piątek, 28 lutego 2014

Łapa:Harry i Ginny

Szedłem powoli wzdłuż ulicy Martewii. Raz jeszcze wyciągnąłem z kieszeni zaproszenie, które przyniosła mi sowa trzy tygodnie temu, zaproszenie na ślub, ślub Rona i Hermiony. Doznałem lekkiego wstrząsu po dostarczeniu przez sowę listu, gdyż moi przyjaciele nie wspominali w moim towarzystwie nic o żadnym ślubie. Wprawdzie spodziewałem się tego, ale jeszcze nie teraz...dopiero za jakiś czas.
Oczywiście cieszyłem się, że wreszcie Hermiona odpowiedziała ,,Tak" na zaręczyny Rona...ale ich ślub jest czymś w rodzaju przełomu. Zmiany pary kochasiów na żonę i męża, za czym idzie wspólne mieszkanie, odpowiedzialność i planowanie dzieci.
A Ginny na pewno pomyśli, że skoro oni...to ona i Ja...konkretne plany.
Nie byłem pewny czy jestem gotowy na coś takiego.
Trudno, co ma być to będzie.
Udałem się do Nory. Podejrzewam, że śluby w tamtym miejscu należą już do tradycji. Najpierw Fleur i Bill, później Goeorge i Angelina, Percy i Audrey, a teraz Ron i Hermiona...Być może pani Weasley, ze swoim doświadczeniem, niedługo otworzy dom Weselny? Tak to dobry pomysł...muszę się jej to zaproponować. Stanąłem na ganku przez chwilę nie wiedząc co zrobić, jakoś wcześniej nie miałem z tym problemu, zawsze wchodziłem bez uprzedzenia, czy choćby zapukania do drzwi. Kiedy już wyciągałem rękę w kierunku klamki, drzwi nagle otworzyły się tak gwałtownie, źe musiałem szybko odskoczyć w tył, aby nie oberwać nimi w głowę.
-Ojjj przepraszam cię kochaneczku, nie powinieneś tak się skradać! Stać pod drzwiami i czekać aż akurat wyskoczę z domu! - pani Weasley naskoczyła na zdziwionego mnie, po czym wzięła mnie w objęcia i wycałowała pośpiesznie, po czym pobiegła w stronę kurnika krzycząc-Wejdź do środka! Ginny już na ciebie od dawna czeka!
Wszedłem zastanawiając się, czy powinienem zamknąć drzwi, czy może zostawić je otwarte dla pani Molly. Ostatecznie przymknąłem je i po odwróceniu się rozglądnąłem po wnętrzu.
Dom był bardzo ładnie przyozdobiony, nie tylko z zewnątrz, ale także w środku, choć w pokoju panował lekki nieład, który tworzyły porozrzucane tu i ówdzie bliżej niezidentyfikowane przedmioty, których z pewnością nie powinno tu być. Na kuchence właśnie kipiała zawartość wielkiego garnka i kiedy tylko to zauważyłem, natychmiast doskoczyłem do kuchenki łapiąc po drodze łyżkę i starając się opanować sytuację. Kiedy zamieszanie zawartości garnka nic nie pomogła złapałem go, żeby odstawić na bok, na zlew, ale odwracając się zauważyłem...ją. Ze stromych schodów właśnie zeszła miłość mojego życia i po spojrzeniu na mnie stojącego w lekkim rozkroku, z rumieńcami na twarzy, rozczochraną czupryną i lekko przekrzywionymi okularami pochylonego nad przenoszonym właśnie garnkiem, zaśmiała się uroczo zakrywając usta dłonią, po czym ruszyła ku mnie, aby się przywitać. A ja jak zawsze po zobaczeniu jej, po dość długim rozstaniu zachwyciłem się jej pięknem i zastygłem na chwilę zapatrzywszy się na nią, co skutek miało taki, że połowa wrzącej zawartości garnka wylało się na moją koszulę i spodnie, a ja upuściłem go na ziemię krzyknąwszy krótko. Ginny, teraz z lekko zaniepokojoną miną natychmiast wyjęła różdżkę i jednym, krótkim machnięciem odstawiła garnek na zlew i wysuszyła moje ubrania. Skóra jednak wciąż była poparzona, a ona najwidoczniej nie znała zaklęcie, które mogłoby mi pomóc, więc poparzoną dłonią wyciągnąłem z kieszeni swoją różdżkę i wyszeptałem zaklęcie, które przyniosło mi lekką ulgę i nieco poprawiło stan poparzeń. Dopiero bardziej doświadczonej w tych sprawach pani Weasley udało się całkowicie usunąć rany.
-Zawsze coś...zawsze, wiesz Harry, bez ciebie ten świat byłby sto razy nudniejszy. Pamiętasz jak przy twojej ostatniej wizycie musieliśmy ewakuować wszystkich z domu i gasić go przez następne kilkanaście minut???-powiedziała rozbawiona Ginny.
Pamiętałem to bardzo dobrze, ale stwierdziłem że nie ma sensu podejmować rozmowy na ten temat. Pani Weasley biegała w tą i w tamtą co chwila przypominając sobie o nowych, niezrobionych rzeczach mamrocąc pod nosem coś w stylu ,,Jak zwykle wszystko na ostatni moment, WSZYSTKO..." albo ,,No doprawdy to nie to...nie tak powinno być...a mam tak mało czasu!". Widząc, że pani Weasley jest teraz całkowicie odizolowała się od reszty, będąc w swoim światku, w którym największym problemem był kolor firanek, lub nieodpowiedni wzór na talerzach stwierdziłem, że w żadem sposób nie jesteśmy w stanie jej pomóc ani ja ani Ginny, ani nikt inny.
-Chodźmy stąd...nie przydamy się tu nikomu - szepnąłem do ucha swojej ukochanej.
Ona kiwnęła głową. Chwyciłem jej dłoń i wyprowadziłem z domu.
-Tam gdzie zawsze? - zapytała
-Tak, właśnie tam.
Po czym oboje ruszyliśmy przed siebie gawędząc o mało istotnych rzeczach. Było nam razem bardzo przyjemnie. Trudno powiedzieć jak długo tak szliśmy, ale po jakimś czasie naszym oczom ukazał się cel wędrówki. Weszliśmy na przepiękną łączkę pachnącą wieloma wspaniałymi kwiatami, gdzie jeden piękniejszy był od drugiego. Różniły się od siebie barwą, wielkością kształtem, wonią. Wszystkie były wspaniałe. Pośrodku przepływał niewielki strumyczek, woda będąca w nim wydawała przyjemny dla ucha, cichutki szelest. Po drugiej stronie rosło potężne, rozłożyste drzewo, na którym jakieś małe, niebieskie ptaszki stworzyły sobie gniazdko.
Przychodziliśmy tu dość często, bo Ginny uwielbiała uwielbiała to miejsce i ja zresztą też. Godzinami leżeliśmy tu na ziemi patrząc w niebo i marząc o wspólnie spędzonej przyszłości w szczęściu i miłości. Ona czuła się kochana przeze mnie, a ja czułem się kochany przez nią. Podobnie było i tym razem, choć ze wszystkich spędzonych tu popołudni to właśnie to wspominam najgorzej.
Po zobaczeniu łączki Ginny natychmiast puściła moją dłoń i szeroko się uśmiechając pobiegła do przodu, po to aby po chwili wyciągnąć się wygodnie na trawie. Zaraz znalazłem się obok niej. Położyła głowę na moim ramieniu wtulając się w nie. Zamknęła oczy, ciągle się uśmiechając. Jak zawsze w takich momentach nie wiedziałem co powinienem powiedzieć, więc tylko objąłem ją, a drugą rękę wsunąłem sobie pod głowę.
-Wiedziałam, że zjawisz się już dzisiaj.
-Ron mówił, że wróciłaś wczoraj, chciałem się z tobą spotkać.
-Więc dlaczego nie przyszedłeś już wczoraj, skoro wiedziałeś, że tu jestem? Myślałam, że jestem dla ciebie najważniejsza.
-Chciałem dać ci chwilę na odsapnięcie. Ciężko trenowałaś przez ostatni miesiąc.
-Uspokoiłeś mnie...więc chodziło tylko o to, że nie chciałeś się naprzykrzać swoim towarzystwem...rozumiem...szlachetność i te sprawy....
-Masz czasami prawo do chwili odpoczynku...beze mnie wiszącego ci na ramieniu
-Jakbym miała cię dość, zapewniam, że powiedziałabym ci o tym.
I kiedy już otwierałem usta by znowu coś powiedzieć, walnęła mnie dłonią w brzuch, żebym był cicho.
Po chwili ciszy zapytałem:
-A jak tam w pracy? Macie w najbliższym czasie jakiś mecz? Mój kolega z ministerstwa wspominał coś o rozgrywce Harpii z Holyhead z jakimiś bułgarkami...
Ginny podniosła się lekko zmieniając pozycję tak, aby widzieć moją twarz.
-Tak, niedługo będzie kolejny mecz.
-I co? Po ślubie Rona od razu znowu wyjeżdżasz???-błędnie odczytując jej minę dodał szybko-Oczywiście całkowicie to rozumiem, musisz ćwiczyć...
-Harry?
-Hm?
Spojrzała mi prosto w oczy.
-Zrezygnowałam.
-Co? Z czego zrezygnowałaś?
-Z miejsca w drużynie.
Na chwilę zaniemówiłem niedowierzając słowom, które przed chwilą usłyszałem. Widząc jej trochę smutną minę przewróciłem się na bok i umieściłem jej drobne palce między swoimi dłońmi.
-Nie zapytasz dlaczego to zrobiłam?- zagadnęła nieśmiało. Już dawno nie widziałem jej tak speszonej.
-Zapytam-odparłem szybko-Dlaczego zrezygnowałaś z quidditcha? Coś się stało? Ktoś ci coś zrobił? Na kogo mam rzucić klątwę?
Uśmiechnęła się lekko.
-Nic szczególnego się nie stało i nikt mi nic nie zrobił, chociaż nie miałabym nic przeciwko temu, jakbyś potraktował jakąś mocną klątwę tę Bartithe, obrońcę...bo ostatnio się mnie przyczepiła i była naprawdę okropna...-widząc moją gotowość dopowiedział szybko-Oczywiście tylko żartuję!
-Nie odpowiedziałaś na jedno z pytań.
-Wiem...tak sobie pomyślałam, że mam już dwadzieścia dwa lata i pora porzucić tą niestałą pracę i pomyśleć trochę bardziej poważnie o przyszłości. Przez to moje jeżdżenie po świecie widywaliśmy się coraz rzadziej i bałam się, że w końcu...coś pomiędzy nami może się złamać-wyznała.
-No coś ty! Przecież...
-...nic pomiędzy nami nigdy by się nie złamało z powodu takiej błahostki? Nie mów tak. Już zaczęliśmy się od siebie oddalać i ty na pewno to wiesz...musiałeś zauważyć.
Postanowiłem, że nie ma sensu zaprzeczać, bo to byłoby oszustwem. Zamiast tego powiedziałem:
-Ginny doceniam to co zrobiłaś. Zdaje sobie sprawę jak dużym było to dla ciebie poświęceniem i trochę szkoda, bo Harpie z Holyhead straciły naprawdę wspaniałą zawodniczkę-poczekał chwilę, aż ponownie spojrzy mu w oczy-Jesteś najpiękniejszą i najcudowniejszą kobietą jaką kiedykolwiek poznałem i kocham cię całym sercem, dlatego szanuję twoją decyzję i jeśli uważasz, że tak będzie lepiej, ja też tak uważam.-zamilkł na chwilę-Jakbyś wiedziała jaka jesteś dla mnie ważna...jak rozświetlasz mój świat...dzięki tobie on nabiera sensu i jest wspaniały. Wspanialszy niż kiedykolwiek przedtem. Naprawdę bardzo cię kocham – wyszeptał -A dzisiaj...
-Harry...
Ginny przestała na niego patrzeć. Wytrzeszczyła oczy i jej buzia otworzyła się z cichym westchnieniem. Po chwili powoli wstała i zachwiała się
-Ginny!!!-krzyknąłem przerażony i natychmiast zerwałem się na równe nogi, aby po chwili złapać ją w objęcia, kiedy upadała bezwładnie na ziemię.
.....................................................
Znalazłam temat dla siebie, którego będę się trzymać! Jeśli ktoś to przeczytał to proszę powiedzcie co myślicie na jego temat! Jest ok, czy szukać innego pomysłu na opowiadania?!
Łapa

czwartek, 27 lutego 2014

Łapa:Chwila z wakacji huncwotów



Wiem, że dziwnie tak każde opowiadanie pisać o czymś zupełnie innym, ale na razie jakoś nie potrafię zdecydować się na konkretny temat ;).
ŁAPA

............

-Pościg trwał godzinę i kiedy wydawało się, że nic z tego nie będzie udało się. Zbrodniarze zostali schwytani. Dziwne. Wydawało się, że nie schwytamy ich nigdy, a tu...nagle się poddali...i nie wydają się szczególnie przygnębieni....ich zachowanie jest dziwne...jakby mieli nas wszystkich w....w poważaniu...no, może nie wszyscy, ale dwoje z nich na pewno.
-Ilu ich jest?
-Czterech.
-Jak się nazywają?
-Niestety nie wiem...choć słyszałem, że jednego nazwali Lunatykiem, ale to chyba nie imie...
-Ile mają lat?
-Hmmm...około 17, może 18...
-Może? Nie zapytałeś?
-Zapytałem...naturalnie, że zapytałem.
-I co, nie uzyskałeś odpowiedzi?
-Uzyskałem...właściwie to nie...a może tak...raczej uzyskałem...ale...hmmm...nie jestem pewny czy powiedział to do mnie...to brzmiało jak fragment piosenki...,,Nie odpowiem ci, bo nie jestem taka łatwa, może kiedyś powiem ci, ale teraz daj mi jabłka"...no, ale to był chłopak...i w dodatku tak dziwnie tańczył kiedy to...zaśpiewał...
-I pozwoliłeś sobie na to? Ty? I pomyśleć, że zamierzałem dać ci awans, Stewert.
Stewert spłonął rumieńcem i spuścił wzrok.
-Przepraszam.
-Ilu miałeś ze sobą ludzi?
-Dwudziestu, komendancie.
-A ich było...czterech, tak?
-Tak
-Jaką mieli broń?
-Niemieli...żadnej.
Komendant nie wytrzymał dłużej.
-CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ! POZWALASZ SOBIE DAWAĆ W PYSK BANDZIE NASOLATKÓW! NIEWIADOMO, CZY WOGULE SĄ JUŻ PEŁNOLETNI! - zaczerpnął głośno powietrze, po czym dodał przez zaciśnięte zęby-Przyprowadź ich tu...albo nie, sam do nich pójdę...tak, tak będzie lepiej, bo jeszcze okaże się, że musisz ich tu przynieść na plecach.
Młody policjant czując się beznadziejnie, w milczeniu zaprowadził komendanta do zaaresztowanych, po czym zatrzymał się przed celą i przysiadł na drewnianym krześle, aby znaleźć się w bezpiecznej odległości.
Mężczyzna wszedł bezceremonialnie do celi i przystanął na chwilę gdyż złość zasiliła się, kiedy zobaczył, że tylko jeden z zatrzymanych został zakuty kajdankami, właściwie to przykuty do kaloryfera, a pozostała trójka jak gdyby nigdy nic, układa domek z kart.
-Yhm...yhm - odchrząknął, aby upewnić się, że jego przyjście zostało zauważone.
Tylko ten chłopak przykuty do kaloryfera, najgrubszy z całej czwórki wlepił w niego wzrok. Jeszcze blondyn spojrzał na niego przelotnie, jakby z lekką obawą, ale niemal od razu odwrócił się z powrotem do kolegów, trochę bardziej czerwony niż przed chwilą. Oni zaś nieprzejęci, sprawiający wrażenie lekko znużonych nadal układali karty. W tym momencie do celi wszedł kolejny policjant, lekko zdyszany.
-Usłyszałem, że znajdę pana tutaj, komendancie.
Wyciągnął niewielką, brązową skrzyneczkę pełną różnych przedmiotów.
-Przeszukaliśmy ich. Mieli przy sobie tylko to...niech pan obejrzy...
Komendant wziął do ręki skrzyneczkę. Były w niej cztery cienkie, wypolerowane patyczki, oraz kilka podejrzanie wyglądających papierków zawierających w sobie coś, co przypominało okrągłe cukiereczki. Nie wiedział do czego mogłyby się przydać tak dziwne przedmioty.
-Spójrzcie na mnie. NATYCHMIAST! ODWRÓĆCIE DO MNIE SWOJE BEZCZELNE TWARZE!- wziął głęboki oddech, po czym oświadczył spokojnie-Liczę do trzech. Raz...dwa...i ostatnie...TRZY...
Zamilkł. Chłopacy spojrzeli na niego ciekawi co się stanie.
Komendant spojrzał na nich jak na coś obrzydliwego.
-Jesteście dla mnie jak szczury...
-Słyszałeś Glizdogonie, to było do ciebie-krzyknął ten w okularach mający rozczochrane, czarne włosy.
-Właśnie, jak szczury-powiedział drugi ciemnowłosy, chłopak z włosami do ramion, po czym pokiwał głową ze zrozumieniem-To było naprawdę piękne, powinien pan to gdzieś sobie zapisać...oj tak, to dobry pomysł...
-Pisał pan może kiedyś wiersze? - kontynuował poprzedni - Jeśli nie, powinien pan nad tym pomyśleć...Może chociaż jakieś prozy...
Komendant popatrzył na niego z niedowierzeniem.
-...no to może chociaż jakieś fraszki?
Komendant wstrzymał powietrze, aby po chwili głośno je wypuścić.
-Też nie? To ja już naprawdę nie wiem jak panu dogodzić...Masz jakiś pomysł, Łapo?
-Mnóstwo... mnóstwo...Pamiętasz jak wspominałeś, że chętnie odwiedziłbyś starą panią Mirtenweigs? Jestem za.-odpowiedział lekko zamyślony.
-Łapo! Rogaczu! Opanujcie się trochę...-wyszeptał blondyn widząc jak twarz komendanta zmienia kolor na purpurowy.
-Strach cię przeleciał Luniuniunio? Boisz się jakiegoś starego mugola?
Chłopak nazwany "Rogaczem" ziewnął szeroko w tym czasie, a domek ułożony z kart wybuchł rozrzucając karty na wszystkie strony.
-Lunio ma rację, spadajmy już stąd-spojrzał na zegarek-Za godzinę muszę być w domu. Dzisiaj na kolacje przychodzą do nas znajomi rodziców. Przygotuje dla nich niespodziankę...
I nagle trzasnęło, huknęło i kilka rzeczy stało się w tym samym momencie chłopak w okularach podbiegł i wyrwał skrzyneczkę z rąk komendanta szepcząc ,,Żegnaj, Amigo" a pozostała dwujka okręciła się w miejscu i zniknęła, sekundę później to samo zrobił chłopak ze skrzyneczką.
 
Po chwili pojawili się trzy ulice dalej, przed zamkniętym już o tej godzinie sklepikiem spożywczym.
-Cholera, zapodział się nam Glizduś.- zauważył Rogacz
-Ach...tego to na sekundę nie można spuszczać z oka...jak dziecko...naprawdę, jak dziecko.-westchnął Łapa.
-To co robimy? - spytał zaniepokojony Lunatyk-Chyba go tam nie zostawimy, co?
-Czemu nie? - zapytał Rogacz - Hmmm....Jak sądzisz Łapo?
-Tak, masz racje. Nie chce mi się już oglądać tych mugoli. Znudziło mi się.
Po czym odwrócili się i odeszli pozostawiając Lunatyka, w którym walczyły różne emocje. Po chwili zdecydował, że nie potrafi tak zostawić przyjaciela.
-Dlaczego zawsze to ja muszę być tym odpowiedzialnym? - westchnął, te słowa najwyraźniej skierowane były do samego siebie - Accio różdżka.
Różdżka wyleciała ze szkatułki trzymanej przez Rogacza i przyleciała do swojego właściciela.
Lunatyk zrezygnowany zdeportował się z cichym trzaskiem.

Zaczarowane Panem : rozdział 2 : Effie

   Właśnie zamknęliśmy śpiącą Victorię w piwnicy . 
- Musimy zamknąć piwnicę - mówi Effie. - I wyjechać .
- Dokąd ? - pytam . - Gdzie zamieszkamy?  
-U mnie - odpowiada . - Weźmiemy ze sobą twoją mamę i Haymitcha, a rodzinie Peety zapewnimy   ochronę kilku aurorów . Może tak być ?
Nie mamy wyboru, więc zgadzamy . Zastanawia mnie tylko dlaczego jedzie z nami Haymitch, a nie     rodzice Peety . Pytam się o to Effie, gdy jedziemy już do Kapitolu . 
- Mama Peety jest mugolaczką - mówi - umie czarować, więc sobie poradzi. W razie czego przysłałam jej kilku aurorów do pomocy. A znając Haymitcha upiłby się, a wtedy stałby  się łatwym celem Victorii . Nigdy bym sobie nie darowała, gdyby coś mu się stało . 
- Myślałam, że nie przepadacie za sobą - mówię . - Próbujesz go na siłę zmienić.
- To nie tak - odpowiada Effie, a jej twarz oblewa rumieniec .- Staram się poprawić jego reputację .    A poza tym kocham go . 
- Kochasz go ? - jestem w szoku, tego się nie spodziewałam . 
- Tak, jestem w nim zakochana - wyznaje . - Zakochałam się w nim na początku naszej współpracy,  15 lat temu . Był taki czas, że on odwzajemniał moje uczucie . Potem mu minęło i zaprzyjaźniliśmy się. Nasza przyjaźń polega na tym, że sprzeczamy się jak stare, dobre małżeństwo, ale jesteśmy w stanie    zrobić dla siebie wszystko . 
Cztery godziny później jesteśmy już w Kapitolu . Effie prowadzi nas do swojego domu, który okazuje się być willą na obrzeżach Kapitolu . Zastanawiam się, czy  ma jakąś rodzinę . 
   Wchodzimy do środka . Widzimy dwójkę dzieci jedzącą obiad . Chłopczyka i dziewczynkę - bliźnięta . 
Zauważają nas .Wstają od stołu . Witają się z najpierw z Effie, potem z Peetą, a później podchodzą do mnie. 
 - Dzień dobry - mówi dziewczynka . - Jestem Lena .
- A ja Syriusz - mówi chłopczyk . 
- Ja jestem Katniss - odpowiadam im i uśmiecham się do nich . 
- Wiemy - mówi Syriusz  . - Rodzice nam dużo opowiadali o tobie i Peecie . 
Później witają się z moją mamą, a na końcu podchodzą do Haymitcha .
- Witaj Lenciu - mówi Haymitch i bierze ją na ręce 
- Kocham cię, tatusiu - Lenka oplata rączki wokół jego szyi .  
- Ja ciebie też - szepcze Haymitch, całuje ją w czółko i odstawia na ziemię . Potem przytula syna po     męsku .
Wszystko stało się jasne . Effie i Haymitch mają ze sobą dzieci . To dlatego Effie tak zależało, żeby Haymitch był bezpieczny . Mogła mu zawsze zostawić aurorów, ale wolała, żeby cała rodzina była w tym czasie razem . Siedzimy razem przy stole i obmyślamy taktykę obrony . Nagle urywa mi się film.
...................................................................................................................................................................
Tymczasem Victoria wydostaje się z piwnicy . Aurorzy leżą przed domem martwi . Rodzina Peety została bez opieki . Po domu przechadza się jakiś mężczyzna . Kim on jest ? 


Jeśli dotrwaliście do końca, jestem z was dumna . Przepraszam was za wszelkie błędy i niedociągnięcia . 
- Lily

środa, 26 lutego 2014

Łapa:Pogrzeb Dumbledore'a w mojej wyobraźni


Sporo czasu spędziłam nad tym opowiadaniem i w pewnych momentach po prostu nie wiedziałam co pisać dalej. Ale skończyłam i mam nadzieję, że się spodoba ;). 
Tak ja zobaczyłam scene pogrzebu Dumbledore'a zanim skończyłam czytać ostatni rozdział w ,,Harry potter i książę półkrwi" . 
                                                                                                                                     ŁAPA
..............................


Harry siedział z brzegu, tuż obok jeziora, a obok niego miejsca zajęli Ginny, Hermiona i Ron. Przejściem między rządami krzeseł kroczył Hagrid. W jego ramionach spoczywało ciało nieżywego Albusa Dumbledore'a. Szedł spokojnym, dostojnym krokiem, towarzyszyła mu  owa dziwna pieśń śpiewana przez chór trytonów z jeziora. Z każdym krokiem coraz bardziej przybliżał się do celu, którym był otwarty, biały grób umieszczony parę metrów od pierwszego rzędu krzeseł, gdzie miejsca zajmowali nauczyciele, oraz sam minister. Harry zapatrzył się na Hagrida, któremu ramiona lekko trzęsły się, najwidoczniej niepotraił zachamować łez, które jedna po drugiej spływały mu po twarzy. Hermiona i Ginny także płakały. Harry nie mógł. Czuł w sobie pustkę. Pustkę, która pozostała po tak okrutnej śmierci człowieka, któremu ufał, z którym mógł porozmawiać o wszystkim, nawet o rzeczach kompletnie absurdalnych, wręcz żałosnych. Dyrektor nie wyśmiewał go nigdy. Ta pustka była gorsza od płaczu. Gorsza od wszystkiego. To ona sprawiała mu tak ogromny ból. W oddali usłyszał słowa niewysokiego czarodzieja w czarnej szacie stojącego tuż przy grobie, który teraz już nie był pusty. Harry nie mógł już dłużej wytrzymać. Wstał i niepatrząc na Ginny która wyciągneła rękę, aby go zatrzymać, ani na Hermiona która szepnęła ,,Harry, zostań...". Nie będzie tu dłużej siedział. Dość już przebywał na uboczu zadręczając się okropnymi myślami. Odszedł na parę kroków od krzeseł i szedł wzdłuż rzędów z prawej strony mając wielki, biały namiot podobny do tego, który rozłożono dwa lata temu, podczas pierwszego zadania turnieju trójmagicznego. Nie wiedział co robi, po co zmierza ku pierwszej lini krzeseł. Szedł zamyślony wpatrzony przed siebie, z lekko otwartą buzią. Kiedy doszedł do drugiego rzędu zatrzymał się i oparł lekko o namiot, przekrzywiając w jego stronę głowę. Stąd dokładnie widział co dzieje się z przodu. Widział otwarty grób, w którym spoczywało już ciało Dumbledore'a, tyły głów ministra i nauczycieli, oraz owego niewysokiego człowieczka ciągle mówiącego do ludzi wpatrzonych w niego. Opowiadał o szlachetności ducha, wkładzie intelektualnym, wielkości serca. Te słowa nijak się miały do postaci, którą naprawdę był dyrektor, którą znał Harry. 
Czym była szlachetność ducha, kiedy stał przed Snapem, do czego przydała się mądrość kiedy oberwał Avada Kedavra, jakie znaczenie miała wielkość serca w martwym ciele spadającym ze szczytu Wieży Astronomicznej? Harry postanowił nie myśleć o śmierci tego wielkiego człowieka, a o jego potędze i chwale za życia. Tak wiele zmienił. Tak wiele dokonał. Tak wiele, jeszcze Harry'emu niepowiedział. Czarodziej umilkł wreszcie. Po krótkiej chwili zapytał:
-Czy jest ktoś, kto chciałby coś powiedzieć w tak ważnej chwili?... Kto chciałby coś dodać?
Harry nadal niewiedząc co robi podzszedł czując, że to nie jego ciao, a ciało robota. Spojrzał krótko na zebranych ludzi i na grób. po czym zbliżył się do niego. Stanął z jego lewej strony i przez chwilę nie był w stanie spojrzeć w te martwe oczy. Nie słyszał wokół siebie nic. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął fałszywego horkruksa zaciskając na nim pięść, którą włoźył do trumny i położył tuż przy ramieniu zmarłego. Otworzył dłoń odsłaniając leżący medalion i nachylił twarz nad twarzą Dumledore'a . Patrzył w dobrze znaną mu twarz wyrażającą idealny spokójm jak niemal zawsze za życia. Patrzył oczami bez wyrazu, całkowicie pustymi, a z jego twarzy nie dało się odczytać  żadnych emocji, całkowicie tak jakby on również był matrwy. Niewiedział co muśleć. Nie chciał o niczym myśleć. Nie wiedział co czuć.
 Po jakimś czasie wyciągnął dłoń z trumny i połozył na jej brzegu, wciąż nachylony. Jego zielone oczy mrugqjące od czasu do czasu wciąż wpatrzone były w pomarszczone, zamknięte powieki Dumbkedore'a. 
Co ma teraz robić? Czuł się tak słaby, niedojrzały. Wiedział, że będzie musiał odnależć horkruksy i zniszczyć je. Takie zadanie zostało mu wyznaczone. Wiedział, że choćby miał zginąć, zrobi wszystko by to zakończyć. By zakończyć życie Voldemorta, aby już nigdy nie zniszczył żadnej rodziny, żadnej niewinnej istoty. Aby nie zadawał więcej bulu, kruchym, ludzkim istotom. 
Nachylił się jeszcze bardziej, aby mudź całkowicie skupić się na twarzy nieboszczyka. 

-Zrobię to - szepnął - Obiecuję.

Po chwili poczuł, że natychmiast musi stąd odejść, bo zaraz niebędzie w stanie tego zrobić. Zamknął oczy, wyprostował się i odszedł parę kroków tyłem. Na chwilę zamarł i zacisną mocniej oczy i usta. Odwrócił się powoli i wzniósł twarz do nieba. Otworzył oczy, bo właśnie teraz w pełni uświadomił sobie swoją stratę. Dopiero teraz zrozumiał, że już nigdy nie zobaczy Dumbledore'a, nie stanie przed nim, i nie  uśmiechnie się mówiąc ,,Dzień dobry, panie profesorze!"i nie poczuje, że jest bezpieczny, bo oto stoi przed najpotężniejszym czarodziejem na świecie, przed potężnym Albusem Dumbledorem, już nigdy nie podzieli się z nim własnym zdaniem i nie wybierze w podróż po przeszłości Toma Riddla. Został sam, całkowicie sam. Nie ma rodziców, ojca chrzestnego, Dumbledore'a. Nie ma nikogo. Stał się chłopcem, którego nie kocha nikt. 
Ogarnął go wielki żal. Łzy zaczęły ściekać po jego policzkach. Czuł na twarzy lekki powiew wiatru. Słyszał cichy śpiew ptaków i szelest gałęzi pobliskich drzew. W głowie grała mu piękna, smutna melodia którą wymyślił dawno temu, opowiadająca o orle wznoszącym się w błękitne niebo ponad skałami i taflą granatowej wody. Zazdrościł mu tej wolności. Tej powagi.
 Był na siebie zły. Znów to się stało. Znów pozwolił sobie na łzy. Na głupie, bezsensowne, nic nieznaczące łzy. 
Uwolnił się w nim smutek, który zatrzymywał w sobie od tak dawna. W tej chwili był tylko smutnym, niedorosłym chłopcem wnoszącym zapłakaną twarz ku niebu. Nie...musi przestać...musi się opanować. Z powrotem zamknął oczy i przetarł nieco twarz rękawem szaty. 
Teraz wpatrywał się w ziemie. Czuł na sobie spojrzenia wielu ludzi. Nieprzejmowało go to. 
-Chcesz coś powiedzieć? - usłyszał cichy, łagodny głos 
Nie odpowiedział.
 Spostrzegł, że Lupin, który poprzednio siedział, patrząc w bok, wstał w tym czasie gotowy pomóc mu. Niewiele dalej siedziała pani Weasley patrząc na niego czule. I Ron, i Hermiona...Ginny. Było tu wiele osób, które go kochały. Nie był sam. 
 -Dobrz...dobrze się czujesz, chłopcze?
Zacisnął zęby, przełknął łzy. Podniósł wyżej brodę, wyprostował się. Jego twarz nie przedstawiała już pustki. Przedstawiała zdecydowanie i zaciętość. Już w pełni odzyskał panowanie nad sobą.
Nagle poczuł się silny, silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Łzy na jego policzkach już wyschły. Jego twarz, poprzednio całkowicie biała, zaczęła nabierać kolorów. Teraz wiedział już wszystko. Zrozumiał wszystko. Był gotów. Gotów na życie, a także na śmierć. Nie był pewny co jest trudniejsze. 
Opuścił to zatłoczone miejsce. 
Wychodząc uświadomił sobie, że śmierć jest dużo prostsza...wręcz śmiesznie łatwa, w porównaniu do życia. 

wtorek, 25 lutego 2014

Zaczarowane panem : Rozdział 1 : Victoria

Zaczarowane panem : Rozdział 1 : Victoria

Peeta natychmiast do mnie przybiega .
-         Kochanie co się stało ? – pyta i przytula mnie.
-         Miałam koszmar – odpowiadam . – O dziwo nie związany z Igrzyskami, ani śmiercią Prim, tylko z Panem .
Opowiadam mu mój sen o Victorii . Oboje nic z tego nie rozumiemy .
-         Kochanie, to wszystko przez stres – mówi Peeta. – Rano podpisujemy rozporządzenie o likwidacji Igrzysk . Spróbuj zasnąć .
Patrzę na zegarek . Jest 6 : 25 . O 7:00 i tak muszę wstać, więc spanie już mi się nie opłaca . Robię sobie i Peecie kawę i śniadanie . Jemy, wypijamy kawę i szykujemy się do wyjścia z domu . Jedziemy razem z  Effie  pociągiem  do  Kapitolu .  Podpisujemy  rozporządzenie . Wracamy pociągiem do domu .  Jemy  razem  z  Effie  obiad,  gdy  nagle telewizor  sam  się włącza. Naszym oczom ukazuje się studnia z której wychodzi jakaś kobieta . Jest blada jak papier, ma burzę rudych loków, dzikie, przerażające oczy i jest ubrana w starą,  zniszczoną czarną szatę . Natychmiast zdaję sobie sprawę kim ona jest . To Victoria z mojego snu . Victoria wychodzi z telewizora i wyciąga przed siebie ciemnobrązowy patyk . Effie jest jednak szybsza . Wyciąga szybko z różowej torebki różowy patyk.
-         Expelliarmus ! – krzyczy. – Drętwota !
Przylatuje do jej wyciągniętej ręki ciemnobrązowy patyk, którego chwilę wcześniej widziałam u Victorii. Victoria zostaje odrzucona w tył, a potem traci przytomność .
Ja i Peeta jesteśmy w szoku i nic z tego nie rozumiemy . Z różowego patyka wylatują liny i przywiązują Victorię do krzesła. Effie wstrzykuje kobiecie w rękę tajemniczy płyn .
-         Effie, Kto to jest ? – pytam przerażona .- I co się tu właśnie stało ?
-         To nie ja  powinnam wam to mówić – mówi Effie . – Właściwie to powinniście żyć i umierać nic nie widząc . Jednakże w obecnej sytuacji musicie wiedzieć . Jesteście czarodziejami . 
-         CO ?! – ja i Peeta krzyczymy równocześnie .
-         Katniss, jesteś czarownicą – mówi do mnie, a potem zwraca się do Peety – a ty czarodziejem .
-         Jak ? – pytam .- Ty też jesteś czarownicą ?
-         Tak – odpowiada . - Jestem nawet po szkoleniu na aurora .
-         Kogo ? – pyta Peeta .
-         Czarodziejską strażniczkę pokoju – mówi Effie . – W Kapitolu mieszkają czarodzieje czystej krwi i półkrwi, natomiast w dystryktach mugole i mugolaki . Mugole to ludzie niemagiczni . Igrzyska służą wytępieniu mugolaków i mugoli . To Victoria je wymyśliła . Jej ojcem był najokrutniejszy w dziejach ludzkości czarnoksiężnik, a jej matka była jego najwierniejszą służebnicą . Victoria dokańcza ich niecny plan wytępienia mugoli, zabicia mugolaków i oczyszczenia czarodziejskiej krwi. 
-         A co to za patyczki ?- pyta Peeta .
-         To są różdżki – odpowiada Effie . – Czaruje się nimi .
Podaje mu ciemnobrązową  różdżkę, a mi łuk i strzały . Wyjmuje też jakąś książeczkę .
-         Katniss, mamy tylko dwie różdżki, więc ty będziesz się broniła strzałami – mówi Effie. -  Peeta, powiedz : „Accio książka”
-         Accio książka – mówi Peeta, a książka do niego przylatuje .
-         Świetnie – mówi Effie. – Znajdziesz w tej książce zaklęcia . W razie czego mamy jak się bronić . Może znieśmy Victorie do piwnicy i zamknijmy w niej ? Ona chce nas zabić, więc lepiej żeby była w zamknięciu jak się obudzi . Mamy godzinę . Podałam jej eliksir słodkiego snu .

 Lily 

poniedziałek, 24 lutego 2014

Zaczarowane Panem : Prolog : Wizyta w domu dziecka

Prolog : Wizyta w domu dziecka
  
   Jestem w domu dziecka. Nie jest to jednak zwykły dom dziecka, ten wygląda inaczej. Nie mam pojęcia co w nim jest innego. Panuje tu dziwna atmosfera. Nie mam zielonego pojęcia co tutaj robię i jak się tu znalazłam. Podchodzę do jakiegoś wysokiego blondyna i zamierzam go o to zapytać.On jednak zachowuje się jakby mnie nie widział . Podchodzi do jakiejś kobiety, rozmawia z nią i idzie za nią korytarzem. Śledzę ich. Chłopak wchodzi razem z kobietą do jakiegoś pokoju, a ja za nimi .
- Victoria, masz gościa - mówi kobieta do rudowłosej dziewczynki o niezwykle bladej twarzy.
- Kogo?- pyta zdziwiona, nie zauważyła jeszcze blondyna, bo siedzi odwrócona do niego plecami.
Chłopak do niej podchodzi i przyjaźnie podaje jej rękę.
- Cześć, jestem Draco - mówi chłopak. - Jestem twoim kuzynem . 
- Ale ja nie mam żadnej rodziny - dziewczyna kręci głową z niedowierzaniem .-Gdybym miała, to bym nie mieszkała w Domu Młodego Czarodzieja . 
- Jak miałem 16 lat moja ciocia zaszła w ciąże - mówi chłopak. - Najprawdopodobniej z Czarnym Panem - odsłania rękaw szaty i pokazuje dziewczynie przerażający tatuaż .- Była chora psychicznie, więc moja mama powiedziała jej, że dziecko urodziło się martwe i oddała cię do adopcji . Teraz zagrożenie minęło, więc możesz zamieszkać ze swoją rodziną .
Nagle wszystko rozwiało się jak mgła . Zobaczyłam tą samą dziewczynę tylko trochę starszą . Rozmawiała z jakimiś ludźmi. 
- Jaki masz pomysł na wytępienie szlam i mugoli z Panem ? - pada pytanie.
- Zorganizujemy coroczne Igrzyska Głodowe, na które będziemy wysyłać po jednej dziewczynie i jednym chłopaku z każdego dystryktu - mówi Victoria . - A my, czarodzieje będziemy mieszkali w Kapitolu i oglądali krwawe widowisko . Mugole, którzy przeżyją będą mentorami kolejnych trybutów, a ci którzy nie będą brali udziału w Igrzyskach będą niewolnikami . 
- Wspaniały pomysł - mówią ludzie zebrani w pokoju .
- Wiem - odpowiada dziewczyna.
- A co jak wybuchnie rewolucja ? - pyta jakiś mężczyzna 
- Nie wybuchnie, a jeśli wybuchnie, to Avada Kedavra rebeliantom. Można też spalić ich dystrykt. O to się nie martwcie.
 Naglę się budzę zlana potem. 


- Lily.

Odwiedziny Syriusza

autor:Łapa
Syriusz szedł ulicą nie zważając na mijających go mugoli. Pewien mugolski chłopczyk siedzący na ławeczce przed sklepem przyglądał się przechodzącym obok ludziom. Kiedy zobaczył wysokiego, szczupłego mężczyznę ubranego w sięgającą do ziemi szatę w kolorze wiśniowym idącego sprężystym krokiem i nucącego pod nosem jakąś nieznaną mu, wesołą pioseneczke nagle z niewiadomych przyczyn przypomniał sobie, że w przyszły weekend miasteczko ma odwiedzić cyrk. I kiedy tak przypatrywał się niznajomej postaci, ona nagle zwróciła ku niemu głowę i zobaczywszy, że chłopiec przygląda mu się mrugnął okiem i jego młodą przystojną twarz rozjaśnił miły uśmiech. Chłopiec dopiero po chwili uświadomił sobie, że ma otwarte usta i nieco głupi wyraz twarzy, co speszyło go troszkę, więc zawstydzony, tym nagłym wykryciem jego spojrzenia odwrócił wzrok a na jego policzkach pojawił się lekki rumieniec. Po chwili jednak odważył się ponownie zerknąc, więc lekko zwrócił głową w kierunku, w któym widział go przed chwilą. Ku jego zdumieniu nie zobaczył tam go. Ani tam, ani wogule na ulicy. Zdziwiło go lekko to nagle zniknięcie. Jeszcze chwilę z nadzieją w oczach rozglądał się wokół, nawet znunął się z ławki i wstał aby mieć lepszy widok. Może Śmieszny Pan - bo tak nazwał go w myślach- zawieruszył się w tłumie ludzi. Po chwili jednak zniechęcony powrócił do poprzedniej pozycji.
Syriusz z cichym puknięciem pojawił się przed tak dobrze znanym mu budynkiem i podszedł bliżej, aby po chwili uderzyć lekko różdżką w otaczający go niewysoki płot. Podniusł wzrok. Obok z nikąd pojawił się niewielki domek z niewielkim ogrudkiem. W oknach widać było firanki w kolorze karmelu którymi tak bardzo zachwycała się Lily. Ponieważ pukanie do drzwi nienależało to zwyczaju Syriusza poprostu podszedł i otworzył drzwi, gdy już znalazł się w środku i zamknął drzwi nagle poczuł że unosi się w powietrze i usłyszał potworny zgrzyt, który słyszał w dzieciństwie za każdym razem kiedy zamykano go w piwnicy. Nienawidził tego dźwięku. Może kojarzył mu się z domem rodzinnym, którego tak bardzo nienawidził, albo z jego okrutną matką? W każdym razie zakry   rękoma uszy i w niezapamiętaniu krzyczał:
-Nie, nie...proszę...nie...
Nagle ten koszmar ustał i Syriusz ponownie stał pewnie na nogach, a przed nim stał jego wybawiciel.
-Wybacz Łapo, to dodatkowe środki bezpieczeństwa...sam rozumiesz.
Syriusz na ułamek sekundy zrobił lekko obrażoną minę, jednak już po chwili nie wytrzymał i uśmiechnął się. Nigdy nie portrafił gniewać się zbyt długo. Uścisnął Jamesa.
-Miło cię znów widzieć bracie.
-Witaj Syriuszu!-na końcu przedpokoju pojawiła się Lily-Miło cię widzieć. Dawno cię tu niebyło!- powiedziała z lekkim wyrzutem.
-Przepraszam, musiałem załatwić parę sprawd rodzinnych, ach ten potworny skrzat...no
nieważne...Mam dla was kilka wiadomości, niestety niewszystkie są wesołe...
Jednak zanim zdąrzył powiedzieć coś jeszcze zaproszono go do salonu.

-A gdzie mój uroczy chsześniak?
-Śpi w swoim łóżeczku. Miał dzisiaj gorączkę, sporo płakał, zaczynam bać się...-zaczęła, a na jej czole pojawiła się niewielka zmarszczka-...nie, to raczej niemożliwe-zapatrzyła się w przestrzeń.
James natuchmiast objął ją ramieniem
-Już ci mówiłem. Nie ma sensu się zamartwiać. Moja babka zawsze mawiała ,,Nie ma co bać się pająka jeśli obok czycha wąż".
Jednak Lily najwidoczniej te słowa nie poprawiły humoru. Opadła na fotel i zwiesiła głowę. Twarz zastaniały jej teraz swobodnie zwisające włosy, jednak słychać było ciche pochlipywania. James najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie powinien tego mówic, ale niemożna było już nic poradzić. Stał teraz bezradnie.
-Lily?
Lily nie zaragowała, więc Syriusz oodszedł i przykucnął przed nią.
-Musisz być silna. Wiem, że to trudne, ale nie masz wyboru. Jesteście tu całkowicie bezpieczni. Nie stanie wam się żadna krzywda.
-Ja...ja wiem...ale...to takie straszne...a było już...buło już tak dobrze... Za co?...Co my takiego zzrobiliśmy?...dlaczego...
Nie mogąc powstrzymać płaczu, Lily nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
-Daj mi swoją ręke-szepnął Syriusz- podaj mi ją
Lily niepwnie wysuneła ku niemu dłoń.
-Masz pięć palców-chwycił najmniejszy z nich-ten oznacza wiare, a więc i nadzieję, wskazujący pomaga zawsze wybierać dobrą drogę, środkowy jest twoją siłą, dlatego jest największy, kolejny jest szczęściem, kciuk jest niezależny od reszty, dlatego nazywam go przywódcą, to on rządzi, odpowiada za bezpieczeństwo. Wiara, nadzieja, dobra droga, siła, szczęście, bezpieczeństwo.
Lily roześmiała się.
-Co ty za głupoty opowiadasz! W życiu niesłyszałam niczego tak żałosnego! Skąd to wziołeś? Z czasopisma o manicure? A może z podręcznika do wróżbiarstwa?
I ponownie zaczeła się śmiać.
Mimo że niecałkiem o to chodziło, Syriusz był z siebie zadowolony. Lily na chwilę zapomniała o swoich zmartwieniach. Dzięki niemu jej policzki wyschły od łeź, a na twarzy pojawił się uśmiech. Po chwili jednak opanowala sie i zapatrzyła w kominek. James przez ten cały czas nieruszał się z miejsca. Teraz jednak oswobodził się z chwilowego odrętwienia i zniknął na chwilę, po to, aby za chwilę pojawił się z trunkiem w ręku. Syriusz patrzył jak jego przyjaciel rozlewa napój do kieliszków. Kiedy już skończył bez słowa wręczył kielisżek Syriuszowi i Lily, po czym usiadł na tapczanie także wpatrując się w kominek. Usłyszeli  płacz dziecka. Syriusz rad, że może w reszcie zrobić coś poźytecznego krzyknął
-Już do ciebie biegnę!
I wszedł do pokoju dziecinnego. W niebieskim łóżeczku soedział zapłakany, jedenasto
miesięczny chłopczyk o ślicznej twarzyczce. Kiedy zobaczył Syriusza wzniusł ku niemu małe rączki. Syriusz natychmiast chwycił go w ramiona i po chwili już okręcał się coraz szybciej i szybciej trzymając przed sobą dziecko, które natychmiast zachichotało wesoło i krzyknęło:
-Mama atam!
Kiedy spostrzegł, że jego ojciec chszestny sadza go na wykładzinie zaczerpnął powietrze gotowy do
protestu, jednak nie zdąrzył bo Syriusz prędko usiadł naprzeciwko wpatrując się w niego jak w aniołka. Do pokoju weszła także Lily, która odzyskawszy siły pragnęła nie smucić się już więcej, tylko przyłączyć do zabawy, a za nią wszedł James, nadal w ponurym nastroju. Po chwili jednak wszyscy odzyskali humor bawiąc się z Harry'm. Kiedy zaczęło się zciemniać Syriusz postanowił, że należy przekazać już wiadomości. Dyskretnie poprosił Jamesa, aby razem na chwilęwyszli. Musiał z nim poroznawiać na osobności.

Historia mojego, a raczej Oli życia

Na początek historia mojego życia :
Mama mojej przyjaciółki wyjechała na szkolenie do Warszawy i moja przyjaciółka – Ola została w domu z babcią . Wieczorem Ola puściła babci ostatnią część Harry’ego Potter’a .
Jej reakcje były świetne . Zacznijmy od tego, że kompletnie nie wiedziała o co chodzi w HP . Kiedy po raz pierwszy na filmie pojawił się Voldemort ona zakryła Oli oczy ręką i krzyknęła „ Matko Boska !!! Ola, on nie ma  NOSA”  . Kiedy  pani Weasley walczyła z Bellatrix babcia krzyknęła : „ O Jezu, ona zębów nie umyła !!! Ola, patrz jakie są żółte ! Stwierdziła też, że Harry był gruby jako niemowlę . Kiedy Narcyza spytała się, czy Draco żyje zrozumiała kiedy brat ożyje . Kiedy okazało się, że Snape przez cały ten czas kochał Lily wrzasnęła : „ O nie ! Tylko nie to !!!” chociaż w ogóle nie miała pojęcia kto jest kim, a kiedy we wspomnieniu księcia Sev tulił Lily powiedziałą „ po cholerę on tuli trupa” . A kiedy na końcu filmu okazało się, że Harry ożenił się z Ginny powiedziała „zaraz, a czy to nie jest siostra tego rudego z downem ? „ A i jeszcze gdy pojawił się Jordan jej reakcja była mniej więcej taka „ Jejku, jaka czarna  owieczka” po czym zrobiła Oli wykład na temat tolerancji murzynów Stwierdziła, że Dumbledore był blondynem i mówiła na niego Blondi  . Natomiast Herma to była jej zdaniem Karmiona . Twierdziła, że akcja HP dzieje się w średniowieczu, bo jest tam zamek . Mówiła, ze Hogwart jest pięknym pałacem, a Blondi to Król . Kiedyś oglądała 3 część HP i nie dała sobie wytłumaczyć, że Dumbledore nie żyje . Film podsumowała tak : „ Ola, tam było tylko 4 czarodzieji, tak ? Harry, Gościu bez nosa, Karmiona i Chłopiec z Downem* ”



                                                                                                                                                - Łapa 



* jej zdaniem Ron miał downa