęła z jeansów różdżkę i wzięła się do roboty.
***
Eva Monis z pewnością uratowała huncwotom tyłek. Zresztą nie tylko huncwotom ale również wielu innym uczniom. Posprzątała pokój wspólny, schody i korytarze. Nie mogła jedynie znaleźć stołów, bo nie miała najmniejszego pojęcia, co chłopcy mogli z nimi zrobić. Zgodnie z jej przewidywaniami profesor McGonagall wpadła do wieży Gryffindoru zaraz po śniadaniu, jako że nie było na niej prawie nikogo ze starszym klas jej domu. Zdziwiła się widząc, że nie ma tu stołów, ani żadnego ucznia. Od razu skierowała się do pokoju huncwotów.
Z rozmachem otworzyła drzwi, uderzając nimi leżącego na ziemi Petera.
-Co pan robi na ziemi, panie Pettigrew? – zapytała. Zaraz potem oniemiała, widząc że w tym pokoju znajduje się prawie trzy razy więcej uczniów, niż powinno.
-Co tu się dzieje? – zapytała rozeźlona.
Wszyscy, którzy od dłuższego czasu nie spali, ale nie mieli siły podnieść się z łóżek (i podłogi) natychmiast oprzytomnieli i wstali, albo chociaż podnieśli się do pozycji siedzącej.
-Panie Black, dlaczego leży pan w łóżku z Potterem? – zapytała. Syriusz spojrzał w bok, na Jamesa na co obaj wybuchli śmiechem, nie mogąc się opanować. – I co… WY WSZYSCY tu robicie?
-Oni bali się burzy, prze pani i do nas przyszli – powiedział całkiem poważnie Syriusz.
Usta pani profesor zacisnęły się niebezpiecznie.
-Cuchnie tu alkoholem – oznajmiła. – Proszę prędko doprowadzić się do porządku, bo zaraz tu wrócę – oznajmiła złowieszczo i wyszła.
Jeśli huncwoci widzieli kiedyś profesor McGonagall tak bardzo złą, to nie pamiętali tego. Obeszła prawie wszystkie pokoje i zorientowała się że wielu uczniów jest najzwyczajniej w świecie na kacu. Część znajdował się też w pokojach innej płci, co było stanowczo zakazane. Odjęła swojemu domowi rekordową liczbę punktów, ale nie mogła ukarać wszystkich szlabanem. Zwołała się wszystkich prefektów i głośno na nich nakrzyczała. Była tak zła na Jamesa i Syriusza, że Black szepnął koledze, że chyba chce zamknąć ich do końca życia w celi azkabanu. Niestety nauczycielka usłyszała to i zezłościła się jeszcze bardziej. Chciała dać im szlaban do końca roku, ale dyrektor Dumbledore, choć również zły, przekonał ją, że w zasadzie to nie może tak surowo oceniać tej dwójki, bo przecież nie wie, czy to oni zorganizowali wszystko, a nawet jeśli to winnych i tak jest wiele więcej.
Przez kolejne dwa tygodnie temat imprezy stał się niezwykle popularny wśród uczniów Hogwartu. Syriusz słyszał jak jakiś Krukon uskarżał się głośno w Wielkiej Sali na to, że w ich domu nikt nie urządza imprez, a kiedy ktoś choćby głośno się śmieje w Pokoju Wspólnym, zaraz jest uciszany przez uczących się kolegów.