piątek, 27 lutego 2015

Rozdział 12: Smutek Syriusza

,,Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie po­kazu­je nikomu."
-Mark Twain
                                                                                                      Łapa

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i w Hogwarcie zaczął panować świąteczny nastrój. Całą szkołę przyozdobiono kolorowymi łańcuchami, ładnie przystrojonymi choinkami i sztucznym śniegiem. Na lekcjach nikt nie mógł się już skupić i choć nauczyciele starali się sprowadzić uczniów na ziemię omawiając z nimi ciężkie tematy, w końcu musieli sie poddać i w ostatnim tygodniu odbywały sie tylko lekcje praktyki, na których powtarzali nabytą już w tym półroczu wiedzę. Wyjątkiem była historia magii, na której profesor Binns wciąż opowiadał o niezwykle nudnych wydarzeniach, które miały miejsce wiele lat temu.

We wtorkowy wieczór sowa zapukała dziobek w okno dormitorium. 

-Co to? - zapytał znudzony Łapa, leżąc leniwie od dłuższego czasu na łóżku, wpatrując się w sufit, albo swoich przyjaciół, co nazywał ,,Procesem zabierania sił do zaczęcia odrabiania prac domowych”. Ale najwyraźniej proces ten był dość trudny w przebiegu, bo często kończył się niepowodzeniem - Łapa zasypiał olewając fakt, że będzie miał zaległości.

- To sowa. Przyniosła jakiś list - odpowiedział Peter wpuszczając do środka przemarzniętą, brązową sowę.

James spojrzał na nią.
                                                                                 
-To nie jest przypadkiem sowa twoich rodziców? - zapytał Syriusza.

Ten poderwał się zdziwiony.

-Taaak...jest - zmarszczył czoło. Wiedział, że to nie mile oznaczać nic dobrego.

Odwiązał list z nóżki sowy i odpędził ją ruchem dłoni. Pismo na drogiej, kremowej kopercie z pewnością należało do jego matki.

-Syriusz? - zawołał Lupin, widząc że kolega podchodzi do drzwi.

-Zaraz wracam - odpowiedział krotko Syriusz wciąż wpatrując się w list, jakby bał się że okaże się jakąś sprytnie ukrytą bombą.
Wyszedł z Gryffindoru i skierował się do pierwszej, lepszej klasy. Nie wiedział dlaczego nie chciał przeczytać tego listu w dormitorium. Po prostu wiedział, że list nie oznacza nic dobrego. ,,Może ktoś umarł.” -  przemknęło mu przez myśl.

Rozerwał kopertę i wyjął kawałek pergaminu zapisanego małymi, równymi literkami. 

Czytając z początku minę miał obojętną, ale przy kolejnych linijkach coraz mocniej zaciskał zęby. Kiedy skończył usiadł i pochylił głowę.

Mimo, że w liście nie było niczego nadzwyczajnego zrobiło mu się naprawdę przykro.

Poczuł się nagle beznadziejny. Nie miał kochającej, wspierającej go rodziny, której tak bardzo zazdrościł swoim przyjaciołom. Nawet Glizdogonowi, którego wychowywała sama matka. Kochała go przecież i pisała do niego przynajmniej raz w miesiącu, aby dowiedzieć się co u niego słychać.

James tak bardzo denerwował się, gdy rodzice co chwile przysyłali mu wiadomości. Odpowiadał krótko jęcząc, że wciąż do niego wypisują…

Przedarł list na pół i wrzucił go do kominka na korytarzu, aby obserwować jak płonie. Nie przyniosło mu to ulgi. Odwrócił się i szybkim krokiem przemierzył cztery piętra, aby wreszcie znaleźć się przed drzwiami wyjściowymi. Na dworze było już zupełnie ciemno i padał deszcz. Syriusz uświadomił sobie, że ta pogoda doskonale odzwierciedla to, co się w nim działo. Zaczął biec w stronę jeziora, a z oczu popłynęły mu łzy.

-CZEGO ODE MNIE CHCECIE?! – wydarł się w ciemność, jakby miał nadzieję, że rodzice usłyszą go z tak daleka  – NIE JESTEM TAKI JAK WY… nigdy nie byłem – dodał cicho, kiedy głos mu się załamał.
Czuł się strasznie nieszczęśliwy, choć nie do końca rozumiał dlaczego. Przecież prawie każde święta spędza w zamku. Czy tak bolało go to, że jego przyjaciele mają gdzie jechać? Czy był aż tak samolubny?

-Każdy jest – powiedział głośno.

Wbiegł do zakazanego lasu, wyjął różdżkę i ze złości zaczął strzelać w drzewa najróżniejszymi zaklęciami. Kiedy przestał spojrzał na swoje dzieło. Drzewa wokół niego były lekko popalone i zniszczone. Wrócił powoli do zamku i usiadł na schodach, znajdujących się w mrocznym, tajnym przejściu, o którego istnieniu wiedziało niewiele osób.

Schował twarz w dłoniach. Z przydługich włosów ściekała mu woda i trząsł się lekko z zimna i emocji. Był na siebie zły, że okazał się być tak miękki.

James przyszedł tu i stając na szczycie schodów zauważył swojego przyjaciela, chowającego twarz w dłoniach. Zszedł powoli nie wiedząc jak ma się zachować.

-Hej… - wymamrotał ochrypłym głosem.

Usiadł obok Syriusza i wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem zaczął patrzeć przed siebie, na stojący na końcu korytarza stary wazon

- Syriuszu… Co się stało? – zapytał cicho po dłuższej chwili milczenia.

Przyjaciel spojrzał się na niego po chwili, niemal martwym wzrokiem i James ku swojemu zdziwieniu zauważył łzy na twarzy Łapy.

-Nic… tak jakoś… - wyksztusił.

James patrzył na niego przez chwilę, ale przyjaciel nie chciał spojrzeć mu w twarz. Wyraźnie czuł się niezręcznie przyłapany w takiej sytuacji.

-No powiedz mi… przecież coś musiało się stać…

-Po prostu czarne myśli… i tyle – złapał się za głowę, jakby chciał wytrząsnąć z niej to, co sprawiało mu smutek. – To chore. – dodał po chwili.

Znów zaczął trząść się od płaczu.

-To takie dziewczęce… - wymamrotał po chwili ze złością.

James pokręcił głową.

-Każdy ma jakieś lęki… jakieś smutki. Syriuszu, co się stało? – nie dawał za wygraną.

Syriusz nie chciał spojrzeć na przyjaciela.

-Ktoś taki jak ty nie może mnie zrozumieć… nie wiesz co to znaczy być naprawdę… samotnym.

James sam nie wiedział, jakiej odpowiedzi się spodziewał, ale na pewno nie takiej.

Zaczął zastanawiać się nad tym, czy kiedykolwiek czuł się samotny. Nie przychodziła mu do głowy żadna sytuacja.

-To ten list – powiedział nagle, bardziej do siebie, niż do przyjaciela – List od twojej matki. – westchnął – Co ta jędza ci napisała?

Syriusz przygryzł wargę.

-Nic… po prostu nie pojadę tam na święta.

James uniósł brwi.

-Ty NIGDY nie przyjeżdżasz tam na święta – przypomniał.
-Nieważne… chcę po prostu pobyć chwilę sam – powiedział wstając. – Wróć do dormitorium.

-Nigdzie się bez ciebie nie wybieram – oświadczył stanowczo James.

James przypomniał sobie coś nagle i uderzył się dłonią w czoło z głuchym plaśnięciem.

-Idiota ze mnie. Nie powiedziałem ci, że moi rodzice zaprosili cię na święta już pół miesiąca temu? Napisali coś w rodzaju, że nie wyobrażają sobie, żebyś mógł nie przyjechać. Wiesz… w zasadzie to oni zawsze chcieli mieć przynajmniej dwójkę dzieci… - powiedział – Choć mówią, że mają ze mną problemów, jak z trójką – dodał.

Syriusz ponownie usiadł obok niego uśmiechając się lekko.

-Są bardzo mili. Masz naprawdę szczęście, mając ich za rodziców.

James uspokoił się widząc, że Syriusz najwyraźniej nie zamierza już płakać.

-Wiedzą, co robią zapraszając nas obu do swojego domu? – zapytał, aby rozluźnić atmosferę.

-Taaak, chyba tak. Mój ojciec zaczarował nasz dom, aby nie mógł zapłonąć, rozlecieć się, ani nic podobnego, w ten sam wieczór, kiedy kupili mi różdżkę przed pierwszym rokiem w Hogwarcie – wspominał – Od tego czasu jak wyłamię kawałek ściany, to tylko ta część zostaje zniszczona, a reszta pozostaje nienaruszona. Próbowałem też kiedyś przeteleportować drzwi i coś mnie popchnęło na ścianę, a różdżka wypadła mi z ręki…

Syriusz zachichotał lekko.

-Jak się chciałeś z nimi obrócić? – zapytał.

-No… popchnąłem je, żeby zrobiły dziewięćdziesiąt stopni i za nimi biegłem, a potem wylądowałem na ścianie, jedyne co się przeteleportowało, to szyba w drzwiach. Znalazła się nagle na podłodze w setkach kawałków.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu z uśmiechami wpatrując się w podłogę.

Na bladej twarzy Syriusza pojawiły się delikatne rumieńce.

-Nie sądziłem, że zobaczę kiedyś, jak próbujesz kogoś pocieszyć – powiedział Syriusz z uśmiechem.

-Wszystko może zdarzyć się. Ty nie musisz o tym wieeeeedzieć… - zanucił James znaną piosenkę, którą często słuchała jego mama.

Kiedy szli do wieży panowało między nimi nienaturalne milczenie, które w otaczających ich ciemności ciążyło strasznie, niczym gęsta, czarna mgła. James nie był pewien, czy Syriusz także czuje się głupio, bo ten zdawał się być teraz w innym świecie.
Syriusz nie spodziewał się, że podobna sytuacja może się kiedykolwiek zdarzyć. Było mu głupio patrząc teraz na Jamesa, wiedząc, że ten zobaczył na jego twarzy łzy oznaczające jego żal.


Mimo to musiał przyznać, że towarzystwo przyjaciela bardzo mu pomogło.


sobota, 21 lutego 2015

Huncwoci rozdział 11: Ale lala z tego Smarka

,,W Weimarze spot­ka­li się na wąskiej ścieżce w par­ku Goe­the i pe­wien kry­tyk li­terac­ki. Zo­baczyw­szy Goe­the­go, kry­tyk warknął:
- Nie ustępuję dro­gi durniom.
- A ja tak - od­po­wie­dział Goe­the i zszedł na bok.''
-Johann Wolfgang Goethe

Sorki, że między tym, a poprzednim postem była spora przerwa, ale tak jakoś wyszło.
Może miałabym większą motywację widząc, że ktoś zostawia pod postami jakieś komentarze, bo wtedy wiedziałabym, że publikowanie ich w internecie ma sens, bo ktoś je ogląda...

Do rzeczy.


-Smarkerus z włosami śliskimi jak wąż za książkami się chowa, a tłuszcz mu z glosy ścieka – podśpiewywał pod nosem Syriusz idąc ku Snape’owi, który siedział nisko pochylony nad książkami, przy stoliku w bibliotece. Słysząc te słowa poderwał gwałtownie głowę i spojrzał na nich nieco nieprzytomnym wzrokiem.
-Czego się uczysz? – zapytał beztrosko Syriusz przysiadając się do Severusa i nachylając nad jego niedokończonym esejem - Transmutacja? Chcesz się nauczyć jak transmutować sok w szampon? – zapytał całkiem poważnie, wskazując na butelkę soku stojącą obok książek.
Peter rozglądał się nerwowo, szukając wzrokiem bibliotekarki i uspokoił się nieco nie widząc jej nigdzie.
-A propos – kontynuował Syriusz. – Nie powinno się wnosić soku do biblioteki. – Mógłbyś go przypadkiem wylać na książkę, która jest własnością Hogwartu.
Patrzący na niego spode łba Severus zamknął książki i pośpiesznie schował pergamin z niedokończonym esejem do torby.
-Co, już idziesz?– zapytał Łapa udając smutek – A to dlaczego?
Severus wstał i spojrzał na niego wrogo.
-Odejdź mi z drogi, Black – warknął cicho, mając nadzieję że jego słowa zabrzmiały groźnie.
-Odejdź mi z drogi Black – przedrzeźnił go Syriusz, którego głos bardziej przypominał szczek ratlerka, niż całkiem wysokiego chłopca po mutacji.
-Twój brat musi się strasznie za ciebie wstydzić – zaszydził nagle Snape i ucieszył się bardzo widząc, że Syriusz zarumienił się lekko.– Mieć takiego wyrzutka rodzinnego, jako brata…
Syriusz rozzłościł się i jego oczy łypnęły groźnie na niższego od niego Ślizgona. Severus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że trafił w czuły punkt Blacka. Nadszedł wreszcie moment, w którym obaj wyciągnęli różdżki. Syriusz okazał się być szybszy. Rozbroił Severusa i schował jego różdżkę do kieszeni. Chwycił go za ramię i wyprowadził z biblioteki.
-Peter, weź jego torbę i zamknij drzwi.
Zeszli piętro niżej i weszli do opuszczonej Sali, którą musieli otworzyć za pomocą zaklęcia Alohomora. Syriusz przywiązał Snape’a do krzesła i wszedł na chwilę do kantorka, aby znaleźć w swojej torbie lusterko.
-James! – w lusterku pojawiła się twarz Pottera. – Mam Smarka. Klasa na trzecim piętrze, w której znaleźliśmy w zeszłym roku okulary McGonagall. Weź szampon i gumki do włosów.
Wszedł powrotem do klasy.
-Nie martw się, już wróciłem.
Snake zaklął głośno.
Glizdogon, który zajął się przeszukiwaniem torby Severusa, powiedział zaskoczony.
-Ej… Spójrz Syriuszu, to chyba jego pamiętnik!
Syriusz uśmiechnął się szeroko. Najwyraźniej posiadanie w swoich rękach pamiętnika Severusa było jego wielkim marzeniem.
-Pamiętnik? Naprawdę Smarkerusie? – zawołał.
Wyrwał Peterowi zeszyt. Snake poruszył się niespokojnie na krześle. Syriusz zaczął wertować dziennik.
-Notatki o eliksirach… bleblebleble…- nagle powiedział zaskoczony – Łuuuu… Co ja u widzę?
Pokazał Severusowi niezbyt ładny rysunek chudej dziewczyny z rudo-brązowymi włosami podpisany słowami „Lily Snape”.
-Nie wierzę! – krzyknął zdumiony – Chciałbym zobaczyć jej minę, jakby na to rzuciła okiem…
-Nie zobaczysz! – krzyknął, a jego głośnie wyraźnie słychać było strach.
Syriusz schował zeszyt do swojej torby i poklepał ją.
Do Sali wbiegł zdyszany James z tubką szamponu w ręku.
-Pomyślałem, że warto też pożyczyć szminkę od Dorcas – powiedział szczerząc się do Severusa, który spojrzał na niego spode łba.
-Szuru-buru, chlastu-chlastu, nie mam rączek jedenastu –zanucił James wyciągając ku niemu szampon.
-Może zawiążmy mu buzię, żeby nie gderał i nie rzucał klątw pod nosem? - zaproponował Syriusz.
James wzruszył ramionami.
Założyli wokół szyi Severusa wyczarowany obrus i za pomocą Aguametki zmoczyli mu włosy (i szatę).
Następnie James wylał mu na głowę pół butelki szamponu, a że wszyscy trzej brzydzili się dotknąć jego włosów szorowali je gąbką.
Drzwi od Sali otworzyły się.
-Zostawiliście mapę na biurku i zobaczyłem, że jesteście z Severusem… What the hell?
Lupin dopiero teraz zauważył co się dzieje i stanął mrugając, jakby miał nadzieję, że to mu się przewidziało. Trzej jego koledzy stali nad przywiązanym do krzesła Severusem Snape’m, który był czerwony ze złości, a na jego mokrych włosach było dużo piany.
-Co wy robicie? – zapytał zdziwiony.
-Myjemy mu włosy – odparł wesoło Peter.
Kolejne minuty Lupin krążył po klasie przyglądając się tajemniczym przedmiotom i obrazom i starając się nie patrzeć w kierunku kolegów, którzy nieźle bawili się i co jakiś czas wypowiadali zdania, które wyrwane z kontekstu mogłyby by zabrzmieć dziwacznie .
W głowie Remusa toczyła się walka. Dokuczać słabemu i nie lubianemu Ślizgonowi, w dodatku w czwórkę, było trochę nie w porządku
Ale wiedział dobrze, że Severus nie był bez winy. Znał się na czarnej magii i wciąż złorzeczył Syriuszowi i Jamesowi, którego wyraźnie nie cierpiał. Z drugiej strony.
W pewnym moencie usłyszał słowa:
-Lupin… umiesz robić te śmieszne kiteczki, które robią dziewczyny?
-Warkocze… –powiedział James.
Remus poruszył brwiami.
-Słyszałem jak taka jedna dziewczyna opowiadała drugiej na śniadaniu…
-Do rzeczy! – przerwał mu Syriusz.
-Zaklęcie brzmi braisissen – odparł szybko Remus, nieco urażonym tonem.
-Ale on ma teraz… takie… lepsze włosy – powiedział Peter patrząc na świeżo umyte i wysuszone włosy Snape’a. – Powinieneś częściej je myć –poradził Severusowi.
Kiedy zostawiali Severusa wyglądał naprawdę śmiesznie z malutkimi, brzydkimi warkoczami po bokach i szminką na powiekach. Odwiązali mu buzię, aby mógł ewentualnie zawołać jakąś pomoc, a on pożegnał ich stekiem przekleństw, jakby mogło mu to dać jakąś ulgę. James więc wrócił i za pomocą przywołanego aparatu zrobił mu pamiątkowe zdjęcie, na co w oczach Severusa pojawiły się łzy szczerej złości.
-Ale lala z tego Smarka – skomentował Peter.
Dobry humor towarzyszył huncwotom do końca dnia.

piątek, 20 lutego 2015

Rozdział II

Julia szykowała się do wyprawy swojego życia i rozmyślała o swoich przyjaciółkach, które pewnie chciałyby udać się w tą podróż razem z nią. Niestety nie mogły, bo wszystkie trzy nie żyły.
*
Clary wracała do domu z Miasta Elfów, w którym była z wizytą u swojej koleżanki z dzieciństwa – Olivii. Był to zimny wieczór. Padał deszcz i było ciemno. Czarownica szła poboczem koło drogi. Nagle zobaczyła powóz ciągnięty przez dwa piękne konie. Jechał w kierunku jej domu. Clary wybiegła na drogę i zatrzymała powóz. Jechali w niej trzej mężczyźni.
- Gdzie panowie jadą? – zapytała Clary jednego z nich.
- Do Miasta Czarów – odpowiedział mężczyzna.
- Mogłabym się z panami zabrać? – zapytała Clary.
- Oczywiście – odpowiedział mężczyzna.
Clary wsiadła do powozu. Jeden z mężczyzn wyciągnął zza pazuchy piękną różę i podał ją dziewczynie.  Clary powąchała ją i urwał jej się film.
*
Robin udała się razem z innymi Wybrańcami na wycieczkę na inną planetę, zwaną Ziemia. Miała chwilę wolnego czasu na zwiedzanie obcego miejsca. Szła jedną z Nowojorskich ulic, gdy nagle usłyszała muzykę dobiegającą z jednego z wieżowców. Przystanęła pod nim i wsłuchała się w piękną melodię graną na fortepianie. Muzyka była bardzo ważna dla Robin.
Nagle melodia się zmieniła. Była okropna. Brzmiała, jakby ktoś zaczął grać na oślep pierwsze lepsze dźwięki. Potem usłyszała pełen frustracji wrzask. Podniosła do góry głowę, próbując zlokalizować mieszkanie, w którym się znajdował sfrustrowany pianista. W końcu udało zlokalizować jej się mieszkanie pianisty. Zobaczyła wypadający przez okno fortepian. Sparaliżował ją strach. Instrument leciał prosto na nią. Nawet gdyby próbowała i tak nie dałaby rady uciec. Wrzasnęła, a potem została przygnieciona przez fortepian.
Robin była czarownicą i świetną wojowniczką. Jej mama była potężną czarownicą, a ojciec silnym łowcą. Dziewczyna razem ze swoim bratem  uczyła się czarować i walczyć od najmłodszych lat. Była wspaniałą łuczniczką, umiała poważnie zranić przeciwnika za pomocą swoich nieodłącznych glanów  i miała niebywałą siłę. Potrafiła posługiwać się wieloma rodzajami broni. Pewnego dnia spadł na nią fortepian. Umarła na miejscu.
*
                Clary otworzyła oczy. Była przywiązana do jakiegoś słupa. Podszedł do niej jeden z mężczyzn. Trzymał w ręce nóż.
- Co knują czarownice? – zapytał.
- Co? – zapytała Clary. – Po co wam ta informacja?
- Jesteśmy mieszkańcami planety Lifrega w konstelacji Wielkiego Regulusa. Zostaliśmy zesłani na tą planetę, by dowiedzieć się, dlaczego czarownice i czarodzieje z Miasta Czarów chcą najechać naszą planetę i nas podbić. Dotarła do nas ta informacja i natychmiast wyruszyliśmy na planetę Siedmiu Magów. Co wiesz o tym wszystkim?
- Nic – powiedziała Clary. – To bzdury!
- Czyżby? – zapytał mężczyzna, po czym wbił jej sztylet w brzuch. Z rany trysnęła krew. – Mów co wiesz!
*
                Amy była prześladowana w szkole, z powodu tego, że była inna oraz dlatego, że rok wcześniej na pół roku  przeprowadziła się razem z rodzicami do miasteczka Wielkiego Maga znajdującego się w krainie zwaną Zaczarowaną Ziemią. Przez  rok uczęszczała tam do Szkoły Magii imienia Wielkiej Reginy.
 Potem jej rodzice powrócili do rodzinnego domu razem z Amy. Szkoła Magii imienia Wielkiej Reginy i Księżycowy Instytut  od zawsze rywalizowały ze sobą. Fakt, że Amy przez rok uczęszczała do konkurencyjnej szkoły został powszechnie uznany za zdradę i od tej pory pół szkoły dokuczało nastolatce. Miała już tego serdecznie dosyć.
Amy weszła na dach Instytutu . Jej życie nie miało już żadnego sensu. Chciała je jak najszybciej zakończyć. Miała na sobie długą, krwistoczerwoną suknię. Wiatr rozwiewał jej czarne jak heban włosy. Czarownica ostatni raz spojrzała na Miasto Czarów w którym dorastała.
- Żegnaj świecie! – krzyknęła, po czym skoczyła z dachu i roztrzaskała się na ziemi.
*
- Nic nie wiem! – wrzasnęła Clary. – Jestem tylko uczennicą Księżycowego Instytutu! Nic nie wiem…
- Kłamiesz! – wrzasnął mężczyzna.
                Nagle do pomieszczenia wszedł koń. Był to jeden z koni, które ciągnęły powóz. Był to pozornie zwykły koń. Pozory jednak mylą. Koń przemówił:
- Dziewczyna mówi prawdę. Nic nie wie. Jest bezużyteczna. Unicestwijcie ją.
                Mężczyzna stojący przed Clary wbił jej nóż prosto w serce, po czym wyszedł z pokoju zostawiając Clary umierającą w samotności.
*
                Khauriel wszedł do pokoju Julii, która właśnie skończyła się szykować do drogi.
- Jesteś gotowa? – zapytał, a dziewczyna skinęła głową. – Chodź ze mną na dół. Twój bagaż podręczny już na ciebie czeka.  Jason i Rose będą tu za kilka minut.
- Kim jest Rose? – zapytała Julia.
- Rose podróżuje razem ze mną – odpowiedział Khauriel.
                Julia i Khauriel zeszli po schodach na parter. Julia podeszła do szafy i wyjęła z niej bluzę. Już miała ją ubrać, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- Otworzysz? – zapytała Khauriela.
- Jasne – odpowiedział Khauriel i otworzył drzwi wejściowe.
                Julia skończyła się ubierać i odwróciła się do Rose, która właśnie weszła do domu.
- Julio, poznaj Rose – powiedział Khauriel. – Rose jest anielicą z mojego zastępu i moją zastępczynią. Podróżujemy często razem.
- Witaj, Julio – powiedziała anielica podając Julii rękę.
- Witaj, Rose – odpowiedziała Julia ściskając rękę anielicy.
                Naczynie Rose miało dziewiętnaście lat. W tym wcieleniu anielica była szczupłą, niską, niebieskooką dziewczyną. Jej falowane blond włosy sięgały jej do ramion.  Nie była ani brzydka, ani szczególnie piękna. Była ładna i zwyczajna. Albo przynajmniej byłaby, gdyby była mniej anielska. Julia zauważyła, że Rose miała na lewej dłoni tatuaż przedstawiający różę.
                Prawdziwa Rose miała tylko dwadzieścia lat. Była tylko o rok starsza od swojego  naczynia. Była bardzo, ale to bardzo młodą anielicą. Dla porównania Khauriel miał dziewięćset lat i był uznawany w niebie za dość młodego anioła. Nawet Michał, który miał pięć tysięcy lat nie był stary. Był aniołem w średnim wieku. Najstarsze anioły narodziły się wraz z powstaniem wszechświata. Tylko one same wiedziały ile mają tak właściwie lat i rzecz jasna Bóg.
                Nagle do domu wszedł Jason. Podszedł do Julii i pocałował ją w policzek. Potem przywitał się z Khaurielem i Rose.
- Wszyscy już są – powiedział wesołym głosem Khauriel. – Mamy zagrożenie wojną, więc rzecz jasna wyruszamy na przygodę!
- Gdzie udamy się najpierw? – zapytała Rose.
- Może na Ziemię? – zaproponował anioł. – Na przykład do Wielkiej Brytanii? Jaki chcecie rok?
- Najbardziej współczesny dla ludzi, którzy tam mieszkają.
- A więc udajemy się do Wielkiej Brytanii w roku 2015 – Khauriel wyjął zza pazuchy coś, co wyglądało jak metalowa różdżka.
- Co to jest ? – zapytał Jason.
- To jest strivera – odpowiedział anioł. – Każdy Archanioł i Podróżnik ma takie coś.
- Czym jest właściwie ta strivera? – zapytała Rose Khauriela. – To coś w rodzaju magicznej różdżki?
- Można tak powiedzieć – odpowiedział anioł. – Jest to coś jak metalowa, dźwiękowa różdżka, która otwiera i zamyka tajne przejścia, rysuje runy o różnych właściwościach magicznych i uzdrawiających i przenosi w czasie i przestrzeni. Ma też różne inne właściwości, na przykład paraliżuje tymczasowo przeciwnika, zatrzymuje czas i robi różne inne rzeczy. Nie można nią jednak za to rzucać zaklęć, ale poza tym jest bardzo przydatna. Teraz złapcie się strivery i zamknijcie oczy.
Wszyscy posłusznie złapali kawałek metalowej różdżki i zamknęli oczy. Khauriel pstryknął palcami. Julia poczuła dziwne uczucie, jakby pędziła z prędkością światła na miotle. Nagle to uczucie ustało.
- Możecie już otworzyć oczy – powiedział wesoło Khauriel, a jego towarzysze wykonali jego polecenie.
 Jason i Julia rozglądali się dookoła ze zdziwieniem, a Rose uśmiechnęła się szeroko.
- Dawno już tu nie byłam ! – powiedziała anielica radosnym głosem. – Tęskniłam za tym miejscem.
- Gdzie jesteśmy? – zapytał zdziwiony Jason.
- Witajcie w Londynie! – powiedział Khauriel i uśmiechnął się szeroko.



- Lily

niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział I

Julia weszła na miękki trawnik i źdźbła trawy ugięły się pod jej bosymi stopami. Była szczupłą, niską blondynką. Usiadła na trawie, obok swojego chłopaka – Jasona, który objął ją ramieniem.  Był on wysokim i dobrze zbudowanym brunetem. Jego jedno oko było zielone, a drugie niebieskie. Dwukolorowe oczy były typowe dla rasy łowców.  
Był to letni, upalny dzień. Nic nie zwiastowało, że zdarzy się coś niezwykłego. Krążyły co prawda pogłoski, że w Sidracie  pojawiły się demony, ale mało kto w to wierzył. Było to zbyt przerażające i absurdalne. Był to pozornie idealny dzień. Niestety, pozory mylą.
Nagle niebo pociemniało. Zerwała się okropna wichura. Zaczął padać deszcz. Niebo przecięła błyskawica.
- Jak to możliwe? – zapytał Jason. – Przecież przed chwilą świeciło słońce…
- Może jednak to wszystko prawda – powiedziała Julia. – Te pogłoski o demonach.
- Albo to zwykła burza – odparł Jason. – A jeśli to demony, to będę walczył.
- Ja też  - odpowiedziała Julia.
- Nie zgadzam się – powiedział twardo i zdecydowanie chłopak. – Nie będziesz z nikim walczyła. Nie jesteś łowczynią. Jesteś jeszcze taka młoda i delikatna… Nie możesz walczyć.
- Jestem czarownicą i znam mnóstwo zaklęć – odpowiedziała nastolatka. -  Poradzę sobie,
poza tym nie pozwolę ci walczyć samemu.
- Jeszcze wrócimy do tej rozmowy – powiedział Jason. – Oczywiście, jeśli te wszystkie pogłoski to prawda. A teraz sprawdźmy co się dzieje… Albo chociaż schowajmy się gdzieś, zanim kompletnie przemokniemy.
Julia i Jason wzięli się za ręce i zaczęli biec w stronę domu Julii. Wbiegli do środka. W korytarzu czekała na nich mama Julii – Anthea.
- Jasonie, idź natychmiast do domu – powiedziała. – Twój ojciec chce cię widzieć. Podobno to coś bardzo ważnego.
- Dobrze, Antheo – odpowiedział Jason. – Czy coś się stało?
- Wojna niedługo się zacznie – powiedziała Anthea grobowym tonem.
*
                Jason wszedł do domu i pobiegł do swojego pokoju. Przebrał się szybko.  Mokre ubrania powiesił na krześle przy kominku i udał się do salonu. Byli tam jego rodzice, młodszy brat i jakiś mężczyzna, którego Jason jeszcze nigdy nie widział. Wyglądał jak człowiek, ale było w nim coś, co wskazywało na to, że nie jest on rasy ludzkiej. Nie był z pewnością ani łowcą, ani czarodziejem, ani nawet elfem.
- Witaj, Jasonie – powiedział nieznajomy. – Wszyscy się cieszymy, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością.
- Czym jesteś? – zapytał Jason.
- Aniołem – powiedział mężczyzna. – Mam na imię Khauriel.
- Kogo opętałeś i co tutaj robisz?
- Jakiegoś narkomana, żyjącego na planecie o nazwie Ziemia – odparł Khauriel. – Umierał, moja obecność mu pomaga. Jestem tutaj, by was ochraniać i by walczyć z demonami. Kilka z nich wydostało  się z piekła. Zaczyna się wojna.
- Zszedłeś na ziemię sam?
- Nie. Mam zastęp złożony z mniej znaczących dla nieba aniołów. Ale tylko ja będę was ochraniał  i wam pomagał.
- Nam? – zdziwił się Jason.
- Waszej rodzinie – wyjaśnił anioł. – Pochodzicie z rodu pierwszych łowców i należy wam się najlepsza opieka. Waszej rodzinie i przyjaciołom waszej rodziny.
- A co będzie robiła reszta aniołów?
- Wykonywała moje rozkazy, walczyła z demonami i niosła pomoc rannym. Każdy anioł zna wiele skutecznych i nieznanych ludzkości  metod uzdrawiania i jest nas bardzo trudno zabić. A przynajmniej naszą duszę, bo naczynie jest w stanie łatwo ulec zniszczeniu. Do pewnego stopnia się regenerujemy, ale czasem rany są zbyt wielkie i wtedy musimy zdobyć nowe naczynie.
- Naczynie?
- Tłumacząc na język ludzki jest to ciało, którego duszę wprowadzamy w czas tymczasowego uśpienia na czas naszego pobytu na Ziemi albo jakiejkolwiek innej planecie.
- Ciągle mówisz o tej Ziemi – zauważył Jason. – Co to za planeta?
- Jest to jedna z moich ulubionych planet – odpowiedział Khauriel. – Jest jedną z planet układu słonecznego. Byłem na niej kilkukrotnie. Ludzie są tam bardzo wykształceni. Dużo bardziej niż wy. Opracowali mnóstwo technologii. Za to u was jest więcej ras rozumnych. U nich są tylko zwykli ludzie i dosłownie  kilka rodzin wampirów, wilkołaków, czarodziei i łowców.  Generalnie Ziemianie nie znają magii.  
- Jak oni mogą żyć bez magii? – zapytał zdziwiony Jason.
- A jak wy możecie żyć bez samochodów lub komputerów? – zapytał spokojnym głosem anioł.
- Bez czego? – zdziwił się Jason.
Khauriel uśmiechnął się na widok zaskoczenia malującego się na twarzy łowcy.
- No właśnie – powiedział spokojnie. – Jeśli nie zna się pewnych rzeczy, z pewnością da się bez nich żyć. Ludzie z tamtej planety nie potrzebują teleportacji, bo mają pojazdy dużo szybsze i  bardziej wytrzymałe niż powozy, czy rowery. Nie potrzebna im magia,  bo posiadają elektryczność. Faktycznie ich życie byłoby jeszcze łatwiejsze, gdyby znali magię, a wasze dużo przyjemniejsze, gdybyście znali elektryczność, ale wszystkiego mieć nie można.   
*
                Następnego dnia z samego rana Jason przyszedł do domu Julii. Była przerażona rozpoczynającą się wojną, ale i tak chciała walczyć. Anthea nie pozwoliła jej na to i Julia poprosiła Jasona, by pomógł jej przekonać jej matkę, by się zgodziła. Jason jednak nie zamierzał pomóc Julii. Nie chciał, by walczyła. Doskonale rozumiał obawy Anthei. Julia miała tylko siedemnaście lat i była jedynaczką. Gdyby Julia zginęła, Anthea by tego nie przeżyła. Ojciec Julii umarł, gdy miała ona roczek. Julia i Anthea miały tylko siebie.
                Jason i Julia siedzieli w pokoju dziewczyny i rozmawiali. Postanowili udać się do domu Jasona, który chciał zapoznać Julię z Khaurielem. Nastolatka jeszcze nigdy w życiu nie spotkała anioła i była bardzo ciekawa jacy są wysłannicy samego Boga.
Para weszła do domu łowcy. Dom Jasona  miał trzy piętra – piwnicę, w której znajdowała  się sala treningowa i zbrojownia, parter na którym była łazienka, kuchnia, salon połączony z jadalnią  i pokój gościnny oraz pierwsze piętro na którym była druga łazienka, sypialnia rodziców Jasona oraz pokój nastolatka obok którego była sypialnia jego młodszego brata - Johna.
 Pokój Jasona był nieduży. Ściany były  pomalowane na krwistą czerwień.  Wisiały na nich miecze, sztylety, noże i pistolety, czyli broń, którą każdy łowca zawsze powinien mieć pod ręką.  Trochę mniej ważne są kołki, kusze i łuki, więc znajdowały się one w zbrojowni.
Na drzwiach prowadzących do pokoju Jasona był narysowany pentagram, który nie pozwalał demonom i wampirom bez zaproszenia wejść do jego pokoju. Taki sam pentagram znajdował się na podłodze pod dywanem. Jeśli jakiś demon wszedłby na jego dywan znalazłby się natychmiast w pułapce, z której mógł go wypuścić tylko i wyłącznie Jason.
Po lewej stronie, przy wejściu do pokoju Jasona znajdowało się łóżko, pod którym chłopak trzymał sól odpychającą złe duchy, różaniec oraz pistolet i różne rodzaje naboi ( każdy działający na inną istotę magiczną).
 Na wprost od łóżka znajdowała się szafa. Wisiały  w niej ubrania codzienne, wizytowe, przebrania, które  pozwalały na wtopienie się w tłum w przypadku wizyty w innym wymiarze oraz bojowe mundury łowieckie.  Po prawej stronie od szafy znajdowała się komoda z bielizną, a po prawej stronie komody, pod oknem stało biurko.
 Obok biurka stała mała biblioteczka. Znajdowały się w niej magiczne księgi, pismo święte, księgi łowieckie, podręczniki, w których były zawarte informacje o innych wymiarach i bestiariusze.
Jason nie lubił czytać. Była to dla niego kara. Był niestety do tego zmuszany. Chodził do szkoły dla łowców, w której czytanie było bardzo ważne. Często musiał w szkole przeczytać bardzo szybko fragment danej księgi i od razu zastosować w praktyce wiedzę, którą zdobył czytając. Musiał więc być skupiony na czytaniu, czytać szybko, ale ze zrozumieniem i umieć wykorzystać w trybie natychmiastowym zdobytą wiedzę.
                Jason i Julia udali się do salonu, w którym siedział Khauriel.
- Gdzie są moi rodzice? – zapytał Jason.
- Udali się  razem z twoim bratem na szkolenie – powiedział Khauriel. – Ty też powinieneś się na nie udać, chłopcze. Jednak z tego co widzę, szkolenia cię nie interesują. Ważniejsze dla ciebie jest przebywanie z piękną niewiastą niż nauka, jak ratować świat.
- W miarę dobrze sobie radzę na szkoleniach – odparł Jason. – Więc postanowiłem sobie to jedno odpuścić.
- Ale jest one bardzo ważne – powiedział anioł. – Bez niego możesz nie przeżyć kilku minut na wojnie. Demony, a zwłaszcza Marcus są bardzo inteligentne, szybkie i przebiegłe, a przy tym przerażające i bardzo, ale to bardzo złe. Są naprawdę trudnymi do pokonania przeciwnikami. Dawno, dawno temu na polecenie mojego brata broniłem razem z moim własnym, prywatnym zastępem młodych aniołów Ziemi. Musiałem walczyć z Marcusem. Chciał mnie spalić żywcem. Cudem udało mi się ujść z życiem z naszego spotkania. Nie chodzi mi teraz o to, że mojemu naczyniu udało się ujść z życiem, co to to nie. To biedne naczynie nie miało żadnych szans. Chodzi mi o to, że on prawie zabił mnie. Prawdziwego mnie! Prawdziwego anielskiego mnie! Aniołów praktycznie nie da się zabić, a mu się to prawie udało… A ty myślisz, że możesz opuścić jakieś szkolenie… Postępujesz nierozsądnie Jasonie.
- W takim razie później pójdę do piwnicy i trochę potrenuję – odpowiedział od niechcenia Jason, a następnie wskazał na Julię. – Khaurielu, poznaj moją dziewczynę, Julię.
- Miło mi cię poznać, Julio – powiedział anioł i pocałował jej dłoń. – Jesteś naprawdę piękną niewiastą i z tego, co udało mi się wyczytać z twoich oczu jesteś również bardzo zdolną i potężną czarownicą.
- Dziękuję –  powiedziała Julia, która zarumieniła się na twarzy. – Mi też cię miło poznać, Khaurielu.
- Byliście kiedyś na jakiejś innej planecie? – zapytał Khauriel.
- Nie – odpowiedziała Julia. – Ale moja przyjaciółka była.
- Podobało jej się tam? – zapytał Khauriel.
- Nie wiem – odpowiedziała Julia. – Nigdy nie miałam okazji jej o to zapytać. Poleciała na obcą planetę z grupką wybranych osób z naszej szkoły i nigdy nie wróciła. Umarła na tej planecie.
- Przykro mi – powiedział szczerze Khauriel. - I doskonale zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała się ze mną udać w podróż po Wszechświecie…
- Oczywiście, że będę chciała! – powiedziała Julia. – Jedynym moim warunkiem jest to, że Jason uda się w podróż razem z nami.
- Oczywiście, że tak – powiedział Khauriel. – Oboje jesteście zaproszeni do zwiedzania ze mną Wszechświata, jeśli tylko będziecie chcieli. Najlepsze jest to,  że anioły mogą podróżować zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Nikt nawet nie zauważy, że gdzieś się udaliście, chyba że chcecie uciec…
- Kiedy ruszamy w podróż? – zapytał Jason.
- Jak tylko będziecie gotowi – odpowiedział anioł.


niedziela, 8 lutego 2015

2000 wyświetleń!!!!! + Prolog

Nadal nie mogę uwierzyć w to, ze mamy 2000 wyświetleń!!! Dziękuję w imieniu moim i Łapy wam za to, że jesteście z nami!!! Kochamy was! ♥ - Lily
Przez długi czas zastanawiałam się, czy dodać tu opowiadanie, które zaczęłam ostatnio pisać. Powód jest prosty - chciałabym je kiedyś wysłać na jakiś konkurs jak już je skończę, a opowiadania wysyłane na konkursy nie mogą być zazwyczaj nigdzie wcześniej publikowane. Opowiadanie nie jest niestety związane z HP, ale ostatnio nie mam jakoś weny na fanfiction, więc będę też tu dodawała inne opowiadania, w większości fantasy. Jeśli chodzi o to konkretne opowiadanie, to doszłam do wniosku, że je wam wstawię i najwyżej je kiedyś usunę czy coś. W takim razie zapraszam na Prolog :

Dawno, dawno temu wszystkie światy żyły ze sobą w zgodzie.  Po śmierci ludzie trafiali do nieba albo do piekła, a bramy od tych dwóch światów były zamknięte.  Portali pomiędzy wszystkimi wymiarami strzegli czarodzieje. Pomagali im w tym łowcy, którzy posiadali co prawda ograniczoną magiczną moc, ale byli za to wyszkoleni w walce z wszystkimi rodzajami magicznych istot. Bardzo rzadko dochodziło do nieporozumień pomiędzy mieszkańcami wszystkich światów.
Jednak wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Pewnego dnia Królem Piekła, czyli osobą, która rządziła piekłem pod nieobecność Lucyfera, który został zamknięty przez archanioła Michała w Próżni   został demon o imieniu Marcus, który posiadał ogromną magiczną moc. Pragnął on zburzyć  ład i pokój, który panował na wszystkich planetach. Stworzył swoją armię demonów, które miały mu pomóc w opanowaniu wszystkich wymiarów.  Zdobył pilnie strzeżony klucz i otworzył bramy piekieł.
Nadeszły wtedy straszliwe czasy. Demony wydostały się z piekła i zaczęły podstępem zawierać umowy z innymi rasami prowadzące do przemienienia ich w demony. Zaczęły opętywać niewinnych ludzi i mordować wszystkich, którzy stanęli im na drodze. Marcus  był najbardziej okrutnym z demonów i to przez niego zginęła większość ludzi.
Wszystkie istoty postanowiły sięgnąć po ostateczną broń przeciw walce ze złem. Zawarły sojusz z najdoskonalszymi, najwspanialszymi, ale też najbardziej niebezpiecznymi, zaraz po demonach istotami. Zawarły sojusz z wysłannikami samego Boga  - z Aniołami.
Aniołowie, a zwłaszcza  Archaniołowie byli zbyt ważnymi istotami, by zejść na jakąkolwiek planetę, więc zesłali do najbardziej niszczonej przez demony krainy grupkę składającą się z kilku młodych i mało ważnych dla nieba aniołów. Dowodził nimi młodszy brat Archanioła Michała o imieniu Khauriel.
Khauriel zdobył ciało umierającego człowieka i opętując go zszedł na ziemię. Jego obecność w naczyniu, które umierało miało zbawienny wpływ na ciało tego człowieka, bo anielskość Khauriela go uzdrawiała.  Khauriel miał od tej pory prawie dwa metry wzrostu,  brązowe, włosy opadające mu lokami na kark i czoło, niebiesko-zielone oczy, wydatne kości policzkowe  i był nieziemsko przystojny.  Rozkazał pozostałym aniołom walczyć z demonami, po czym  przyłączył się do pewnej rodziny łowców i pomagał im się bronić przed atakującymi ich potworami.

Na planecie Siedmiu Magów, w krainie zwanej Sidrat  żyło siedem ras:  na zachodzie żyli czarodzieje  i łowcy, na wschodzie elfy, w środkowej części kraju żyły wampiry i wilkołaki, na północy olbrzymy, a na południu zmiennokształtni, którzy zajmowali się hodowlą smoków.