sobota, 28 marca 2015

Rozdział VI

Amy wyszła ze szkoły. Był piękny zimowy dzień. Pożegnała się po kolei ze swoimi przyjaciółkami.
- Wszystko w porządku? – zapytała nagle Julia.
- Tak – skłamała gładko Amy. – Wszystko jest źle, tragicznie, fatalnie, mam dość, mam depresję, nie chcę wracać do tego domu, zaraz się rozpłaczę, nie wiem, ile czasu zdołam jeszcze tak żyć świetnie!
- To dobrze – powiedziała Julia i uściskała przyjaciółkę serdecznie. – Do jutra!
- Pa! – odpowiedziała Amy.
Przy przyjaciółkach Amy zawsze była radosna.
Przy przyjaciółkach Amy zawsze była optymistką.
 Przy przyjaciółkach Amy nigdy nie płakała.
 Przy przyjaciółkach Amy ciągle się śmiała.
Najlepsze przyjaciółki Amy nie miały o niczym pojęcia. Nie miały pojęcia jak wielki ból odczuwa Amy. Nie wiedziały jak bardzo jest samotna. Nie miały pojęcia, że jak jest w domu przez cały czas płacze. Nie miały pojęcia, że poza nimi nie ma nikogo.
Przyjaciółki były dla Amy jak siostry. Jak prawdziwa, kochająca rodzina, której Amy nigdy nie miała. Rodzice dziewczyny nigdy nie przebywali w domu. Nie wracali do niego. Nie chcieli w nim przebywać. Z ich domem wiązało się za dużo wspomnień. Powracanie do domu by zrobić w nim  coś więcej niż zjedzenie obiadu lub pójście spać było dla nich zbyt trudne i bolesne. Zapomnieli jednak o pewnym małym szczególiku. Amy nie pracowała 24h/7. Amy przebywała w domu przez sporą część czasu. Dla niej powracanie do domu było tak samo bolesne jak dla nich. Jednak ona powracała do tego zimnego, wielkiego, nawiedzonego domu, w którym wydarzyło się tak dużo złych rzeczy. Jej dom był jej własną samotnią.
To wszystko wydarzyło się dwa lata temu. Amy i jej rodzice od zawsze mieszkali w nawiedzonym domu. Pod jednym dachem z poltergeistem. Wredny  i okrutny duch często ich krzywdził. Amy urodził się młodszy brat. Bardzo go kochała. Był oczkiem w głowie jej i jej rodziców.
Pewnego dnia poltergeist go zabił. Chłopiec zasnął i już więcej się nie obudził. Magiczna sekcja zwłok wykazała, że zginął on  przez złego ducha.
Od tej pory nic nie było już takie jak kiedyś. Rodzice Amy zaczęli coraz bardziej się od siebie oddalać. Zaczęli więcej pracować, by unikać się wzajemnie i już nie wracać do tego domu.
Próbowali wyprowadzić się z tego domu, ale duch nie był przywiązany do domu, lecz do rodziny.
Amy otworzyła bramkę, weszła do ogrodu, zamknęła bramkę za sobą, przeszła przez ogród i wyjęła klucz. Otworzyła nim drzwi.
- Jest tu ktoś?! – krzyknęła. – Ktokolwiek?!
Cisza. Amy wiedziała, że nikogo nie będzie w tym zimnym, ciemnym, nawiedzonym domu. Nigdy w nim nikogo nie ma. Rozczarowanie i tak zapiekło ją w gardle, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Miała już tego dosyć. Miała już tego śmiertelnie dość.
W tym domu nigdy nikogo nie było. Nikt nigdy się o nią nie troszczył. Nie wiedziała ile jeszcze czasu zdoła tak żyć. Z jednej strony przebywanie w tym domu było dla niej koszmarem, ale z drugiej strony nie mogła z niego wyjść. Nie miałaby dokąd się udać.
Jej najlepsze przyjaciółki spędzały czas ze swoimi rodzinami albo w miejscach publicznych. Nie były jakoś bardzo popularne, ale ludzie przynajmniej ich nie nienawidzili. Za to Amy była nienawidzona przez swoją całą szkołę. Powodów było mnóstwo, Amy znała część z nich. Głównym powodem, dla którego ludzie ją prześladowali było to, że była sobą. Poza tym ludzie nie potrafili jej wybaczyć tego, że gdy przeprowadziła się z rodzicami na pewien czas, od razu po śmierci jej brata do sąsiedniej krainy chodziła do konkurencyjnej szkoły.
Amy była inna. Była inna od dziecka. Jej moc nie polegała na umiejętności rzucania zaklęć. Nigdy w życiu nie udało jej się rzucić ani jednego zaklęcia. Zwyczajnie nie miała magicznej mocy. Jej dar polegał na czymś innym. Amy kontrolowała żywioły.
Właściwie to określenie „ Amy kontrolowała żywioły” było nie do końca prawdziwe. Nastolatka nie potrafiła zapanować nad swoją mocą. Jak była zła wybuchał pożar, jak była smutna  Sidrat był zalewany przez powódź, jak była przestraszona zrywała się wichura, jak traciła grunt pod nogami następowało trzęsienie ziemi.
Nikt nie potrafił jej pomóc. Wszyscy poza jej przyjaciółkami, włącznie z większością nauczycieli nienawidzili jej i bali się jej. Nie byli w stanie się nauczyć, że szydzenie z niej sprawia jej ból, a jej ból prowadził do nadnaturalnych katastrof naturalnych.
Przez ciągłą huśtawkę nastrojów, którą fundowali dziewczynie inni ludzie w Sidracie miliony ludzi traciło dach nad głową. Wiele ludzi chciało jej śmierci. Jednak jako dziewczyna z wyjątkowym darem była chroniona przez władze. Każdy, kto spróbowałby dokonać takiego czynu zostałby natychmiast unicestwiony.
*
Następnego dnia była sobota. Amy poszła jednak do szkoły. Nie po to, by się uczyć, ale po to, by to wszystko się wreszcie skończyło. Weszła na dach Instytutu . Jej życie nie miało już żadnego sensu. Chciała je jak najszybciej zakończyć. Miała na sobie długą, krwistoczerwoną suknię. Wiatr rozwiewał jej czarne jak heban włosy. Czarownica ostatni raz spojrzała na Miasto Czarów w którym dorastała.
- Żegnaj świecie! – krzyknęła, po czym skoczyła z dachu i roztrzaskała się na ziemi.







- Lily

czwartek, 26 marca 2015

Huncwoci klasa szósta Rozdział 3

Rozdział trzeci o huncwotach :p
Łapa


Kilka dni później do Syriusza przyszła wiadomość.
Syriusz? Gdzie ty do cholery jesteś? Wszystko w porządku? Właśnie dowiedziałam się, że nie mieszkasz już w domu… Mam nadzieję, że nie zrobiłeś niczego głupiego.
                                                                                                                                            Andromeda
-Andromeda to twoja kuzynka? – zapytała pani Potter.
-Tak, jedyna normalna w całej rodzinie. No, jest jeszcze wujek Alphard, ale on trochę ze świrował. 
-Właściwie… to co się stało? – zapytała delikatnie Dorea.
Syriusz domyślił się, że chodzi o jego kłótnię z matką.
-Andromeda wychodzi za czarodzieja, mającego mugolskich rodziców – wyjaśnił. – I w sumie od tego się zaczęło, bo ja ją poparłem. Potem powiedziała to co zwykle, czyli że nie jestem godzien Blacków i w ogóle – przewrócił oczami.
-Ale… może ona się o ciebie martwi? Mogła powiedzieć coś niewłaściwego pod wpływem emocji i teraz tego żałuję.
-Nie sądzę – powiedział pan Potter. – Znam ją, to wiedźma.
Pani Potter spojrzała karcąco na męża.
-To prawda - dodał Syriusz. Aby przekonać panią Potter, musiał wyznać najważniejszą rzecz. – Użyła na mnie cruciatusa i wcale nie żałowała – powiedział dość spokojnie.
Pani Potter zatkała usta dłonią, a Charlus i James, wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami.
***
W przed ostatnim tygodniu Lupin napisał do nich, że wybiera się na pokątną i zaproponował im spotkanie.
Pan Potter postanowił wybrać się z nimi. 
Syriusz  wrzucił do kominka proszek Fiuu i wszedł w płomienie krzycząc „Ulina Pokątna”. Leciał mijając kolejne kominki, aż  w końcu wypadł na posadzkę. Jeszcze zanim stanął na nogach, zorientował się, że coś jest nie tak. Znajdował się w niewielkiej, zamkniętej karczmie przy ponurej uliczce, a na szybą sklepu stały dwie zacieniowane postacie.
-James, nie! – krzyknął do kominka, ale było już za późno. 
Po chwili podniósł się już z ziemi jego przyjaciel, a zaraz po nim dołączył pan Potter. Od razu wyciągnął przed siebie różdżkę. Zakapturzone postacie obróciły się i kiedy rozległ się cichy trzask, Syriusz wiedział już, że są w środku.
-UCIEKAJCIE! – ryknął do chłopaków pan Potter, ale było już za późno. Postacie były tuż przy nich.
James zdał sobie sprawę, że nie mają szans. Jego ojciec był dobrym czarodziejem, ale jego siedemdziesięcioletnia ręka trzęsła się celując ręką i z pewnością był zbyt mało sprawny.
 Dwóch śmierciorzerców celowało  nich różdżkami. 
-PADNIJ – ryknął Syriusz, kiedy zaklęcia poleciały ku nim zaklęcia.
Ale James wyjął różdżkę i stanął oniemiały, a zaklęcia leciały prosto na niego. Trwało to ułamek sekundy. Charlus rzucił się przed siebie i pchnął na ziemię swojego syna. Pierwsze zaklęcie odbiło się od lampy i uderzyło w śmierciożercę zwalając do z nóg. Drugie trafiło w pana Pottera, który upadł na Jamesa. Syriusz wyskoczył zza szafki wrzeszcząc „Drętwota” z różdżką wycelowaną w drugiego śmierciożercę, który celował w Jamesa i jego ojca, ale kiedy padło na niego zaklęcie upadł na tą dwójkę.
Zamieszanie skończyło się. Syriusz stał oniemiały wstrzymując oddech. Usłyszał stłumiony przez dwa ciała wrzask Jamesa. Runął na kolana i odepchnął śmierciożercę, a pana Charlusa przewrócił na plecy, spychając go ze swojego przyjaciela, który natychmiast usiadł. Przeraźliwie blady, spojrzał na swojego ojca.
-Puls mu bije – powiedział Syriusz – James!
Przyjaciel nie poruszył się.
-James, powiedz coś! – powiedział niemal błagalnie –Popatrz na mnie – dodał, próbując spojrzeć mu w oczy. 
,,No tak – pomyślał – To jego ojciec, jest w szoku.”
Pan Potter leżał nieprzytomny. Ale coś w jego wyglądzie mówiło mu, że coś jest mocno nie w porządku. Choćby te lekko otwarte usta i przeraźliwie blada twarz. .
Syriusz wybiegł ze sklepu, zamienił się w wielkiego psa i pobiegł po pomoc. Po kilku minutach uświadomił sobie, że przecież żaden mugol nie będzie mógł mu pomóc. Przemienił się powrotem i stanął zdyszany, rozglądając się wokół z coraz większą paniką. Nagle zobaczył jakąś postać kuśtykającą w jego stronę. Jego mięśnie napięły się. Czyżby to był kolejny śmierciożerca?
-Co się stało, chłopcze? – wychrypiał. – Nie celuj we mnie różdżką, bo mam dobrze wyćwiczone odruchy samoobronne, więc mogę ci zrobić krzywdę.
Uderzenia jego drewnianej nogi wydawały głośny stukot, kiedy zmierzał w jego kierunku.
-Kim jesteś? – zapytał Syriusz.
-Alastor Moody. A ty pewnie jesteś od Dumbledore’a, co? To mój stary kumpel.
,,Ach, no to wszystko w porządku.”
-Szybko! Śmierciożercy zaatakowali go! – krzyknął nagle.
-Mam biec? – zapytał ironicznie, ale nie zatrzymał się, tylko wciąż kuśtykał szybko. 
Syriusz miał ochotę pobiec szybko do sklepu, ale zmusił się, żeby prowadzić nieznajomego. Jednak co chwila przyśpieszał kroku i wyprzedzał mężczyznę, po czym czekał na niego niecierpliwie. 
***
-Charlus Potter! – krzyknął zdziwiony Moody.
Wyciągnął różdżkę i zaczął wymachiwać nią, szepcząc skomplikowane zaklęcia.
Nagle pan Potter otworzył przerażony oczy, a James wydał z siebie zduszony okrzyk.
-Weź chłopaków… weź… chłopaków – wymamrotał. Znowu zamknął oczy, oddychając ciężko. Po chwili z jego oczu powiek pociekła krew. 
James podniósł wzrok na Alastora i wzdrygnął się wbrew swojej woli. Mimo, że chłopak widział go już parę razy zdążył zapomnieć jak strasznie ten wygląda. Prawie cała jego twarz była pokryta bliznami, a w pusty oczodół wepchnięte było magiczne oko, które widziało przez ściany.
Teraz chwycił brutalnie go i Syriusza i przeteleportowali się. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie. Kiedy wylądowali, Syriusz zwymiotował. Moody pchnął ich w stronę drzwi do domu państwa Potter.
-Nie ruszajcie się stąd! – powiedział groźnie i deportował się.
Chłopcy weszli do domu.
-Już jesteście? – zdziwiła się pani Potter. Kiedy ich zobaczyła przeraziła się – Coś się stało?!
***
Następnego dnia Syriusz, James i pani Dorea udali się do szpitala św. Munga. Pan Potter spał wycieńczony. Podobno odzyskał na chwilę świadomość, kiedy tu dotarł. Wyglądał już prawie dobrze. 
James  bardzo przejmował się złym stanem ojca, który osłonił go przed zaklęciem, widząc go odzyskał humor. Razem z Syriuszem ścigali się na wózkach inwalidzkich, co skończyło się tym, że Syriusz z impetem uderzył w uzdrowiciela, który niósł kociołek z jakimś eliksirem. Wywar oblał Blacka, powodując że na jego twarzy i dłoniach pojawiły się zielone plamy, których jak stwierdził uzdrowiciel, nie dało się usunąć, choć James podejrzewał, że on wciąż zły z powodu straty eliksiru  po prostu nie chce mu pomóc.
***
Lily siedziała na biurku i wpatrywała się w ulicę, za swoim oknem.
W jej mugolskim pokoju panował względny porządek. Na łóżku i krześle leżały ciuchy i kilka książek walało się po podłodze. Jej mama przesadnie dbała o porządek, a Lily miała problem z dostosowaniem się do tego.
Na biurku leżał dzisiejszy Prorok, w którym Lily znalazła niewielki artykuł, który nią wstrząsnął. Przeczytała go parę razy, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co tu napisano. 

Urzędnik Ministerstwa dochodzi do siebie
Przed kilkoma dniami Charlus Potter, wraz 
ze swoim synem i jego przyjacielem zostali
 napadnięci przez popleczników Sami-Wiecie-Kogo, 
kiedy chcieli udać się na ulicę Pokątną.
 Jednak system sieci Fiu został uszkodzony i trafili
 do mugolskiej wioski. Pan Potter przebywa 
teraz przebywa teraz w szpitalu Świętego Munga,
 jednak wszystko wskazuje na to, że wkrótce wyzdrowieje.
 Co ma znaczyć kolejna napaść? Czy ktokolwiek może czuć się bezpiecznie?
Lily była pewna, że James, który nienawidził jej przyjaciela, Severusa Snape's ze względu na to, że ten lubuje się czarną magią, nigdy nie przyłączyłby się do Voldemorta. Zapewne nauki pobierał od swojego ojca. Czy możliwe, że właśnie dlatego zostali napadnięci przez śmierciożerców?
***
Kolejnego dnia wstała rano i wzięła krótki prysznic. W pośpiechu zjadła płatki i przez kolejne kilkanaście minut pośpieszała swoją mamę. W końcu wsiadły do samochodu i pojechały na dworzec. Przybiegły na stację w ostatnim momencie. Pociąg zagwizdał po raz ostatni, a Lily wskoczyła do wagonu.
-Ucałuj tatę i Petunię – krzyknęła na pożegnanie, wychylając się za okno.
Szła szybko wzdłuż przedziałów, aż w końcu znalazła swoje koleżanki w prawie ostatnim przedziale. Zapominając, że może już używać swojej różdżki wzięła się za podnoszenie kuferka, ale położenie go na wysokiej półce okazało się być trudniejsze, niż jej się wydawało.
-Potrzebujesz pomocy? – usłyszała czyjś głos tuż przy swoim uchu, przez co upuściła ciężki kufer na swoją stopę.
Zacisnęła zęby i przeklinała się w duchu. Dlaczego nie zasunęła za sobą drzwiczek? Wtedy nie zostałaby zaskoczona.
***
Pani Potter weszła rano do pokoju swojego syna i rozsunęła żaluzję sprawiając, że promienie słońca wdarły się po pokoju i oświetliły całe pomieszczenie.
-Wstawajcie! – krzyknęła. – Za pięć minut macie być na śniadaniu – dodała, po czym wyszła.
James obrócił się na drugi bok i zasłonił się poduszką, a Syriusz przeciągnął się leniwie i wstał.
Ubrał się w czarne, mugolskie spodnie i zielony T-shirt. Na koniec przeczesał włosy. 
Przy podróży na dworzec oprócz pani Potter, towarzyszył im jakiś pracownik ministerstwa, który w razie czego ochraniał ich przed niepowołanym atakiem. 
***
Kiedy pojawiłem się na dworcu poczułem się wspaniale. Przez wakacje wpadło mi do głowy sporo nowych pomysłów, które zamierzałem zrealizować. Moje postanowienie na ten rok? Zdobyć serce Lily Evans. Rozglądałem się za nią wokół, ale nigdzie jej nie zobaczyłem, więc wszedłem do pociągu. Całą czwórką zajęliśmy przedział. Remus, jako prefekt, musiał pójść uspokajać jakiegoś płaczącego chłopca, który za wszelką cenę chciał wybiec z pociągu i rzucić się w ramiona matki. No cóż, dzieci bywają naprawdę szurnięte. 
Kiedy rozległ się ostatni gwizd pociągu, zobaczyłem Lily mijającą szybko nasz przedział. Wstałem z miejsca i ruszyłem za nią powoli. Przyczaiłem się koło jej przedziału, a za mną pojawił się Syriusz. Zerknąłem w stronę przedziału i  z powrotem na niego. Black wyszczerzył zęby, podniósł do góry kciuk i wyszeptał „Powodzenia’’. W takich momentach jak ten, miałem ochotę go zabić.
Kiedy wszedłem po cichu do przedziału, moja Lily mocowała się z bagażem. Podkradłem się do niej od tyłu, przykładając palec do ust w porozumiewawczym geście do jej przyjaciółek. Evans podniosła wreszcie skrzynię.
-Potrzebujesz pomocy? – zapytałem cicho wprost do jej ucha.
Nie spodziewałem się, że aż tak się przestraszy. W każdym razie z cichym wrzaskiem upuściła kufer, który upadł na jej stopę. Spojrzałem przerażony jak skacze na jednej nodze, zaciskając zęby. Korzystając z okazji chwyciłem ją i posadziłem sobie na kolanach, a ona zaczęła okładać mnie pięściami, zapominając o bólu stopy.
-Potrzebna ci pomoc lekarska! – krzyknąłem, udając przerażenie. – Syriusz, biegnij po apteczkę!
Zza rogu wyskoczył Syriusz, wyczarowując nosze.
Lily wyrwała mi się wreszcie i dumnie uniosła głowę.

-Wyłazić stąd, no już! – krzyknęła wypychając mnie za drzwi. – I weźcie ze sobą nosze!

wtorek, 17 marca 2015

Klasa szósta Rozdział 2

Kolejna notka o huncwotach :). Mówię od razu, że sytuacja z wizytą u Lily jest pomysłem naszej blogowej... Lily(skomplikowane to) która już kiedyś napisała o tym opowiadanie w "Inna strona Petunii", ale u niej wyglądało to nie co inaczej :D.
-Łapa
***

Wakacje w domu państwa Potter były wspaniałe. Rodzice Jamesa pracowali w Ministerstwie Magii. Pan Charlus wracał na późny obiad, a jego żona szła tylko na parę godzin, albo nie chodziła wcale.
-Swoje już odpracowałam. Teraz tylko nadzoruję pracę innych – wyjaśniła Syriuszowi.
Mieszkali w cudownym domu, pod wioską częściowo zamieszkaną przez czarodziei, a częściowo przez mugoli. Ich dom był prawie największy z nich wszystkich. Wnętrze zdobiły wartościowe obrazy, dywany i pamiątki rodzinne. Mimo że wystrój był tak starodawny jak u Blacków, to tutaj było znacznie bardziej przytulnie. Okien nie przysłaniały ciężkie zasłony, więc do środka wpadały jasne promienie słońca, oświetlając starannie wysprzątane wnętrze. Mieli osobny pokój z biblioteczką i taki z fortepianem, na którym grała pani Dorea. Śmiało można powiedzieć, że ten dom był stanowczo za duży dla dwójki rodziców i nastolatka.
Chłopacy wstawali późno  i robili co chcieli. Często grali w quidditcha, a że była ich tylko dwójka po prostu łapali znicza, ścigali się, albo jeden z nich rzucał piłkę do bramki (którą było okno od pokoju Jamesa) a drugi jej bronił.
Ponieważ gdzieś, za murami ich domu działał Voldemort atakujący mugoli i czarodziei, zdobywający nowych popleczników i planujący, właściwie nie wiadomo co, państwo Potter bardzo stresowali się. James uważał, że mają jakiegoś bzika, bo nie pozwalali im nawet wychodzić z domu, kiedy było już ciemno. Jednak mimo to, czasami wymykali się w nocy pod peleryną niewidką i przechadzali się po mieście, strasząc mugoli. Raz pan Charlus zabrał ich ze sobą na misję, którą było wyczyszczenie pamięci mugoli będących świadkami użycia magii. Kolejny raz zaprowadził ich ze sobą do Ministerstwa, gdzie zapoznał ich z paroma przyjaciółmi. Zanim wyszli z domu kazał przyrzec im, że będą bardzo grzeczni i nic nie zmajstrują.
Pani Dorea była bardzo miłą, ale czasami stanowczą kobietą. Była bardzo opiekuńcza w stosunku do swojego syna. Zresztą oboje bardzo go kochali i rozpieszczali.
***
Pewnego ciepłego, lipcowego dnia James leżał rozleniwiony na łóżku wpatrując się zamglonym wzrokiem w wieszak przy drzwiach.
-Wiesz… tak mi wpadło do głowy… Co ty na to, żeby odwiedził Lily? – zapytał.
-A gdzie ona mieszka? – zapytał Syriusz.
-W takiej mugolskiej wiosce, Campkorness, jakieś trzy godziny drogi stąd.
-Jasne, pójdźmy, ucieszy się – Syriusz wyszczerzył zęby.
Przy kolacji, James zapytał ojca:
-Moglibyśmy jutro odwiedzić Campkorness?
Pan Charlus zastanawiał się przez chwilę, marszcząc czoło.
-To ta mugolska wioska, o którą ostatnio pytałeś?
-Tak.
-A co tam jest takiego ciekawego?
-Dziewczyna – James wyszczerzył zęby, na co pani Dorea przewróciła oczami.
-I naprawdę koniecznie musisz tam jechać? – zapytała.
-Mhm…
-Wsadzę was jutro do Błędnego Rycerza i poczekacie tam na mnie do osiemnastej, kiedy skończę pracę – powiedział.
-Dobra, dzięki – powiedział ucieszony James.
***
Całą drogę Błędnym Rycerzem, James bez powodu wybuchał co chwilę śmiechem, nucił pod nosem piosenki i wciąż opowiadał o możliwych reakcjach, które mogą ich spotkać.
-Myślisz, że ona może mieć siostrę? – zapytał z nadzieją Syriusz.
-Meadows mi mówiła, że ma.
-Dorcas ci mówiła? – zdziwił się.
-Taaa… Kiedyś, kiedy Lily walnęła mnie w twarz i siedziałem w pokoju wspólnym, powiedziała że zawsze zostaje mi jej siostra, ale robiła przy tym dziwną minę, więc może coś z nią jest nie tak.
-Jest mugolką.
-Tak, rzeczywiście! Ale musi zazdrościć Lily!
-Polepszy jej się trochę humor, jak pozna mnie – powiedział Syriusz, uśmiechając się.
Kiedy pół godziny później James od nowa zaczął naśladować zdziwioną matkę Lily, która oznajmia, że James jest wspaniałym chłopakiem dla jej córki i że Lily powinna się z nim umówić, Syriusz nie wytrzymał.
-Zamknij się wreszcie, albo zwalę cię z krzesła! – powiedział. – Wciąż mówisz o Lily, Lily to, Lily tamto, blablabla…
James spojrzał na niego oburzony.
-Ale Lily… - nie dokończył, bo w tym momencie Syriusz pchnął go powodując, że James spadł z krzesła.
Wyszli z Błędnego Rycerza i szli wzdłuż ulicy, przyglądając się z ciekawością małej, uroczej miejscowości, zamieszkanej przez niczego nie świadomych mugoli. James znał ulicę, ale nie wiedział, pod jakim numerem mieszka Evans, więc chodzili w tą i w tamtą szukając domu, który mógłby do niej należeć. W końcu James podszedł do jakiejś staruszki, która ich mijała, obrzucając ciekawym spojrzeniem.
-Wie pani gdzie mieszka Lily Evans?
-Słucham? – zapytała.
-Pytałem, czy wie pani gdzie mieszka Lily Evans.
-Ach, Evansowie. Tak, w tamtym żółtym domu po lewej. Ładna z niej dziewczyna naprawdę, aż miło że tym razem przychodzą do niej jacyś porządni chłopcy…
James zamrugał gwałtownie.
-A odwiedzili ją jacyś nie mili?
-Słyszałam, że tacy jedni ostatnio się do niej dobierali, a ona zdenerwowała się i go uderzyła, no a on ją oddał, ale tak tylko mówią.
James zaniknął mocno pięści, rozglądając się wokół spod przymrużonych powiek jakby spodziewał się zobaczyć napastników.
-Idziemy? – zapytał Syriusz.
Przeszli na drugą stronę i zadzwonili do drzwi.
Po chwili otworzyła im szczupła kobieta o jasnych włosach i miłym uśmiechu.
-Tak? – zapytała.
-Zastałem może Lily? – zapytał James, uśmiechając się szeroko.
-Tak, tak – powiedziała zaskoczony, spojrzała na nich dłużej, po czym obróciła się i krzyknęła przez ramię – Lily, jacyś chłopcy do ciebie przyszli! Wejdźcie, wejdźcie – dodała, zapraszając ich do środka.
Syriusz i James weszli do środka i rozejrzeli się dookoła zafascynowani. Nigdy nie mieli zbyt bliskiego kontaktu z mugolami.
Z salonu wyglądnęła dziewczyna. Miała długie, niezbyt ładne włosy mysiego koloru, szare oczy , a ubrana była w jeansy i szary sweterek.
Zmierzyła krótko chłopaków.
-Mogłabyś zaprowadzić ich do pokoju Lily?
Petunia skrzywiła się nie znacznie, po czym ruszyła schodami na górę. James śmiało ruszył za nią.
Kiedy znaleźli się na górze, usłyszeli głośną muzykę, dobiegającą z jednego z pokoi. Syriusz był bardzo ciekawy co będzie robiła Lily, zaskoczona tak nagle. Petunia najwyraźniej też o tym pomyślała, bo powiedziała:
-Poczekajcie chwilę – po czym zapukała krótko do drzwi i uchyliła je. – Masz gości – powiedziała, po czym weszła do kolejnego pokoju po lewej.
James wszedł do pokoju i uśmiechnął się jeszcze szerzej, widząc zszokowaną minę Lily, która leżała na łóżku ze szkicownikiem w ręku.
-Cześć Lilka! – przywitał się Syriusz.
-Witaj Skarbie – powiedział James.
-Jak… wy … Co … - zająkała się.
-Wpadliśmy w odwiedziny, bo byliśmy…
-Bo James strasznie jęczał, że chce cię zobaczyć i przez sen wciąż wymawiał twoje imię.
-Lepiej uważaj, bo zaraz powiem jej, czyje imię ty wymawiałeś przez sen – zagroził James.
-Ja nie gadam przez sen.
-Nikt ci nie uwierzy.
Lily odchrząknęła.
-To ja może zostawię was samych – powiedział Syriusz posyłając im znaczące spojrzenie i wyszedł z pokoju.
Lily przez chwilę patrzyła za nim z lekką obawą, jakby zastanawiała się gdzie poszedł.
-Słyszałem, że jacyś chłopacy cię napadli – powiedział poważnie James, na co Lily zaczerwieniła się lekko.
-Skąd ty bierzesz te wszystkie informacje o mnie? – powiedziała wyraźnie zirytowana.
-Ale to nie byli śmierciożercy, prawda?- zapytał, ignorując jej poprzednią wypowiedź
-Nie, zwykli mugole. A czemu sławny pan Potter tak się tym przejmuje? – zapytała chłodno.
-Nie zniósłbym gdyby coś ci się stało – powiedział uśmiechając się.
-Taaa… każdej dziewczynie tak mówisz? – zapytała.
-Nie, wiesz że zależy mi tylko na tobie – powiedział bardzo pewnie siebie.
Lily westchnęła.
-Po co tu przyszliście? – powtórzyła, tym razem lekki uśmieszek pojawił się na jej twarzy.
-Odwiedzić cię. Nie widziałem cię cały miesiąc!
-Straaaszne, caaały miesiąc.
-Te wieki były cierpieniem dla mojej duszy.
-Nie było ci lepiej kiedy wysyłałeś do mnie listy? – zapytała. – CODZIENNIE – dodała.
-Byłoby mi lepiej, gdybyś odpisała – powiedział nieco urażony.
***
Tymczasem państwo Evans stali w kuchni.
-Kto to jest – zapytał pan Peter.
-Jakiś dwóch chłopaków. Wysocy, przystojni i pewni siebie.
-Myślisz, że są z jej szkoły?
-Możliwe, a jeśli tak, to przyszli tu sami? – zapytała pani Mary.
Stali chwil wpatrując się w siebie.
-Może by tam do nich iść…
-Pójść i co zrobić?
-Nie wiem, wymyśl coś, no bo co oni tam robią…
-A Petunia siedzi z nimi?
-Wątpię…
-Idź tam z herbatą – powiedziała pani Mary i wyjęła filiżanki i ciasteczka.
-Ja?
-Tak, ja wymyśliłam, to ty idziesz.
-Jak dziecko… - mamrotał pan Evans idąc na górę.
Stanął przed drzwiami, starając się usłyszeć, co dzieje się w środku.
-Te wieki były cierpieniem dla mojej duszy.
-Nie było ci lepiej kiedy wysyłałeś do mnie listy? – zapytała. – CODZIENNIE – dodała.
-Byłoby mi lepiej, gdybyś odpisała – powiedział nieco urażony.
Umilkli na chwilę.
-Wydawało mi się, że deski na korytarzu zatrzeszczały…
Zanim pan Peter zdążył cokolwiek zrobić, drzwi od pokoju jego córki otworzyły się i pojawił się w nich dość wysoki, czarnowłosy brunet w okularach. Widząc pana Evans wyciągnął przed siebie rękę.
-Jestem James Potter – powiedział.
Pan Evans spojrzał na jego rękę i za swoje, trzymające tackę z herbatą, a James opuścił rękę.
-A ja Peter Evans, jak już pewnie się domyśliłeś ojciec Lily.
-Tato? – zapytała Lily, wychylając się. – Co robisz?
-Matka kazała mi przynieść herbatę - powiedział krótko, wszedł do pokoju, zostawił ją na biurku i wyszedł.
Lily przewróciła oczami.
-Chyba chciał sprawdzić co robimy – powiedział James.
-To pomysł mamy – stwierdziła Lily.
-Wiesz co, jesteś dla mnie zaskakująco miła – stwierdził ucieszony James.
-Bo na razie nie dałeś mi powodu do tego, żebym była nie miła, ale skoro tak bardzo ci tego brakuje, to mogę zacząć krzyczeć…
-Nie, tak jest dobrze – powiedział James, wlepiając w nią oczy z błogim uśmiechem.
-A ja jestem bardzo ciekawa co robi Syriusz.
-Chyba postanowił wyrwać twoją siostrę – powiedział James, uśmiechając się znacząco.
Lily zaśmiała się.
-Życzę mu powodzenia.
-A co, coś z nią nie tak? – zapytał James.
-Nie, no coś ty. Jest… w porządku... tylko że… A zresztą nie ważne – powiedziała.
James wyszedł po cichu z pokoju, a Lily podążała tuż za nim. James otworzył drzwi, na których była przywieszona tabliczka z napisem ,,Pukanie do drzwi jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło” i razem z Lily zajrzeli do środka. Na krześle siedziała spięta Petunia, a Syriusz leżał bokiem, party na ręce na jej łóżku z nieco niewyraźną miną.
-O, zakochane wróbelki przyszły – oznajmił. Sprawiał wrażenie, jakby ucieszyło go ich przybycie.
-Twoja siostra obiecała mi twoje zdjęcia z dzieciństwa – zwrócił się do Lily z huncwockim uśmieszkiem.
-Nie sądzę - odpowiedziała Lily, krzywiąc się lekko.
-No… jeszcze nie zdążyłem się zapytać, ale sądzę że się zgodzi – obrócił się do Petuni. – Nasz zakochany James bardzo by się ucieszył mogąc mieć ich więcej.
-Więcej? – zapytała Lily. James wysłał Syriuszowi ostrzegające spojrzenie. – A skąd ty do diaska wziąłeś moje zdjęcia?!
-Nie martw się, wyglądasz na nich uroczo – powiedział Syriusz, a Lily odpowiedziała mu morderczym spojrzeniem.
***
Siedziałam na krześle, w swoim pokoju i przysłuchiwałam się ich dziwnej rozmowie. Lily miała wielbiciela? Wielbiciela, który wyśledził gdzie mieszka i miał jej zdjęcia z dzieciństwa? I przyprowadził ze sobą przyjaciela… Syriusz był naprawdę przystojny, ale patrzył na nią z wyższością i Petunie bardzo przygnębiało, że pewnie ma ją po prostu za jakąś zwykłą, nieładną mugolkę. Za tą brzydszą siostrę.
Chciała pokazać, że wcale nie jest taka drętwa, jaka wydaje się być, a tymczasem nie była w stanie nawet normalnie się uśmiechnąć.
-To co robimy? – zapytał Syriusz, podnosząc się.
***
-Możemy zagrać w jakąś planszówkę – zaproponowała Lily. – Albo przejść się po okolicy… Niewinem co można tu jeszcze robić.
-Ok., gramy. Ja jestem w drużynie z Lily! – zawołał od razu James.
Syriusz zwrócił się do Petunii z rozbrajającym uśmiechem.
-Nie jestem zbyt dobrym zawodnikiem, bo nie znam żadnej mugolskiej gry planszowej, ale wieże że dzięki tobie uda nam się ich pokonać.
-Ja… nie gram – oświadczyła Petunia.
Lily spojrzała na nią nieprzeniknionym wzrokiem.
-Jeśli nie chcesz, to nie. Twoja sprawa.
Syriusz i James patrzyli na przemian to na jedną, to na drugą z nich. Siostry z pewnością na sobą nie przepadały. A przecież w hogwarcie wszyscy lubili tą pełną życia, mądrą Lily.
Poszli do pokoju Lily i kiedy ta wyjaśniła im wszystkie zasady gry w monopola (James był bardzo zawiedziony, że nie będzie mógł być w grupie z Lily) do pokoju weszła matka Lily i bardzo ucieszyła się widząc, że grają w planszówkę. Postanowiła się do nich przyłączyć. Syriusz miał niezły ubaw, jako że Margaret wczuwała się najbardziej z nich wszystkich i wyśmiewała głośno osobę, która musiała za coś zapłacić. James prawie cały czas patrzył się na Lily. Po kilkunastu minutach, do okna zapukała mała sowa.
Lily zdziwiła się, widząc ją, ale James oznajmił, że to chyba do niego i rozwiązał liścik. Było na nim napisane:
Zostańcie w domu dziewczyny dopóki po was nie przyjdę, nie wychodźcie na zewnątrz. Napisz mi dokładny adres.
                                                                                                                                    Charlus
-Rodzice dostają świra na punkcie bezpieczeństwa, od kiedy zaczęło się to całe zamieszanie -  wyjaśnił James.
Kilka minut przed osiemnastą do drzwi zadzwonił Charlus Potter. Lily zdziwiła się, widząc że jest starszy od jej rodziców, o jakieś dwadzieścia lat.
-Charlus Potter – przedstawił się, uśmiechając się bardzo podobnie do Jamesa. – Przyszedłem po chłopaków. Miło mi poznać – powiedział uśmiechając się serdecznie do Lily. – Musimy się już zmywać chłopaki, bo mam jeszcze do załatwienia drobną sprawę.
-Cześć Lilka – pożegnał się Syriusz.
-Do zobaczenia – powiedział James i mrugnął do niej.

***


Znalezione obrazy dla zapytania lily evans i james potter



niedziela, 15 marca 2015

Rozdział V

                Teleportowali się do Paryża. Khauriel zabrał ich na croissanty i kawę do jednej z francuskich kawiarenek. Potem udali się na zwiedzanie Wersalu.
Julia nie miała pojęcia, gdzie jej się bardziej podobało:  w Paryżu czy w Londynie. Oba miasta miały swój własny urok i swoją własną duszę.
Język francuski był dla nastolatki kompletnie niezrozumiały, ale bardzo jej się podobał. Na szczęście w niektórych miejscach we Francji można było też dogadać się po angielsku. Po trzech godzinach skończyli zwiedzać. Wszyscy byli bardzo głodni, więc Khauriel obiecał im, że zabierze ich na pizzę.
- Allons-y! – powiedział wesołym głosem, po czym skierował się w stronę  najbliższej pizzerii.
- Co to znaczy? – zapytał Jason.
- To po francusku znaczy chodźmy – wyjaśniła Rose.
- Jestem baaaaaaaardzo głodna – powiedziała Julia, gdy wchodzili do środka. – Mogłabym zjeść konia z kopytami!
- Niestety musisz zadowolić się pizzą – powiedział Khauriel. – Może innym razem zjesz konia.
- Nie próbuj być zabawny – powiedziała Rose. – Kiepsko ci to idzie.
Następnym miejscem do którego się teleportowali był Berlin. Wylądowali tuż przy dużym posągu przedstawiającym płaczącego anioła.
- Ludzie mają dziwne wyobrażenie aniołów – zauważył Khauriel. – Ich zdaniem my zawsze mamy piękne, pierzaste, białe skrzydła . To nie jest prawda. Nasze skrzydła pojawiają się tylko wtedy, gdy jesteśmy zmuszeni kogoś zabić, są koloru czarnego i nie są upierzone. Nie są nawet cielesne. To jest coś jak czarna poświata układająca się w kształt skrzydeł.
- Pomimo tego, że nasze skrzydła się różnią od skrzydeł tych aniołów musisz przyznać, że ten posąg jest piękny -  odpowiedziała Rose.
- Tak, jest piękny – odparł Khauriel. – Uwielbiam Ziemską sztukę.
                Khauriel postanowił, że nie będą mieszkali w mieszkaniach stworzonych przez striverę, bo jest to zbyt niebezpieczne. Z tego powodu udali się do najbliższego hotelu, który okazał się bardzo luksusowy. Wynajęli w nim dwa pokoje – jeden dla Khauriela i Rose i jeden dla Julii i Jasona i poszli od razu spać.
Następnego dnia wstali  po godzinie jedenastej, zjedli śniadanie i udali się do Berlińskiego zoo, w którym wszystkim bardzo się podobało.
- Chcecie teraz spróbować podróży w czasie? – zapytał nagle anioł.
- Jasne – odpowiedziała Julia.
- Jest jakieś ograniczenie dotyczące tego gdzie i w jakim czasie się gdzieś znajdziemy? – zapytał Jason.
- Nie – odpowiedział anioł. – Udamy się gdzie i kiedy tylko chcecie.
- Obiecałeś mi kiedyś Włochy – powiedziała nagle Rose.
- To może w takim razie zobaczymy wojnę z Austrią? – zaproponował Khauriel.
- Dla mnie spoko – odpowiedziała Rose i uśmiechnęła się szeroko.
- Tylko musicie pamiętać, że jesteście tylko i wyłącznie obserwatorami – powiedział Khauriel. – To jest historia i nie można jej zmienić.
- Będziemy pamiętać – obiecała Julia.
*
- Gdzie dokładnie jesteśmy? – zapytała Rose.
- Pod Solferino – odpowiedział Khauriel. – Jest dzisiaj 24 czerwca 1959. Sprzymierzone siły francusko- sardyńskie toczą dziś bitwę z Austriakami. Bitwa trwa już od ośmiu godzin i za godzinę się skończy.
                Anioł i jego towarzysze siedzieli na wzgórzu i przyglądali się z daleka walce.
- Czemu oni tak właściwie walczą? – zapytał Jason.
- Opowiem wam w takim razie o wszystkim, co teraz się dzieje od samego początku – zaproponował Khauriel. – Jeśli będę was zanudzał to mi to powiedzcie.
- Dobrze – zgodziła się Rose. – Opowiadaj.
- Podczas Wiosny Ludów Włochom nie udało się stworzyć zjednoczonego państwa – zaczął opowiadać Khauriel. – Mimo to nadal popierali oni ideę odrodzenia narodowego, czyli risorgimento. W połowie dziewiętnastego wieku do największych państw włoskich należały dwa królestwa – Królestwo Obojga Sycylii oraz Królestwo Sardynii zwane też Piemontem. Od 1848 roku Piemont był monarchią konstytucyjną rządzoną przez króla Wiktora Emanuela II z dynastii sabaudzkiej. Ponadto premier rządu sardyńskiego Camillo Cavour umacniał rolę Piemontu w północnych Włoszech, głównie dzięki zaangażowaniu w politykę zagraniczną. Cavour był zwolennikiem zjednoczenia północnej części Włoch. Inny zwolennik risorgimento, Giuseppe Garibaldi uważał natomiast, że do zjednoczenia powinno dojść w wyniku działań całego narodu włoskiego.
- Giuseppe? – zdziwiła się Rose. – Przecież Giuseppe to nie imię, tylko nazwa pizzy, którą kiedyś razem jedliśmy…
- Giuseppe to też imię – odpowiedział anioł i uśmiechnął się. – Wiosną 1859 roku Austria, zaniepokojona umacnianiem pozycji Królestwa Sardynii  rozpoczęła przeciw niemu konflikty zbrojne.
- Ziemia jest dziwną planetą – stwierdziła Julia. – Moim zdaniem te wszystkie konflikty zbrojne są całkiem bezsensu. Mieszkańcy Sidratu nie walczą między sobą o ziemie. Uważamy, że to bez sensu. Walczymy tylko z władzami, jeśli są dla nas bezlitośni, z demonami i ewentualnie z wilkołakami i wampirami, które nie zamierzają zapanować nad swoją naturą. Jednak zawsze najpierw próbujemy im pomóc i walczymy tylko z nimi, jak już nie ma dla nich nadziei i gdy musimy bronić przed nimi naszych bliskich.
- Ziemianie chyba lubią się bić – stwierdził Khauriel. – Uwielbiają zdobywać nowe ziemie. Są strasznymi materialistami. Lubią mieć jak największy majątek.
- Jestem w stanie zrozumieć to, że ludzie chcą mieć dużo nowych książek albo ładnie urządzone domy – powiedziała Julia. – Ale czy warto zabijać dla powiększenia majątku?
- Nie – odpowiedział Khauriel. – Nie warto. Niestety mieszkańcy wielu planet popełniają ten błąd. Zabijają w imię pieniędzy, a nie miłości lub nadziei na lepsze życie. Chyba lubią wywoływać chaos. Myślę, że właśnie przez to prawie połowa demonów to byli mieszkańcy Ziemi.  
*
                Walka się skończyła. Klęskę poniosła Austria. Khauriel już miał się teleportować razem ze swoimi towarzyszami, gdy nagle zobaczył jakiegoś człowieka przechadzającego się po polu walki i pomagającego służbom medycznym w opatrywaniu rannych. Zaintrygowało go to.  Razem z towarzyszami podeszli do niego.
- Zajmuje się pan rannymi? – zapytała Rose.
- Pomagam im – odpowiedział mężczyzna. – Potrzebują pomocy medycznej, a służba medyczna jest bezradna.
- Jest pan dobrym człowiekiem – powiedział Khauriel. – Jest pan lekarzem?
- Nie – odpowiedział mężczyzna. – Jestem tylko kupcem. Pochodzę ze Szwajcarii.
- Jak się pan nazywa? – zapytał anioł.
- Henri Duant – odpowiedział kupiec.
- Rose, Julio, Jasonie, zapamiętajcie dobrze to imię i nazwisko – powiedział Khauriel. – To prawdopodobnie jeden z najlepszych ludzi jakich spotkaliście w swoim całym życiu.
- Ja tylko pomagam ludziom – kupiec uklęknął przy rannym i podał mu naczynię z wodą. – Nie mogę znieść cierpienia innych. Chciałbym kiedyś zajmować się na poważnie pomocą rannym. Założyć jakąś organizację albo coś takiego.
- Myślę, że ma pan na to zadatki – anioł uśmiechnął się.
                Rose tymczasem podeszła do rannego chłopca i uzdrowiła go. Zdziwiony chłopiec podziękował jej.
- Nie mów nikomu o tym, co zrobiłam – powiedziała Rose. – Niech to zostanie pomiędzy nami. Żyj dobrze, bądź grzeczny i nie zabijaj ludzi.
- Co robisz, Rose? – zapytał Khauriel.
- Nic – odpowiedziała anielica.
- To był zaszczyt pana poznać – powiedział anioł do kupca. – Musimy już niestety iść. Pochodzimy z bardzo daleka. Podróżujemy. Mamy misję do wypełnienia. To był zaszczy pana poznać.
- Jestem tylko kupcem – odpowiedział Henri Duant.
- Jest pan dobrym człowiekiem – odpowiedział Khauriel, po czym zwrócił się do swoich towarzyszy – czas już wracać.  Jak wam się podobało na Ziemi?
- Było genialnie – powiedziała Julia. – Ziemia jest wspaniała.
- Musimy tu kiedyś wrócić – powiedział Jason.
- Na pewno jeszcze tu kiedyś się udamy – powiedziała Rose.
- Oczywiście, że tak – odpowiedział Khauriel. – Jeśli tylko będziecie chcieli. Ziemia to fantastyczna planeta.
- Czy nasze rodziny zauważyły nasze zniknięcie? – zapytała Julia.
- Nie – odpowiedział Khauriel. – Na Planecie Siedmiu Magów nie ma nas jak na razie tylko od pięciu minut.
*
Khauriel i jego towarzysze powrócili do Sidratu. Anioł miał rację. Nikt nawet nie zauważył ich zniknięcia. Jason i Julia wrócili do domu i odkryli, że faktycznie minęło tylko pięć minut, podczas gdy ich przygody trwały znacznie dłużej.
                Julia weszła do swojego pokoju, położyła się na łóżku i zaczęła czytać Harry’ego Pottera. Khauriel miał rację. Książka była bardzo wciągająca. Czarownica od razu zapragnęła, by przyjęto ją do Hogwartu, który był znacznie lepszą szkołą magii niż instytut Firewood.  Świat magii z Harry’ego Pottera wydawał jej się lepszy niż jest  w rzeczywistości. Od samego początku znienawidziła Dursleyów.  Musiała jednak przyznać, że Draco Malfoy był jedną z jej ulubionych postaci, zaraz po Harrym i Hermionie. Nastolatka skończyła czytać pierwszą część w dwie i pół godziny.  Ziemskie książki były dla niej o wiele fajniejsze niż książki z Planety Siedmiu Magów.
                Po zakończeniu lektury Julia udała się do kuchni, by zjeść kolację. Musiała przyznać, że Ziemskie jedzenie smakowało jej o wiele bardziej niż to, które jadła przez całe życie  w Sidracie.
                Po kolacji nastolatka wykąpała się, umyła zęby i poszła spać. Pomimo tego, że bardzo jej się podobało na Ziemi odrobinę stęskniła się za domem i swoim własnym łóżkiem w swoim własnym pokoju.
                Następnego dnia z samego rana Julia i Jason udali się na szkolenia – Jason na szkolenie z uśmiercania demonów,  a  Julia z rzucania silnych zaklęć przydatnych w walce. Cały Sidrat przygotowywał się do walki z demonami. Po zakończonych szkoleniach para obserwowała przez moment szkolenie dla dorosłych.
                Uwagę Julii przykuła walka Melanie Williams i jej męża z prototypami demonów. Trudno było określić, które z nich było lepsze w walce. Melanie była bardzo potężną i zaprawioną w wielu rodzajach walki czarownicą. Z tego, co Julia wiedziała Melanie została wychowana przez tajną organizację, o której informacje zostały wymazane z głowy kobiety raz na zawsze przez osobę rządzącą tą organizacją. Melanie była energiczną czterdziestolatką. Była bardzo kobieca i potrafiła wykorzystać każdy skrawek swojego ubrania, każdy kosmetyk i każdą biżuterię jako broń. James był łowcą. Był bardzo silny, szybki i piekielnie inteligentny. Zauważał dosłownie wszystko, zwracał uwagę na każdy nawet najmniejszy szczegół i potrafił w kilka sekund znaleźć najsłabszy punkt przeciwnika.  Jedyną osobą, która była w stanie go przechytrzyć była jego żona.
                Po południu Julia spotkała się z Khaurielem, który postanowił dać jej naszyjnik będący podręcznym miniteleporterem. Uznał on, że on jej się bardzo przyda, jeśli tylko Julia będzie walczyła i będzie chciała  nagle zniknąć  z pola walki. Wytłumaczył dziewczynie zasadę działania naszyjnika. Działał on bardzo szybko i w kilka sekund przenosił on daną osobę w inne miejsce. Niestety miał on ograniczony zasięg i nie można było za jego pomocą podróżować pomiędzy wymiarami.
*
Przygotowania do nadchodzącej wojny trwały. Łowcy i czarodzieje trenowali całymi dniami, bez przerwy, a każdej nocy na zmianę patrolowali krainę. Z piekła wydostawała się coraz większa liczba demonów, które mogły zaatakować w każdym momencie.  Khauriel obsesyjnie sprawdzał, czy jego podopieczni są odpowiednio uzbrojeni i wyszkoleni. Wszyscy byli wykończeni ciągłymi treningami i przygotowaniami. W wolnym czasie, którego mieli bardzo mało musieli zajmować się ulepszaniem schronów i gromadzeniem zapasów żywności. Wiedzieli, że w czasie wojny jedzenie nie będzie łatwo dostępne.
Wykończony ciągłymi treningami i brakiem snu Jason wszedł do swojego pokoju i rzucił się na łóżko. Na reszcie mógł się chwilkę zdrzemnąć. Zamknął oczy. Sen jednak jak na złość nie chciał nadejść.  Łowca próbował wszystkiego włącznie z liczeniem owieczek. Po kilku nieudanych próbach zaśnięcia w końcu zrezygnował ze spania. Usiadł więc na łóżku i zaczął rozmyślać o zbliżającej się wojnie. Gonitwę jego myśli przerwało wejście jego młodszego brata do jego pokoju.
Tymczasem Julia szła przez łąkę wzdłuż koryta rzeki.  Czuła na karku i ramionach palące promienie słońca. Nareszcie miała chwilę dla siebie. Po tym jak w czasie treningów cztery osoby zemdlały z wykończenia odwołano treningi do końca dnia. Trenerzy nie chcieli bowiem, by ich żołnierze umarli z wykończenia przed rozpoczęciem się wojny. Julia położyła się na trawie i przymknęła oczy. Gdyby nie zbliżająca się wojna ten dzień byłby dla niej doskonały. Pogoda była idealna.
Nagle dziewczyna usłyszała jakiś szelest. Natychmiast usiadła, wyciągnęła różdżkę i rozejrzała się dookoła.
- Doskonale – powiedział zadowolonym głosem idący w jej kierunku Jason. – Czujność jest najważniejsza!
                Julia przyjrzała się chłopakowi. Wyglądał okropnie. Miał duże, ciemne wory pod oczami i był bardzo wychudzony i posiniaczony.
- Idź do domu i prześpij się trochę – rozkazała mu Julia.
- Nie mogę – odpowiedział Jason. – Próbowałem zasnąć przez ostatnią godzinę i nie byłem w stanie. Jestem zbyt wykończony by spać.
- To w takim razie coś zjedz – powiedziała Julia. – Kiedy ostatnio coś jadłeś?
- Wczoraj zjadłem kanapkę z serem – odpowiedział Łowca po chwili namysłu.
- Musisz coś zjeść – powiedziała czarownica. – Jak tu szłam widziałam chyba krzak malin. Poszukajmy go. Wiem, że maliny to mało, ale nie jestem pewna, czy dasz radę dojść do domu. Wyglądasz strasznie…
- Wiem – odpowiedział Jason. – Jak zombie…
- Chodźmy! – powiedziała Julia wstając z trawy.
*
                Julia i Jason zjedli wszystkie maliny zerwane z krzaczka, gdy nagle ściemniło się, a niebo przecięła błyskawica.
- Wracajmy do domu  - powiedział Jason, chwytając ją delikatnie za rękę.
                Zaczęli iść w stronę do Julii. Nagle dziewczyna  zaczęła drżeć z zimna. Miała na sobie tylko cienki top i jeansy. Jason zdjął z siebie swoją skórzaną kurtkę i podał ją dziewczynie, która ubrała ją.
- Dziękuję – odpowiedziała Julia i uśmiechnęła się.
*
                Jason wszedł do domu i usłyszał szloch dochodzący z salonu. Szybko wbiegł do pokoju i zobaczył swoją mamę i Khauriela siedzących na kanapie. Emma płakała, a Khauriel głaskał ją łagodnie po plecach.
- Co się stało, mamo? – zapytał Jason.
- Demony zaczęły wydostawać się z piekła – powiedział Khauriel.
- Kilka z nich tu przyszło … – powiedziała  Emma. – Porwali twojego brata… - Emma ukryła twarz w dłoniach. – Zabrali mojego małego Seamusa … On ma tylko dwanaście lat…
- Wszystko się jakoś ułoży – zapewnił ją Jason. – Uratujemy Seamusa… Prawda, Khaurielu?
- Oczywiście, że tak – odpowiedział Khauriel wstając z kanapy i wychodząc z pokoju. – Mogę cię prosić na chwilkę na słówko, Jasonie?
- Jasne – Jason wyszedł za nim z pokoju.
- Nie  chciałem tego mówić przy twojej  mamie – powiedział Khauriel. – Ale nie wiem, czy damy radę uratować twojego brata…
- Powiedziałeś mojej mamie, że nam się uda …
- Nie chciałem jej odbierać nadziei… Zasada numer jeden : Każdy kłamie…. Nawet anioły…  Spróbujemy uratować twojego brata, ale nie obiecuję, że to się uda… Będzie to dla nas bardzo, ale to bardzo trudne zarówno  fizycznie jak i psychicznie…
- Damy radę – powiedział stanowczo Jason. – Jestem tego pewien! Damy radę! Musimy…  To mój brat…
*
                Wojna z demonami zaczęła się na dobre. Już w ciągu kilku pierwszych godzin zginęło mnóstwo ludzi i zaledwie dwa albo trzy demony. Seamus nadal znajdował się w rękach wroga. Sytuacja wyglądała dosyć nieciekawie.
                Khaurielowi zaczęły się kończyć pomysły, w jaki sposób mógłby ocalić brata Jasona. W końcu postanowił wcielić w życie najbardziej niebezpieczny i ostateczny plan. Postanowił spotkać się ze swoją byłą żoną…
                Anioł przybył na cmentarz o północy. Podszedł do jednego z grobów. Wyciągnął zza pazuchy striverę i wycelował nią w nagrobek. Błysnęło niebieskie światło. Nagle Khauriel usłyszał za plecami huk. Powoli się odwrócił i stanął oko w oko z Lilith.
- Witaj, skarbie – powiedziała uwodzicielskim głosem.
Lilith była piękną kobietą. Miała długie, proste, rude włosy opadające kaskadami na jej plecy i ramiona, zielone oczy i sercowatą twarz. Była wysoka i zgrabna. Miała na sobie krótką, obcisłą czarną sukienkę na ramiączkach z dość dużym dekoltem i czarne szpilki.
- Wyglądasz olśniewająco – powiedział szczerze Khauriel.
- Ty też – odpowiedziała Lilith. – Widzę, że masz nowe ciało. Pasuje do ciebie… Dobra, przejdźmy do interesów!
- Skąd wiesz, że mam do ciebie interes? – zapytał anioł. – Może po prostu się za tobą stęskniłem?
- Znam cię dobrze, skarbie – Lilith uśmiechnęła się. – Widzę to w twoich oczach…
- Rozgryzłaś mnie … Jestem tu z powodu Seamusa … To jeden z moich podopiecznych łowców. Twój ojciec go porwał…
- Mój tatuś znowu źle się zachowuje? – Lilith zaśmiała się. – Mam z nim pogadać?
- Nie sądzę, żeby rozmowa coś dała – powiedział anioł. – Chcę, żebyś dowiedziała się, gdzie znajduje się Seamus, kto go pilnuje i pomogła mi się tam dostać, bym mógł go stamtąd wydostać.  Wiem, ze wymagam od ciebie sporo, ale jest to dla mnie naprawdę bardzo ważne…
- Więc mam ci pomóc w wydostaniu z kryjówki mojego ojca jego jeńca?! Mam zdradzić mojego tatę?! Człowieka, który mnie wychował?! – krzyknęła Lilith. – Dobra!
- Co?! – zapytał zaskoczony Khauriel.
- Dobra – Lilith uśmiechnęła się. – Wchodzę w to! Jak to mówią: ‘grunt to bunt’! Marcus nie jest dobrym ojcem. Zrobię wszystko, by go wkurzyć i by pokazać mu, że nie jestem taka jak on!
- Zrobisz to?! – zdziwił się anioł. – Naprawdę?
- Oczywiście, że tak – Lilith podeszła do Khauriela i go przytuliła. – Dla ciebie wszystko, skarbie…
- Tęskniłem za tobą … - wyszeptał jej Khauriel do ucha. – Żałuję, że pozwoliłem mojemu bratu zniszczyć nasze małżeństwo…
- Nic nie mogliśmy na to poradzić… - demonica puściła Khauriela i uśmiechnęła się smutno. – Jesteś aniołem, a ja demonica … W dodatku jestem księżniczką piekła… Wiedzieliśmy , że prędzej, czy później to tak się skończy … Musisz jednak wiedzieć, że ja nadal cię kocham… I sądzę, że ty mnie też …
                Lilith poczuła jak łzy napływają jej do oczu, a potem znajome pieczenie w gardle. Często płakała, ale zazwyczaj robiła to w odosobnieniu. Nienawidziła płakać przy ludziach. Była w końcu demonicą. W dużej mierze jednak zachowała swoje człowieczeństwo. Po policzkach księżniczki piekła zaczęły spływać łzy.  Demonica płakała po raz pierwszy w obecności anioła. Zawsze udawało jej się być silną . Nigdy nie dawała po sobie poznać, że odczuwa ból albo strach. Aż do teraz.
                Zawsze ludzie przychodzili do Khauriela, a on im pomagał z ich problemami i pocieszał ich. Jednak ludzi nie interesowały problemy anioła, więc Khauriel nigdy nie okazywał przy nich słabości. Potrzebował jednak kogoś, komu mógłby się  w każdej chwili wygadać i wyżalić; kogoś, kto byłby dla niego oparciem. Tą funkcję spełniała Lilith.
- Przepraszam – powiedziała nagle zawstydzona demonica.
- Nie musisz – odpowiedział anioł. – Nie masz za co…
Khauriel podszedł  do Lilith i przytulił ją, a ona się w niego wtuliła.
- Kocham cię … - szepnęła.
- Ja ciebie też – odpowiedział.
                Ich usta zetknęły się w namiętnym pocałunku. W końcu po pewnym czasie, który był dla nich ich własną wiecznością oderwali się od siebie.
- Muszę już iść – powiedziała Lilith ocierając wierzchem ręki łzy spływające je po policzkach. – Niedługo się  do ciebie odezwę…
                Zniknęła. Khauriel spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza.




 - Lily

Rozdział IV

Julia otworzyła oczy. Leżała na zimnej podłodze. Rozejrzała się dookoła. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Wstała powoli. Nie pamiętała, jak się tutaj znalazła. Ostatnie, co pamiętała, to pęknięcie w ścianie salonu. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z przerażającą, porcelanową lalką.
- Pobaw się ze mną – powiedziała lalka.
- Muszę wracać do domu – odparła Julia. – Może innym razem.
- Pobaw się ze mną – powiedziała ponownie lalka.
- Gdzie ja jestem? – zapytała czarownica.
- Na planecie lalek – odparła lalka. – Pobaw się ze mną.
                Nagle do Julii ktoś podszedł od tyłu. Już chciała się bronić, gdy nagle postać się pochyliła i wyszeptała jej do ucha:
- Nie baw się z nią, nie dotykaj jej i nie spuszczaj z niej oczu. Lalki na tej planecie są przeklęte. Gdy na nie patrzysz są tylko lalkami, ale gdy tylko się odwracasz ożywają. Są bardzo niebezpieczne. Wystarczy, że lalka cię lekko dotknie, a ty zamienisz się w jedną z nich.
                Julia natychmiast rozpoznała ten głos. Należał on do Rose.
- Co mam w takim razie robić? – zapytała Julia.
-  Powoli się wycofaj z pokoju ciągle na nią patrząc, a następnie zamknij drzwi i uciekaj. Tak postępuj z każdą z lalek – odpowiedziała Rose. – Pęknięcie przeniosło nas na inną część planety niż ciebie, więc rozdzieliliśmy się, by ciebie odnaleźć. Teraz tylko musimy znaleźć chłopaków nie zamieniając się przy tym w lalki i uciekać z tej planety najszybciej jak tylko się da.
- Pobaw się ze mną.
                Rose wybiegła z pokoju korzystając z tego, że Julia pilnuje lalki i czarownica została sam na sam z lalką. Uważając, by nie mrugnąć, ani nie spuścić przypadkowo lalki z oczu wycofała się powoli z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Niestety w tym pokoju także była lalka.
- Pobaw się ze mną – powiedziała. – Pobaw się ze mną. Pobaw się ze mną. Pobaw się ze mną. Pobaw się ze mną.
- Nie! – krzyknęła Julia. – Nie będę się bawiła w twoje gierki.
- Pobaw się ze mną. Pobaw się ze mną. Pobaw się ze mną. Pobaw się ze mną.
Nastolatce udało się uciec do kolejnego pokoju, a potem do następnego. Uciekała do kolejnych po drodze pokoi i odkrywała, że w każdym z nich znajduje się co najmniej jedna lalka. Po Rose i reszcie nie było ani śladu. W końcu w piętnastym z kolei pokoju Julia spotkała Jasona. Od tej pory uciekali i szukali reszty grupy razem. Niestety w jednym z pokoi Jason odwrócił głowę w złym momencie i lalka go dopadła. Zmienił się w nią.
- Pobaw się ze mną – powiedział.- Pobaw się ze mną.
- Nieeeeeeeeeeeeeeeeee! – krzyknęła zrozpaczona Julia.
Jej krzyk usłyszeli Rose i Khauriel i dzięki niemu udało im się trafić do pokoju w którym znajdowała się Julia razem z zamienionym w lalkę Jasonem i lalką, która zamieniła w lalkę Jasona.
Rose i Khauriel wpadli do pokoju. Rose podeszła do Julii i zaczęła ją pocieszać, a Khauriel zaczął myśleć. Po kilku minutach ułożył w głowie plan odczarowania Jasona i opowiedział go swoim towarzyszom.
Postanowił, że w tym samym momencie on użyje wszystkich opcji, które oferuje strivera na raz, a w tym samy czasie Rose będzie uzdrawiała swoją anielską mocą Jasona. Zaś zadaniem Julii było pilnowanie lalek. Julia i Rose miały spore wątpliwości co do tego, czy plan zadziała. Khauriel doszedł do wniosku, że jak będą realizować swój plan coś musi się wydarzyć. Nie wiedział co prawda co się stanie, ale był gotowy podjąć ryzyko.
Khauriel stanął naprzeciwko Jasona i wyjął zza pazuchy striverę. Po chwili po jego prawej stronie stanęła Rose i wyciągnęła przed siebie ręce. Oboje byli gotowi, by wcielić w życie swój plan.  Rose zamknęła oczy, by skoncentrować się, a Khauriel wycelował w Jasona striverę.
- Trzy, dwa, jeden, teraz! – krzyknął Khauriel.
                Rose nagle  otoczyła niebieska poświata. Miała szeroko otwarte oczy, które zmieniły kolor na nienaturalnie jasny niebieski. W tym samym czasie Khauriel użył wszystkich opcji strivery, która zaczęła gwizdać jak czajnik, w którym zagotowała się woda. Na początku Julii wydawało się, że nic się nie dzieje, ale w końcu lalka, która była Jasonem dosłownie eksplodowała. Cały pokój wypełniło złote światło. Gdy światło w końcu zgasło na miejscu lalki stał Jason. Łowca rozejrzał się po pokoju, a potem upadł na ziemię z wyczerpania.
                Khauriel pochylił się nad nim i położył mu dłonie na ramionach. Zamknął oczy. Otoczyła go taka sama, jak przed chwilą Rose niebieska poświata. Po chwili Jason usiadł. Khauriel  pomógł mu wstać.
                Całą czwórką  ruszyli dalej w poszukiwaniu dogodnego miejsca do teleportacji. Nagle usłyszeli krzyk dobiegający z sąsiedniego pokoju.
- Pomocy! Niech ktoś mi pomoże!
                Julia, Khauriel, Jason i Rose weszli do pokoju. Była w nim mała dziewczynka. Rose do niej podeszła.
- Jak masz na imię? – zapytała.
- Melody – odpowiedziała dziewczynka. –Nie wiem, jak się tu dostałam…  Bardzo się boję… Te lalki mnie przerażają…
- Chodźmy stąd – powiedziała Rose, po czym wzięła dziewczynkę na ręce. -  Zaprowadzimy cię do domu.
- Ja nie mam domu – powiedziała smutnym głosem dziewczynka. – Mieszkałam w sierocińcu, ale musiałam z niego uciekać, bo ONI mnie znaleźli … Są na mnie bardzo źli…
- Znajdziemy ci jakiś nowy dom – powiedziała łagodnie Rose.
Podeszła z małą na rękach do towarzyszy, po czym postawiła ją na ziemi. Wszyscy zaczęli dyskutować o tym, gdzie się teleportować i całkowicie zapomnieli o pilnowaniu będącej w pokoju lalki, która podeszła niespodziewanie do Melody i złapała ją za rękę. Dziewczynka zaczęła piszczeć, a następnie zmieniła się w porcelanową lalkę.
- Pobawcie się ze mną – powiedziała. – Pobawcie się ze mną!  Nie bójcie się mnie! Uwolnię was od cierpienia! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie się ze mną! Pobawcie …. Pobawcie… Pobawcie się … Pobawcie się …Pobawcie się … Ze mną! Pobawcie się ze mną. Pobawcie… Pobawcie … Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie…
                Melody zacięła się. Ciągle powtarzała, żeby się z nią pobawili. To był jej  koniec. Straciła resztki człowieczeństwa.
- Tak bardzo mi przykro … - powiedziała Rose do towarzyszy smutnym głosem. – Ona była jeszcze tylko dzieckiem… I to w dodatku niekochanym dzieckiem…
- Nie można jej uratować? – zapytała Julia.
- To niestety niemożliwe – powiedział Khauriel. – Rose jest na to za słaba…  Musiałaby się zregenerować i wtedy spróbować, ale mamy na to za mało czasu… Nic nie możemy zrobić…
- Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie…- nadal powtarzała Melody. - Pobawcie… Pobawcie… ONI… Pobawcie… Pobawcie… Nadchodzą… Pobawcie… Pobawcie… ONI nadchodzą … Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… ONI… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Pobawcie… Nadchodzą … Nadchodzą … Nadchodzą … Nadchodzą … ONI nadchodzą … Pobawcie się!
- Czy ona powiedziała ONI nadchodzą czy tylko mi się wydawało? – zapytał Jason.
- Powiedziała – potwierdził Khauriel. – Pewnie miała na myśli jakieś inne lalki czy coś w tym stylu.
- Pewnie tak – powiedziała Rose.
- Chodźmy stąd – poprosił nagle Jason. – Teleportujmy się już.
- Dobrze – zgodził się Khauriel, po czym wyciągnął zza pazuchy striverę.
*
                Wylądowali na planecie, która być może była kiedyś bardzo piękną planetą, ale w tym momencie była zbyt zniszczona, by oceniać jej wygląd. Przebywając na niej miało się wrażenie, jakby od wielu setek lat trwała na niej bardzo wyniszczająca wojna.
- Co się stało z tą planetą? – zapytał Jason.
- Ta planeta ma swoją własną duszę – odpowiedziała Rose. – Jest jak żyjący, bardzo schorowany człowiek. Powstała miliard lat temu. Od tej pory pięć razy się zregenerowała. Wszyscy ten proces umownie nazywają regeneracją, ale to bardziej jak powstanie feniksa z popiołów.
- Co pewien czas planeta samoistnie stopniowo się spala. Na szczęście nie cała, tylko część niej, a za kilka lat inna część – wyjaśnił Khauriel. – A na miejsce spalonej trawy pojawia się nowa, na miejsce wyniszczonych pożarami drzew wyrastają nowe i planeta odżywa. Powstaje jak feniks z popiołów.
- Jak się nazywa ta planeta? – zapytała Julia.
- Planeta Odwróconych Zegarów – odpowiedziała Rose. – Ludzie na tej planecie żyją w dwóch strefach czasowych. W jednej czas płynie normalnie, a w drugiej do tyłu.
- Oczywiście trudno jest określić w którym miejscu planety czas płynie do przodu, a w której się cofa, bo dla ludzi tu żyjących czas zawsze płynie do przodu – dodał Khauriel. – W sensie, że nawet jeśli płynie do tyłu, to oni tego nie zauważają. Problem pojawia się, gdy osoby z innych stref czasowych poznają się i spotykają się przez pewien czas. Wtedy to, co dla innych osób jest przeszłością, dla drugiej osoby jest przyszłością i na odwrót. Gdy takie osoby się w sobie zakochują jest to dla nich prawdziwą tragedią. Każde ich pierwsze spotkanie jest dla jednej z tych osób ostatnie, a ostatnie jest pierwsze. Gdy jedna osoba z pary się starzeje druga młodnieje, gdy jedna osoba z pary umiera, druga dopiero zaczyna ją poznawać. Gdy jedna osoba z pary przeżywa swój pierwszy pocałunek, druga osoba z pary przeżywa go ostatni raz. Gdy jedna osoba z pary mówi drugiej, że ją kocha po raz ostatni druga osoba z pary nie ma pojęcia kim ona jest.
- To musi być straszne … - powiedziała Julia. – Co się dzieje, gdy taka para ma dzieci?
- Wtedy dzieci albo funkcjonują zgodnie z czasem jednej ze stref, albo stają się podróżnikami w czasie.
- Co robimy na tej planecie, Khaurielu? – zapytał Jason.
- Muszę odwiedzić mojego starego znajomego – odpowiedział anioł. – Umiera i musi zdradzić mi coś ważnego zanim odejdzie…
- Gdzie jest twój przyjaciel? – zapytała Rose. – W szpitalu imienia Wielkiego Doktora?
- Tak – odpowiedział Khauriel. – Chodźmy.
*
                Khauriel i jego towarzysze weszli do sali szpitalnej. Były w niej tylko dwie osoby – umierający, naprawdę stary mężczyzna i pielęgniarka.
Anioł podszedł do łóżka mężczyzny.
- Witaj, John – powiedział łagodnie i uśmiechnął się.
- To ty Khaurielu? – zapytał John.
- Tak, mam nowe ciało.
- Też bym tak chciał – John uśmiechnął się smutno. – Ale jestem tylko człowiekiem i muszę pogodzić się z myślą, że zaraz umrę.
- Skąd wiesz, że to dzisiaj? – zapytała Rose.
- Lexi mnie już nie poznała, a powiedziała mi dawno temu, że gdy po raz pierwszy ją spotkałem umarłem. Byli wtedy jednak przy mnie przyjaciele i zdradziłem jednemu z nich wielką tajemnicę.
- Jaką? – zapytał.
- ONI wiedzą … – odpowiedział John. – ONI wiedzą wszystko... ONI nadchodzą… ONA powróci … Dużo groźniejsza niż wcześniej…  - John zamilkł. Z jego oczu popłynęły łzy. – Nie chcę umierać …
- Nikt nie chce – odpowiedział Khauriel. – Przykro mi…

                John zamknął oczy i zasnął. Zapadł w sen, z którego się już nigdy nie obudził.




- Lily