piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 10: Krukoni przeciw Gryonom

,,Na­wet ry­wali­zac­ja może być przy­jem­na gdy ludzie nie są so­bie wro­go nastawieni. ,,

Łapa


Kolejnego dnia obudził się bez niczyjej pomocy, ubrał się i zszedł do pokoju wspólnego, gdzie prawie cała drużyna czekała już na niego. Zaraz po nim zszedł pałkarz i mogli już zejść na ucztę do Wielkiej Sali. Kiedy weszli na śniadanie powitały ich oklaski Gryfonów, którzy jedli śniadanie. James czuł się znakomicie. Nie mógł się już doczekać, kiedy dosiądzie swojej miotły i uniesie się w powietrze.
Znajomi, którzy ich mijali życzyli im powodzenia. Wśród nich było też parę Puchonów. James z zadowoleniem stwierdził, że to głównie dziewczyny podchodziły do niego, aby uśmiechnąć się słodko i powiedzieć, że mu kibicują.
Przebrali się w czerwono-złote szaty, chwycili swoje miotły i wyszli na boisko.
Drużyna przeciwników wyszła na boisko w prawie tym samym momencie. Kapitanowie podali sobie dłonie.
James wyszczerzył się do publiczności. Później spojrzał na swojego przeciwnika. Był nim dość potężny, jak na szukającego, szóstoklasista, który patrzył na niego nieprzychylnie.
-Na miotły! – krzyknęła pani Durms – Start!
Gra się rozpoczęła. Piętnaście mioteł wzbiło się w powietrze.
-Wystaaartowali! – powiedział komentator, Kein Smity – Polly Junks, ścigająca Gryfonów, złapała kafel…
Zagłuszył go głośny jęk Gryfonów.
-David Fiew z Ravelcowu przejął piłkę, leeeeeeeci. Alex obronił! Odrzucił piłkę do Philipa…
James wzniósł się ponad nich wszystkich i obserwował chwilę, co dzieje się na boisku. Następnie zaczął latać w tom i w tamtą wyglądając znicza. Pens okrążał powoli boisko, co chwilę zerkając na swojego przeciwnika.
-Pierwszy gol dla Krukonów!
Uczniowie tego domu krzyknęli radośnie i z jeszcze większym entuzjazmem zaczęli  wymachiwać płótnami i plakatami z herbem swojego domu.
W kolejnych minutach Gryffindor zdobył siedemdziesiąt punktów, a Ravenclow dwadzieścia punktów więcej. Wszyscy z napięciem oglądali mecz dopingując głośno graczy. Ktoś na widowni przy każdym zdobytym golu Gryfonów wypuszczał z różdżki różnobarwne iskry, które doprowadzał do szału profesora mugoloznactwa, który siedział blisko mieszkańców domu lwa i iskry co chwilę podpalały mu długą brodę.
Tłum ryknął głośno, gdy przy miotle Dorcas pokazała się mała, złota piłeczka, ale James już ją zauważył. Skierował miotłę ku ziemi i pomknął ku niej. Dorcas tak przejęta oglądaniem przechodzącego z rąk do rąk kafla, nie zorientowała się, że tuż przy końcu jej miotły unosi się znicz.
James leciał do niej wyciągając dłoń, aby chwycić piłeczkę. Ścigająca słysząc coś, postanowiła sprawdzić co się dzieje, więc odwróciła miotłę, uderzając nią przypadkowo nadlatującego Pottera, który rozpędzony zeskoczył z miotły chcąc pochwycić za wszelką cenę znicz, jako że przeciwnik nadlatujący z drugiej strony był tuż-tuż. James wpadł na Dorcas, która nie zdołała utrzymać się na miotle, więc zaczęli spadać razem ku ziemi. Potter zdołał w porę wysunąć z rękawa różdżkę i zatrzymali się jakieś trzy stopy nad ziemią, po czym spadli na nią bezwładnie. Dorcas przetoczyła się na trawę, a James wstał szybko i w geście triumfu wyciągnął ku widowni dłoń, w której szamotała się złota piłeczka. Gryfoni wstali krzycząc z radości. Reszta drużyna wylądowała tuż przy Jamesie radując się głośno. Meadowes rzuciła mu się w objęcia i pocałowała w policzek.
W pokoju wspólnym Gryfonów rozpoczęła się balanga. Wszyscy chętnie oderwali się od codziennej nauki. Ktoś zdobył radyjko i pogłośnił muzykę tak, że było ją słychać aż na korytarzu.

Jamesa wciąż otaczał tłum. Każdy chciał z nim porozmawiać. Będąc w centrum uwagi, czuł się znakomicie.

Rozdział 9


Łapa
Ps. Następne będzie dłuższe ;).


Kiedy opowiedział co się stało przyjacielem nie kryli oburzenia.
-Jesteście nieodpowiedzialni – powiedział mu zmartwiony Remus – Powinieneś się cieszyć, że nie skończyło się to gorzej!
-Przecież pojutrze mecz… - jęknął Glizdogon. – On MUSI zagrać.
-Wiem przecież – odpowiedział z westchnięciem, zrezygnowany Łapa.
Lupin już otworzył usta, aby powiedzieć coś więcej, kiedy podirytowany Syriusz krzyknął.
-A co, to tylko moja wina?! Skąd mieliśmy wiedzieć, że uderzy w biblioteczkę?
Lupin zrozumiał, że nie powinien oskarżać Syriusza, bo podobna rzecz mogłaby się zdażyć, również kiedy on by stał obok.
-Jak to się w ogóle stało? – zapytał tym razem spokojniej.
Czuł się odpowiedzialny za swoich kolegów. To dla niego chcieli się nauczyć przemieniać w zwierzęta, aby muc towarzyszyć mu podczas jego co miesięcznych przemian.
-Chyba coś mu nie wyszło i pomylił zaklęcia.
W tym momencie po dormitorium wbiegły jakieś rozchichotane dziewczyny.
-Dlaczego nie ma was na imprezie? – zapytała nieśmiało jedna z nich.
-Niestety nie będzie nas, Piękna – odpowiedział Syriusz.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem, słysząc słowa przystojnego Gryfona.
-A gdzie jest James? – zapytała druga.
-Powinien zaraz wrócić – odpowiedział szybko Black – Poszedł się przejść.
Dziewczyny zrobiły rozczarowane miny.
-A ty dlaczego nie przyjdziesz?
-Filch dał mi szlaban na piwo kremowe – zażartował Syriusz.
***
-I jak, będziesz mógł grać? – zapytał Remus stojąc nad łóżkiem Jamesa w skrzydle szpitalnym.
-Tak, będę mógł – odpowiedział nieco zirytowany James. – Przed chwilą była tu Juliet… kiedy krzyczała, zrobiła się strasznie czerwona. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć już się rozdarła. Wiesz, jest w tym roku kapitanem i to ona jest odpowiedzialna za wygraną. A McGonagal jest nową opiekunką domu i bardzo na nią napiera…
Siedzieli przez chwilę w milczeniu. W ich przyjaźni najpiękniejsze było to, że zmartwienie jednego z nich, było zmartwieniem całej czwórki.
-Kiedy wychodzisz? – zapytał Peter.
-Dzisiaj wieczorem. Namówiłem panią Strauss, żeby mi pozwoliła wyjść i przespać się w swoim łóżku przed jutrzejszym meczem.
***
Kiedy wieczorem opuścił skrzydło szpitalne i szedł do wieży Gryffindoru, spotkał po drodze Lily.
-Jak tam? – zagadnął.
Spojrzała na niego na chwilę.
-Znowu szukałeś guza? – zapytała chłodno. – Podobno byłeś w Skrzydle Szpitalnym.
-Sam mnie znalazł.
-Zawsze znajduje.
-Flirtujesz ze mną? – zapytał słodkim głosem.
Lily prychnęła pogardliwie.
-Chciałbyś…
-Będziesz jutro na meczu? – zapytał.
Odwróciła się i odeszła nie zaszczycając go odpowiedzią.
-Milutka… - prychnął James.
Ku jego zaskoczeniu, mimo że była już dość daleko, Lily usłyszała to i odwróciła się do niego, ale James nie chciał już dalej się z nią wspierać, więc odszedł.

Lily ogarnęły wyrzuty sumienia. Może rzeczywiście powinna być dla niego trochę milsza?

wtorek, 20 stycznia 2015

Rozdział 8: Rogacz animag

Tym razem bez cytatu, bo... bo tak.
Łapa


Październikowe, smutne dni mijały szybko. Drużyna quidditcha skompletowała się. Dołączyły do niej nowe talenty : Dorcas Meadowes, jako ścigająca i George Pallis, jako pałkarz. James był zadowolony. Drużyna była naprawdę dobra i nie miał najmniejszych wątpliwości, że wygrają listopadowy mecz ze Ślizgonami. Dryżyna teraz często przesiadywała razem w pokoju wspólnym omawiając taktykę. Syriusz przysiadał się do nich i żartował z nimi głośno oraz doradzał w taktyce.
Lupin był trochę przygnębiony. Ciążyła mu jego przypadłość, która nieubłaganie dawała o sobie znać co dwadzieścia osiem dni.
Po deszczowym, smutnym październiku zaczął się listopad i teraz wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali na pierwszy w tym sezonie mecz quidditcha, który miał mieć miejsce w drugim tygodniu miesiąca. Drużyna ćwiczyła teraz codziennie, mimo niskiej temperatury i James co dzień wracał zmęczony i ubłocony, ale szczęśliwy mówiąc, że drużyna jest naprawdę dobra.
Dwa dni przed meczem siedział w dormitorium ponownie ekscytując się starciem ze Ślizgonami i zdawał się nie zauważać ponurych min Syriusza i Lupin. Remus nagle oświadczył, że musi położyć się spać, przerywając Jamesowi wykład na temat drużyny.
-Żartujesz? Dzisiaj balanga u dziewczyn! Czekają na nas! – krzyknął oburzony James.
-Nie idę z wami, jestem zmęczony – odparł smętnie.
Syriusz wyszedł z dormitorium, a Rogacz, nieco zdziwiony,  za nim. Kiedy odeszli kawałek, Syriusz przystanął gwałtownie.
-Idioto, wiesz który dzisiaj jest? – zapytał Syriusz.
-No jasne! Dziesiąty listopada – odparł nieco urażony Rogacz.
-No właśnie, a zerkałeś na fazę księżyca, wczoraj za astronomii?
James zaniemówił. Po chwili otrząsnął się.
-A więc pełnia – odrzekł.
-A więc pełnia – powtórzył zniecierpliwiony Łapa.
-Lupina nie będzie na meczu.
-Tak i naprawdę mu tego nie zazdroszczę – wzdrygnął się i objął ramionami.
-Nie chce mi się jeszcze spać – powiedział.
-Nie idziesz na imprezę?
-Nie, ten pajac, Burnawer się wkręcił i nie chcę mi się z nim gadać. Ani na niego patrzeć. Zamierzałem wyciągnąć Lupina, bo tam będzie na dziewczyna z kółka gargulców i…no wiesz – spojrzał na niego znacząco – No, ale skoro Remus nie idzie, to chyba możemy sobie odpuścić. Chce ci się poćwiczyć?
-Zamieniane w animaga?
-No, a co innego?
-Brakuje nam informacji… chodźmy do działu ksiąg zakazanych. W zeszłym roku była tam taka naprawdę dobra książka. Kiedy przemieniałem się w lecie dotarło do mnie, że jeśli już nauczymy się przemieniać, to nie wiemy jak odzyskać swoją dawną postać.
-Dobra… Syriuszu, dobrze się czujesz?
-Niezbyt, jestem przeziębiony i strasznie nawala mnie głowa, ale nie chce zostać w skrzydle szpitalnym na noc, bo nie wypuszczą mnie na mecz.
***
-Masz ją? – zapytał James po kilkunastu minutach poszukiwań w dziale ksiąg zakazanych.
Syriusz, wyciągał właśnie jakąś starą księgę.
-Nie, to jednak nie ta. Pamiętam, że tamta miała zieloną okładkę i pierwsza literka tytułu z boku książki była niewidoczna.
-Mam! -  prawie krzyknął James, który wpatrywał się w piąty rząd książek, skąd wystawała duża, zielona książka.


-Poczekaj, nie wiemy, czy nie jest zaczarowana jakąś klątwą.
Syriusz wyciągnął ku niej różdżkę i wymamrotał jakieś zaklęcie. Kilka książek z rzędu wysunęły się do przodu, ale  ta o którą im chodziło, pozostała na miejscu.
-Dobra, nie ma klątwy. Accio książka – powiedział James, a ciężki podręcznik wylądował na jego rękach.
Usiedli przy nim i zaczęli wertować książkę.
-Ok., czyli trzeba ponownie zaczął przemianę, ale w odwrotnej kolejności.
-To trudne! – jęknął James czytając długi opis przemiany.
-W końcu to opanujemy, a wtedy nie będzie to sprawiać aż takiej trudności, zobaczysz –przekonywał Syriusz.
-Wiedziałeś, że jeśli jesteś uczulony za sierść i przemienisz się w animaga to do końca życia zostanie ci ogon? – zapytał zaskoczony James – Albo, że jeśli będziesz się przemieniał w czasie biegu, to nie możesz machać ogonem, bo możesz uszkodzić kręgosłup – przerzucił stronę – Błeee… ta kobieta pomyliła kolejność podczas przemieniania, spójrz gdzie ma rękę… 
Syriusz zatrzasnął gwałtownie książkę i wyrwał ją z rąk Jamesa, po czym odłożył na miejsce. Naciągnęli na siebie pelerynę niewidkę.
 Zatrzymali się w jakiejś pustej klasie i zdjęli szaty, oraz buty.
-Ty pierwszy – powiedział Łapa do Rogacza.
James chwycił różdżkę, zamknął oczy i powiedział w myślach zaklęcia skupiając się na poszczególnych częściach ciała. Jego kończyny zamieniły się w badyle, a twarz zaczęła przybierać zwierzęcy wyraz.
W tym momencie przemienianie zatrzymało się, a James upadł na podłogę w swojej ludzkiej postaci. Dyszał ciężko.
-Wszystko ok.?
-Tak… tylko trochę… bolało.
Syriusz podniósł go za łokieć i posadził na krześle.
-Odpocznij chwilę. Teraz moja kolej.
Syriuszowi wyszło znacznie lepiej. Stanął na czterech łapach będąc już prawie psem, ale wszystko cofnęło się i upadł na kolana.
-Suuuper, wyglądało odjazdowo – powiedział zafascynowany Rogacz.
-Zawsze wyglądam odjazdowo.
-Jako pies bardziej mi się podobasz – wyznał James.
-Ja za to w jeleniach nie gustuje. Próbujesz jeszcze raz? – zapytał.
-Tak, choć pewnie już mi nie wyjdzie tak dobrze.
Wstał i powtarzał zaklęcie skupiając się na nowo na swoich nogach, rękach, piersi i głowie.
Nagle poczuł ból w klatce piersiowej. Z nerwów pomylił zaklęcia. Uniósł się nad ziemię i z impetem uderzył w szafkę z książkami. Upadł ziemie, a ciężkie tomiska spadły na niego.
-Jezu… James! – Syriusz podbiegł do niego i drżącą rękom usunął książki za pomocą różdżki.
James miał twarz wykrzywioną od bólu i jęczał cicho.
-Choć do skrzydła szpitalnego – zdecydował Syriusz.
Złapał go za dłoń i pomógł wstać, co wyraźnie sprawiło koledze ból. Łapa zarzucił sobie jego rękę na kark i zaczął prowadzić go powoli ku wyjściu z sali.
W skrzydle szpitalnym pani Strauss przeraziła się widząc Jamesa w takim stanie. Natychmiast zajęła się nim.
-Coś ty znowu narozrabiał? – zapytała zaniepokojona. Zawsze bardzo go lubiła, bo często zajmował ją rozmową, kiedy odwiedzał skrzydło szpitalne z różnych przyczyn. – Mówiłam ci Słonko, żebyś bardziej na siebie uważał. – powiedziała surowo
-Stało mu się coś poważnego? – zapytał Syriusz widząc, że lekarka sadza jego przyjaciela na łóżku i daje jakiś eliksir.
-Nie wiem Żabko, wydaje mi się, że nie ale co się właściwie stało?
Syriusz zawahał się.
-No… uderzył w biblioteczkę i upadły na niego książki.
-Auuu… - wymsknęło się z ust Rogacza, kiedy pani Strauss nacisnęła na jego brzuch.
-W każdym razie musi zostać tu na noc. Zmykaj do pokoju, bo zaraz naskarżę nauczycielom, że jesteście po za swoim domem po ciszy nocnej.
Syriusz uśmiechnął się do niej niemrawo, poklepał Jamesa po ramieniu i wyszedł.



Rozdział 7: Niech październik już się skończy

,,Je­sienią gdy za ok­nem deszcz stu­ka w pa­rapet, a nos­talgia wkra­da do ser­ca, aby się og­rzać sięgnij do kuf­ra z marzeniami. ''

Łapa

Lily siedziała na swoim łóżku z pamiętnikiem w ręku. Nie wiedziała co ma w nim napisać, choć czuła silną potrzebę, aby się mu zwierzyć. Czuła się trochę… samotnie.
Mijał dzień za dniem, a wszystko coraz bardziej się psuło. Armanda znalazła sobie chłopaka i spędzała z nim każdy wolny czas, najwyraźniej nie życząc sobie towarzystwa koleżanek, które uważały że chodzi z kretynem. Mary ze swoim właśnie zerwała. No, właściwie to on z nią. Chodziła bardzo przygaszona i nie miała ochoty na rozmowy o niczym innym, niż o nim i powodach, przez które mógł ją rzucić. Kiedy Lily zaśmiała się w jej towarzystwie patrzyła na nią, jakby właśnie powiedziała jakieś wyjątkowo brzydkie słowo.
Przez to Lily najwięcej czasu spędzała z Dorcas, co wydawało jej się dziwne, jako że wcześniej lubiła ją najmniej ze swoich koleżanek. Osóbka ta nie potrafiła wysiedzieć zbyt długo spokojnie. Wciąż poznawała nowych ludzi i przesiadywała w pokojach chłopaków, którzy bardzo ją lubili, a ona czuła się w ich towarzystwie dobrze. Być może miało to związek z tym, że miała dwóch starszych i jednego młodszego brata. Kiedy Lily trzymała się blisko jej była zmuszona do rozmów z nieznajomymi i mimo że nie miała nic przeciwko im, wolałaby siedzieć gdzieś na uboczu.
Kiedy zaś chodziła za Mary, musiała wciąż ją pocieszać i wysłuchiwać jej żalów, co robiło się po jakimś czasie męczące.
Lily była też zła na Severusa. Znała go jeszcze zanim poszła do Hogwart lubiła z nim porozmawiać. Był jej przyjacielem, którego ceniła za umiejętność wysłuchania jej oraz za to, że nigdy się na nią nie złościł i nie obrażał. Ostatnimi czasy przyjaźnił się z naprawdę złymi typkami, o których Lily słyszała wiele złego. Banda ze Slytherinu słynęła z tego, że pragnęli zostać sługami Lorda Voldemorta. Bała się o Severusa. Wiedziała dobrze, że nie jest niewinny, znał przecież czarną magię i korzystał z niej. Jednak Lily nie mogła pogodzić się z jego głupotą i miała nadzieję, że zmądrzeje. Chciała porozmawiać z nim na temat Czarnego Pana, ale obawiała się tego, co może od niego usłyszeć.
Dzisiaj rozmawiała z nim, a on wpatrywał się w nią jakoś tak dziwnie. Lily nie podobało się to. Momentami nie słuchał jej a kiedy indziej nie wykazywał zainteresowania opowieściami o jej koleżankach. Kiedy w końcu korytarza pojawili się jego znajomi z domu węża Lily ostentacyjnie odeszła.
W końcu otworzyła pamiętnik i napisała tylko:
Drogi pamiętniku,
moje przyjaźnie są coraz cięższe. Mam wrażenie, że w końcu przyjdzie dzień, w którym zwariuję. Mam mnóstwo nauki i obowiązków.
Jeszcze ten pajac James Potter wydurnia się przede mną. On i jego przyjaciel, Syriusz Black są naprawdę dziecinni i głupkowaci. Ciekawe co znów wymyślili.
Tak bardzo chcę aby październik wreszcie się skończył.


Rozdział 6: Kilka drobnych spraw

,,Roz­bi­jając, wyideali­zowa­ny ob­raz Siebie,
zaczy­namy tra­cić wszel­kie złudzenia,
wchodzi­my na drogę, doj­rze­wania do mądrości... "

Łapa

Peter obudził się rano i przeciągnął zmęczony. Remus obudził się prawie w tym samym momencie, więc kiedy obrócił się na bok i usiadł, twarz Glizdogona była pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy. Przez chwilę siedział oniemiały, nie dowierzając temu, co widzi, aż wreszcie wybuchnął śmiechem.
-Hahahahahahah Glizdusiu, byłeś wieczorem na randce? – zapytał zaśmiewając się głośno.
Peter spojrzał na niego zaskoczony.
-Dlaczego masz to na twarzy? – zapytał, jeszcze nie całkiem przytomnie, kolegę, wskazując na niego palcem.
Lupin natychmiast przestał się śmiać. Pobiegł do łazienki, aby przejrzeć się w lustrze.
Jego twarz była pomalowana różową szminką, kredką do oczu i różnokolorowymi cieniami. Zmył to szybko przeklinając głośno Jamesa i Syriusza, po czym wrócił do pokoju z miską pełną wody z dzikim wyrazem twarzy.
-Co… co ty robisz? – zapytał zaskoczony Syriusz, który obudził się gwałtownie, gdy wylała się na niego lodowata woda.
James obudził się, przez jego głośne pytanie i usiadł na łóżku patrząc co się dzieje. Lupin machnął miską wylewając całą, pozostałą zawartość na osłupiałego Jamesa.
-Ja chciałem jeszcze spać – powiedział James tonem małego dziecka, cały mokry  trzęsąc się z zimna.
Syriusz patrzył na Lupina z wyraźną nienawiścią.
-Ty chyba po prostu bardzo lubisz nas budzić – powiedział burkliwie.
-Tak, to najcudowniejszy moment mojego dnia – odparł ironicznie Remus – Uwielbiam patrzeć na wasze skrzywione twarzyczki o poranku.
Syriusz już całkowicie doszedł do siebie.
-Twoja była ładniejsza. Och widzę że tobie Peter się spodobało, skoro tego nie zmyłeś ? Odtąd już zawsze będziesz tak się malować?
***
Zeszli na śniadanie, zapomniawszy już o nienawiści do siebie.
-Dzisiaj twoje ulubione eliksiry – powiedział Syriusz śpiewnie, mrugając porozumiewawczo do Jamesa.
-Tak, bo ja po prostu kocham eliksiry…
-I Lily Evans – dodał Syriusz – powinieneś napisać to sobie na bluzce, aby to ogłosić.
Przechodzący obok chłopak, spojrzał w ich kierunku, kiedy James odpowiedział u wykrzykując niecenzurowane słowo.
***
Na eliksirach Lily przesunęła krzesło jak najdalej od Jamesa i zajęła się swoim kociołkiem.
-Jak ci się dzisiaj spało? – nie mógł się powstrzymać James.
Lily łypnęła na niego groźnie, znad kociołka.
-Cóż, Dorcas obudziła się rano z pomalowaną twarzą – powiedziała zamyślona.
-Naprawdę? – zapytał James udając zdziwienie.
-Naprawdę – dodała potrząsając energicznie głową -  Powiem ci coś jeszcze. Na schodach prowadzących do dormitoriów dziewczyn leżał dywan. Dziwne, co nie?
-No…ciekawe skąd się tam wziął.
-No właśnie. A tobie, jak się spało? Masz mokre włosy? – zapytała ze zdziwieniem, marszcząc czoło.
-Ach, tak spałem w łóżku z Remusem, strasznie się ślini – wyjaśnił.
-W naszym pokoju też byliście razem? – prawie krzyknęła, nie mogąc już udawać że nie wie, co się zadziało.
-Bez przesady, nie musimy robić wszystkiego razem… - opowiedział niewzruszony jej podniesionym tonem, chłopak.
-Więc się przyznajesz? – zapytała Lily
-Do czego? – zapytał niewinnie.
-Do tego, że łaziłeś w nocy po naszym dormitorium?
-Nie, nie przyznaje się.
Lily ze złością, zmiażdżyła nożem żuka.
-Jeśli jeszcze raz tam wejdziesz… - zaczęła nie patrząc w jego stronę.
-To mnie pocałujesz.
Lily spojrzała na niego pogardliwie. I już miała coś dodać, kiedy James ją wyprzedził.
-To co, miałem cię zostawić samą, w tamtej klasie? –
-Co? – zapytała Lily zbita z tropu.
James spojrzał na zawartość jej kociołka, ponosząc brwi.
-No, no widzę że twój eliksir jest już prawie gotowy. Ważysz trutkę na komary?
Lily spojrzała na swój kociołek i zobaczyła, że wylewa się z niego gęsta, ciemnozielona piana. Naprawdę nienawidziła Jamesa Pottera.
***
Remus wszedł wieczorem do dormitorium i zobaczył Syriusza siedzącego przed biurkiem z długopisem w ręku. Wpatrywał się za okno tak intensywnie, że nawet nie zauważył przyjścia kolegi. Lupin stanął zaskoczony. Łapę nieczęsto widywało się przy biurku, z książkami.
-Syriusz –zaczął nieśmiało – czy coś się stało?
Syriusz wpatrywał się jeszcze przez chwilę w okno.
-Siedzę i myślę – zaczął – Siedzę i piszę.
Lupin zmartwił się jeszcze bardziej słysząc te słowa.
-A tu nagle piękny śpiew kanarków słyszę. Gdybym mógł tak pójść tam na dwór do nich. Choć na chwilę… zobaczyć jak żyją motyle.
Remus usiadł na krześle wciąż wpatrując się z osłupieniem w Łapę, który był odwrócony do niego tyłem. Lupin oparł brodę o tył krzesła.
-Zobaczyć tam ich życie skromne, takie niewinne. Zaczyna się ze wschodem słońca i gaśnie z zachodem.
Na chwilę zamilkł. Lupin zaczął bić brawo i gwizdać.
-Cudownie, zaprawdę cudownie, wzruszyłem się! – krzyczał, ocierając, nieistniejące łzy.
Syriusz wstał i wyszedł pokoju nie spojrzawszy na przyjaciela. Trzasnął drzwiami. Lupin wciąż siedział na krześle, kiedy niecałe pięć minut później, do pokoju  wszedł James w wyraźnie złym humorze.
-Ona mnie nienawidzi! – zajęczał – Ma mnie za durnia!
Wziął poduszkę i cisnął nią przez pokój. Ryknął bezsilnie, co zabrzmiało równie przerażająco, jak śmiesznie. Chwycił miotłę do quidditcha i wyszedł.

Lupin siedział jeszcze chwilę zastanawiając się co właściwie dzieje się z jego kolegami. Zmartwił się jeszcze bardziej, kiedy zobaczył krople walerianowe na szafce nocnej Petera. 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Sztuka jest rzeczą niepojętą

,,ommmmmmmmomommmmmmomommmmmmmmmmomomomomomommmmmmomommmmmmmomommmmmmmmomomomomom,ors,ldzx,,xe;ls,;erd.s.'r.;r.;rcx.;rcx.;rcdr;.d.er;d.r;..cxer;d.d..xr;s.d;e.x.x;x.;ed.cudulltufycyflfycydtjiyitfuyfdlyflfu;ukyyiiyyiugigigiigigugyduguguffyfy,kjgbokjhv kjhg
vljhjjhgfjhgfjhgfkjhjgommmmmmmmmmmomommmmmmmmmmmmmmomommmmmmmmmmmmmmmomomomomomommmmmmmmmmmmmmmomommmmmmmmmmmmmomommmmmmmmmmmmmmmomomomomom''
Bo sztuka jest rzeczą niepojętą.


   Łapa siedział na kanapie i grał na gitarze elektrycznej. Muzyka zawsze go uspokajała. Mało osób o tym wiedziało, ale Łapa uwielbiał muzykę i umiał grać na pianinie i gitarze. Tego dnia przyszła do niego Lily, by go odwiedzić i dowiedzieć się, co u niego słychać. Siedziała koło chłopaka i wsłuchiwała się w melodię graną przez niego na gitarze. Również uwielbiała muzykę. Od piątego roku życia uczyła się grać na pianinie.
   Lily wzięła do ręki kartkę i pióro i zaczęła pisać opowiadanie. Pisanie ją odprężało. Zanim dowiedziała się, że jest czarownicą chciała zostać pisarką. Teraz wolała dostać pracę w Ministerstwie Magii. Pisanie nie przestało jednak być jej pasją. Uwielbiała też czytać. Książki przenosiły ją w inny, lepszy świat i pomagało jej zapomnieć o  jej problemach: o tym, że nie dogadywała się z Petunią i o Voldemorcie czyhającym na jej i wielu innych osób życie.

- Lily

czwartek, 1 stycznia 2015

Równoległy Świat

Szczęśliwego nowego roku 2015! Zdrowia, szczęścia, pomyślności i wszystkiego, co najlepsze życzą autorki bloga - Lily i Łapa! 
Zapraszam na pierwsze opowiadanie w nowym roku!
Autorka : Lily
Równoległy świat, trzydzieści trzy lata temu
James bawi się z Harrym w salonie i nagle dostaje wiadomość, że Syriusz i Dorcas zostali zaatakowani przez śmierciożerców. Lily zaczyna bawić się z Harrym, a  James udaje się do ich domu. Nie ma pojęcia, że Syriusz i Dorcas są bezpieczni, a ta wiadomość miała na celu wywabienie go z domu.
                Lord Voldemort przekracza próg domu i wchodzi do holu. Widzi Lily bawiącą się z Harrym w salonie. Nagle kobieta go zauważa. Bierze Harry’ego na ręce i ucieka na górę. Voldemort wchodzi powoli po schodach na górę. Słyszy jej krzyk. Jest w pułapce. Próbowała zabarykadować drzwi, ale nie ma nawet przy sobie różdżki. Czarny Pan otwiera drzwi zaklęciem.
                Na jego widok Lily wrzuca dziecko do stojącego za nią łóżeczka i rozkłada szeroko ramiona, jakby to mogło pomóc, jakby to mogło pomóc, jakby zasłaniając dziecko, miała nadzieję, że zostanie wybrana zamiast niego. Voldemort zastanawia się przez chwilę, czy ją zabić, ale dochodzi do wniosku, że to tylko szlama i nie jest godna, by zginąć z jego rąk. Postanawia zostawić ją dla Bellatrix i odpycha ją siłą na bok, po czym mówi:
- Avada Kedavra.
                Pokój rozbłysnął zielonym światłem. Z ust Lily wydostaje się  przeraźliwy wrzask, ale nic nie jest w stanie odwrócić rzuconego już zaklęcia, które uśmierciło jej syna.
Lily nie jest  w stanie się ruszyć. Stoi  sparaliżowana i wpatruje  się w zabójcę, który wybucha straszliwym, zimnym śmiechem. Słysząc ten pozbawiony wesołości dźwięk czuje  chęć zemsty. Chce teraz tylko jednego. Aby Lord Voldemort cierpiał. Aby spotkał go tak straszny los, jak jej małego synka. Podbiega do szafki nocnej i chwyta leżącą na niej różdżkę, którą zostawiła tu rano. Zaciska na niej dłoń i czując palącą nienawiść obraca się ku Voldemortowi, który przestaje się już śmiać i wpatruje  się teraz w nią szeroko otwartymi oczami z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
Podnosi różdżkę na wysokość ramienia i wciąż patrząc w tą znienawidzoną twarz wypowiada mordercze zaklęcie.
Voldemort pada martwy na ziemię i w tym samym czasie do pokoju wbiegają James, Syriusz i Dorcas.
- Lily! – krzyczy James i podbiega do żony. – Co tu się stało?
- Voldemort nas dopadł. Zabił Harry’ego… Pomściłam jego śmierć… Na brodę Merlina! Zabiłam człowieka!
- On nie był człowiekiem! – krzyknął James. – Zrobiłaś, co musiałaś.
- Jestem teraz morderczynią! Zamkną mnie w Azkabanie.
- Nie zrobią tego – powiedział łagodnym głosem Syriusz. – Nie mają prawa. Poza tym każdy się ucieszy ze śmierci Voldemorta.
- Śmierciożercy mnie dopadną.
- Pomożemy ci z nimi walczyć. Najważniejsze jest zabicie Bellatrix, reszta pójdzie jak z płatka. Jeśli nie uda nam się ich wszystkich zabić i będą walczyć, możemy poprosić o pomoc Zakon.
- Nie chcę już nikogo zabijać  - powiedziała Lily.
- Nie musisz – do rozmowy wtrąciła się Dorcas. – Dumbledore  i reszta Zakonu wszystkim się zajmą. A jak się nie uda ich pozabijać, to można ich zesłać do Azkabanu, to ich wykończy…
*
Teraźniejszość, Nasz świat
                Pewnego zimowego dnia Harry dostał dziwny prezent. Była to zwyczajna poduszka. Została ona przysłana do jego gabinetu w Ministerstwie Magii. Była zaadresowana do niego, ale nigdzie nie było żadnej karteczki, po której mógłby wywnioskować, kto jest nadawcą owego dziwnego prezentu. Zastanawiał się przez moment, czy to przypadkiem nie Dursleyowie, gdy nagle poduszka zaczęła świecić. Harry wiedział, co to oznacza. Poduszka była świstoklikiem. Harry zawahał się, po czym chwycił za nią i poczuł znajome szarpnięcie w okolicy pępka. Harry wylądował w jakimś gabinecie, który był urządzony dokładnie tak samo jak jego własny. Jednak coś mu się nie zgadzało.  Na biurku nie było zdjęcia Ginny. Zamiast tego było tam zdjęcie innej rudowłosej kobiety. To było niemożliwe, ale było to zdjęcie Lily. Była  dużo starsza, niż w chwili, gdy umarła.
Teraźniejszość, równoległy świat
                Harry wyszedł z gabinetu, żeby zobaczyć do kogo on należy. Spojrzał na plakietkę i zamurowało go. Był tam napis:
James Potter
Szef Biura Aurorów
Harry zaczął zastanawiać się, gdzie jest i doszedł do wniosku, że jest to teraźniejszość w równoległym świecie. Zaczął zastanawiać się, czy on w nim istnieje, czy też nie.  Nagle minął go Ron. Harry zaczął machać do Rona jak szalony, a Ron popatrzył się na niego jak na idiotę, jednak w jego spojrzeniu nie dostrzegł ani rozbawienia, ani wrogości. Spojrzenie Rona było kompletnie puste. Harry doszedł do wniosku, że albo James i Lily nie mają dzieci, albo on zginął jako niemowlę.
Nagle Harry zobaczył w tłumie Syriusza. Wiedział, że Syriusza zdziwi zachowanie nieznajomego dla niego człowieka, ale postanowił podbiec do niego i się do niego przytulić. Zaczął biec w jego stronę. Krzyknął :
- Syriusz!
I wpadł ojcowi chrzestnemu w objęcia.
- James? – zapytał zdziwiony Syriusz klepiąc Harry’ego po plecach. – Czy to ty? Użyłeś jakiegoś eliksiru odmładzającego, czy przybyłeś tu z przeszłości? Jeśli to drugie, to jestem na ciebie zły, że mnie ze sobą nie zabrałeś.
Syriusz wypuścił chrześniaka z objęć.
- Nie jestem Jamesem – powiedział Harry. – Nie wiem, co to za miejsce, ale myślę, że trafiłem do równoległego świata. Nazywam się Harry Potter i jestem synem Jamesa i Lily.
- Ty zginąłeś! – powiedział zszokowany Syriusz.
- Nie.
- Zostałeś zamordowany! Wiele lat temu!
- Nie, nie w moim świecie.
- Jak to możliwe, że tu jesteś?
- Ktoś mi podłożył do gabinetu poduszkę, która okazała się jakimś zmutowanym świstoklikiem i przeniosłem się do gabinetu taty…
- Dziwne – powiedział Syriusz. – Zakładam, że to Fred zrobił ci żart.
- Fred w moim świecie umarł – odparł Harry.
- To może George?
- Ma depresję – odpowiedział Harry. – Załamał się po śmierci brata.
- To może to byłem ja lub twój ojciec.
- Wy też nie żyjecie…
- To może Lunio?
- Umarł.
- Lily?
- Umarła.
- Peter?
- Martwy…
- Smarkerus?
- Również umarł…
- Dumbledore?
- Snape go zabił.
- Tonks?
- Martwa.
- To może Ron?
- Tak, to mógł być on.
- Wasz świat musi być straszny… Czemu tak dużo osób umarło?
- Była wojna z Voldemortem i Śmierciożercami.
- Ktoś pokonał Voldemorta, czy jeszcze żyje i zabija?
- Ja go pokonałem. A jak jest w tym świecie?
- Lily go zabiła. On zabił Ciebie, a Lily zabiła go z zemsty…
- Zniszczono horkruksy?
- Co to jest?
- Voldemort się odrodził?
- Nie, Lily go zabiła.
- On jest nieśmiertelny. Podzielił swoją duszę i dopóki każda cząstka jego duszy nie zginie, on może się odrodzić.  Dumbledore żyje?
- Tak.
- Muszę z nim pogadać…
- Harry…?
- Tak?
- Jak zginąłem? – zapytał Syriusz.
- Wpadłeś za zasłonkę.
- Co?
- Wpadłeś za zasłonkę… W departamencie tajemnic jest taki pokój, w którym jest zasłonka, za którą są dusze martwych ludzi. Ty za nią wpadłeś …
- I to wszystko?
- Tak… Chciałem cię zza niej wyciągnąć, ale Lupin mi uzmysłowił, że umarłeś…
- I co było dalej?
- Pokłóciłem się z Dumbledorem i zdemolowałem mu gabinet.
- Słusznie.
- A jak zginęli pozostali Huncwoci?
- Tatę zabił Voldemort, gdy miałem roczek, Lupin został zabity w Bitwie o Hogwart,a Petera udusiła jego własna metalowa ręka…
- Jego własne metalowe co?
- Ręka … - odpowiedział Harry. – Dużo by tłumaczyć…
- A ja wpadłem za zasłonkę?
- Tak. To wszystko wina Bellatriks.
- Nigdy jej nie lubiłem.
 Syriusz zaprowadził Harry’ego do swojego gabinetu. Był aurorem, tak samo jak ojciec Harry’ego.  Rozmawiali, gdy nagle drzwi do jego gabinetu się otworzyły i do środka weszła ciemnowłosa kobieta w średnim wieku.
- Właśnie spotkałam Lily – powiedziała do Syriusza.  
Nagle kobieta dostrzegła Harry’ego.  
- Hej, James – powiedziała. –  Skąd wytrzasnąłeś zmieniacz czasu?
- To nie jest James – odpowiedział Syriusz. – Dorcas, poznaj Harry’ego Pottera.  Przybył tu  z równoległego świata, w którym James i Lily zginęli, a on przeżył.
- Harry? Nie wiem, czy wiesz, ale zajmowałam się czasami tobą jak byłeś mały – Dorcas podeszła do Harry’ego i przyjrzała się mu. – Masz oczy po Lily.
- Wiem – powiedział Harry. – Wszyscy mi to powtarzają.
- Co masz na czole? – zapytała kobieta pokazując na jego bliznę w kształcie błyskawicy.
- Oberwałem Avadą w dzieciństwie – odpowiedział Harry – ale udało mi się przeżyć, bo w moim świecie mama oddała za mnie życie.
- Czyli nie znasz Lily?
- Spotkałem ją dwa razy po jej śmierci, ale nigdy nie rozmawiałem z nią dłużej. Wychowywała mnie jej siostra, która ukrywała przede mną fakt, że jestem czarodziejem do jedenastego roku życia i trzymała mnie w komórce pod schodami…
- Nigdy nie poznałam siostry Lily i cieszę się z tego powodu – powiedziała Dorcas. - A co do Lily, to musisz ją poznać! To wspaniała kobieta! I nie wiem, czy wiesz, ale masz młodszą o dwa lata siostrę.
- Nie miałem pojęcia – odpowiedział Harry.

-Ma na imię Petunia po twojej ciotce i też pracuje w ministerstwie!
c.d.n.