czwartek, 30 października 2014

Dramione extra - Hallowenowe cz.1

                Hermiona była u Draco. Siedzieli w salonie, pili wino i rozmawiali. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Draco poszedł je otworzyć. Przed domem stały dziwnie poprzebierane dzieci. 
- Cukierek albo psikus! - krzyknął chłopiec przebrany za dynię. 
- Chwilka - powiedział Draco i podszedł do Hermiony. 
- Czego chcą te bachory? - zapytał. 
- Tak mugole obchodzą Halloween - wyjaśniła Hermiona. - Przebierają się i zbierają słodycze chodząc po domach. Masz coś, co moglibyśmy im dać? 
- Fasolki wszystkich smaków.
- Daj im je, zdziwią się jak trafią na wymiocinowe albo o smaku mydła.
Po chwili Draco otworzył ponownie drzwi, przed którymi stały zniecierpliwione dzieci i dał im fasolki. Dzieci podziękowały i sobie poszły. 
- Jeśli jeszcze przyjdą jakieś dzieci, nastraszmy je - zaproponowała Hermiona.- Ja zawsze tak robiłam jak byłam nastolatką. 
- Dobry pomysł. Zrobimy z ciebie ślizgonkę, kochanie. 
- Jestem za - powiedziała Hermiona. 
- Zaraz wracam.
Draco wyszedł z salonu i udał się do jakiegoś odległego pokoju. Po chwili wrócił do salonu. Przyniósł śliczną zieloną sukienkę i naszyjnik z godłem Slytherinu. 
- Skąd to masz? - zapytała lekko zdziwiona Hermiona.
- Z szafy. To dom mojej babci. Ta sukienka należała do mojej ciotki - Andromedy. Nigdy nawet nie miała jej na sobie.
- To mama Tonks, prawda?
- Tak.
- A naszyjnik?
- Należał do Bellatrix.
Hermiona poczuła mrowienie na lewym przedramieniu, na którym Bellatrix przed laty wyryła jej słowo " szlama". Mimowolnie zaczęły jej spływać łzy po policzkach. Draco podszedł do niej i delikatnie je otarł wierchem dłoni. 
- Przepraszam - szepnął. - Jak nie chcesz, to nie musisz tego na siebie nakładać.
- Chcę to zrobić - odpowiedziała zdecydowanie Hermiona. - Wszystko jest w porządku. Już to robiłam.
- Co masz na myśli?
- Podczas naszej, to znaczy mojej, Harry'ego i Rona misji musieliśmy się dostać do skrytki twojej ciotki w banku Gringotta. Podczas tortur udało mi się zdobyć jej włos. Wykorzystałam go do eliksiru wielosokowego i przemieniłam się w nią. 
- A więc to prawda! - krzyknął Draco. - Wiedziałem! A więc będzie z ciebie wspaniała ślizgonka! Już myślałem, że zawsze będziesz grzeczną panną Granger... Jestem z ciebie dumny!
- Yyy ... Dz-dzięki - wyjąkała Hermiona. 
- Dobra, koniec już tych pogawędek - powiedział Draco. - Przebierz się. 
*
- Wow, wyglądasz ekstra! - powiedział szczerze zachwycony Draco. - Tak bardzo seksownie, ślizgońsko i trochę przerażająco.

- O to mi chodziło ! – powiedziała Hermiona i puściła do niego oko. 




Część druga pojawi się jutro :D Udanego Halloween ! <3
- Lily.

niedziela, 12 października 2014

Dramione extra - 1000 wyświetleń!

Mamy już 1000 wyświetleń! Dziękuję wam! Z tej okazji mam dla was kolejną część Dramione extra, zapraszam :D

Draco i Hermiona siedzieli naprzeciwko siebie po turecku na łóżku Malfoya.
- Dziesięć pytań, tak? - zapytała Hermiona.
Draco przytaknął.
- I mogę pytać o wszystko?
- O co tylko zechcesz.
- Na początek łatwe pytanie. Chciałabym ustalić ile wiesz.
- Dobrze.
- Czy wiesz, do kogo należała Czarna różdżka po śmierci Dumbledore'a i przed tym, jak jej prawowitym właścicielem był Harry?
- Nie. Nie wiem i nurtuje mnie to. Gdyby należała do Snape'a, to po jego śmierci Czarny Pan byłby jej właścicielem, ale tak się nie stało. Dlaczego? Powiedz mi, Hermiona. Ty wiesz dlaczego! Ty wiesz wszystko.
- Zacznijmy od tego, że Snape przez całe życie był zakochany w mamie Harry'ego i był szpiegiem. Mówił Sam - Wiesz - Komu o tym, co nie miało większego znaczenia, a wszystko, co było naprawdę ważne zatajał. Wiedział o twoim zadaniu i Dumbledore powiedział mu, że umiera oraz, że chce, żeby Snape go zabił, by wyręczyć cię i skrócić mu cierpienie. To właśnie dlatego złożył twojej mamie wieczystą przysięgę. Na wieży astronomicznej rozbroiłeś Dumbledore'a. Od tej pory to ty byłeś jej panem. Do momentu, gdy Harry cię rozbroił.
- Ale .... Ale ja jej nawet nie dotknąłem! - krzyknął zszokowany Draco.
- Nic nie szkodzi - odpowiedziała Hermiona. - I tak byłeś jej panem.
- Nie spodziewałem się tego.
- Nikt się tego nie spodziewał. Czas na pytanie drugie. Czemu dołączyłeś do Śmierciożerców?
- Bo mój tata był jednym z nich. Chciałem być taki jak on - wysoko postawiony. Chciałem się wykazać. Nie wiedziałem, że to będzie aż tak wyglądało. Nie miałem pojęcia, że to jest aż tak złe. Zawsze mi powtarzano, że istnieje tylko władza i potęga i ludzie często są za słabi, żeby ją osiągnąć.
- Czyli nie wiedziałeś na co się piszesz?
- Nie.
- I nie miałeś pojęcia, że to wszystko jest złe? Nie wiedziałeś, że tak naprawdę wszyscy są równi? To nie ma znaczenia, czy jesteś czystej krwi, półkrwi czy szlamą. Czy jesteś rudy, czy masz piękne blond włoski. To nie jest ważne, czy masz kasę, czy nie. To od nas zależy, jakimi ludźmi jesteśmy, jak jesteśmy odbierani przez innych i czy jesteśmy po stronie dobra czy zła.
- Nie miałem pojęcia o tym wszystkim. Wychowano mnie w wierze, że czysta krew i pieniądze są najważniejsze.  Przepraszam, Miona...
- Żałujesz, że dołączyłeś do popleczników Sam- Wiesz- Kogo?
- Tak. Każdego dnia zmagam się z wyrzutami sumienia z tego powodu.
- Czyli, gdybyś miał wybór usunąłbyś Mroczny Znak?
- Oczywiście. To mi przypomina o tym, jaki kiedyś byłem i jaki już nigdy więcej nie chcę być.
- Czyli chcesz być lepszym człowiekiem? Chcesz się zmienić?
- Tak. I to bardzo.
- Dobrze. Czy to, co mówiłeś wcześniej było prawdą? To, że ... - Hermiona zawahała się. - To, że mnie kochasz?
- Tak!
- Jesteś tego pewien?
- Całkowicie. Kocham Cię, Hermiona. Naprawdę bardzo cię kocham ... Całym moim wrednym, ślizgońskim sercem.
- Och, Draco ...
- Tak, Miona?
- Nie sądziłam, ze kiedykolwiek to powiem, ale też cię kocham.
Draco wstał z łóżka i podszedł do Hermiony. Wyjął zza pazuchy różdżkę.
- Accio kwiaty - powiedział.
Po chwili wręczył Hermionie piękny bukiet czerwonych róż.
- Kocham cię - powiedział Draco.
- Ja ciebie też - odpowiedziała Hermiona, po czym powąchała kwiaty. - Są piękne i bosko pachną. Dziękuję, Draco.
- Dla ciebie wszystko.
Hermiona odłożyła kwiaty na szafkę nocną, po czym wstała. Podeszła do Draco, który wziął ją w objęcia. Hermiona rozpłakała się.
- Przepraszam, Draco - wyszeptała. - To wszystko dzieje się za szybko. Dopiero co ja i Ron rozstaliśmy się, a teraz okazuje się, że kocham już ze wzajemnością innego ...
- Rozumiem, Hermiona. Możemy się spróbować zaprzyjaźnić. Jak nie będziesz chciał zbudować ze mną związku, zrozumiem. Pamiętaj jednak, że będę na ciebie czekał.
- Dziękuję.

Autor:Lily

sobota, 11 października 2014

Inna Strona Petunii : część 10.

Rok 2000.
Siedziałam w salonie i rozmyślałam, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Pobiegłam je otworzyć.  Stał w nich Dudley.
- Dudziaczek! – przytuliłam go.
- Cześć, mamo.
- Wejdź do środka.
Wpuściłam go do domu. 
- Harry dzisiaj do nas wpadnie z wizytą – powiedział Dudley. – Ze swoją dziewczyną.
- Dobrze. Jestem ciekawa, kim ona jest?
- Ginny Weasley. Hestia mi o niej powiadała.
- Córka Artura? Tego gościa, co nam rozwalił salon?
- Tak.
- Mam nadzieję, że nie odziedziczyła charakteru po ojcu i nie będzie nas prosiła, żebyśmy dali jej baterie, bo je kolekcjonuje.
- Nie sądzę. Z tego co wiem, to jest w porządku. I nie ma obsesji na punkcie mugoli.
- To dobrze.
- Tak właściwie, to skąd wiesz, że Harry do nas wpadnie? Zadzwonił do ciebie? Napisał?
- Nie, spotkałem go u jubilera.
- Co on tam robił?
- Kupował pierścionek. Zamierza się chyba oświadczyć tej swojej Ginny.
- To wspaniale!  - krzyknęłam radośnie. – Chcę, żeby był szczęśliwy.  Należy mu się to po tym wszystkim…
Kilka godzin później, gdy obiad akurat był gotowy usłyszałam pukanie.  Podeszłam do drzwi i otworzyłam.
- Cześć, Harry – powiedziałam radośnie.
- Cześć, ciociu – odpowiedział trochę sztywno Harry.
- Wejdźcie.
Harry i jego dziewczyna weszli do środka. Dudley miał rację. Była to Ginny Weasley. Byłam tego pewna, bo miała rude włosy, co było rodzinne u Weasleyów.
- Jestem Petunia- wyciągnęłam w jej stronę rękę.
- A ja Ginny Weasley – dziewczyna uścisnęła moją dłoń  i uśmiechnęła się do mnie. – Miło mi panią poznać.
- Mi ciebie również, moja droga – odpowiedziałam.
Zaprowadziłam ich do jadalni, w której Dudley kończył już nakrywać do stołu.
- Cześć, Harry – powiedział radośnie Dudley.
- Siemka, Wielki De – odpowiedział Harry.  – To jest Ginny, moja dziewczyna.
Ginny i Dudley przywitali się, a ja poszłam po czerwone wino i kieliszki.
Po chwili wróciłam i usiedliśmy do stołu.  Nalałam każdemu wino do kieliszków i zaczęłam nakładać sobie na talerz jedzenie.
- Gdzie jest wujek? – zapytał zdziwionym głosem Harry.
- Dużo się zmieniło od naszego ostatniego spotkania, Harry – wyjaśniłam. – Rozwiodłam się.
- Dlaczego?
- Bo nigdy nie kochałam Vernona. Byłam z nim tylko, żeby  nie być samotna i dla pozycji społecznej.  Wiedziałam, że nigdy się w nim nie zakocham, bo zaczęłam z nim chodzić, żeby udowodnić  Lily, że taka zwykła osoba jak ja też zasługuje na miłość.
- Ale przecież mama to wiedziała – zaoponował Harry. – Ona cię kochała, a ty byłaś o nią zwyczajnie zazdrosna.
- Skąd o tym wiesz? – zapytałam, krojąc mięso.
Jedyna osoba, która znała prawdę to Severus Snape.
- Od Snape’a – wtrąciła się do rozmowy Ginny. – Harry  widział jego wspomnienia.
- Miał ci tego nie pokazywać. Miałeś się nigdy nie dowiedzieć o jego największej tajemnicy a skoro wiesz o tym, to musiał ci ją zdradzić.  Co się zmieniło? – zapytałam, chociaż byłam prawie pewna, że znam  już odpowiedź na to pytanie.
- Snape nie żyje – powiedział Harry. – Byłem przy nim, gdy umierał. Przekazał mi wtedy swoje wspomnienia i powiedział, że mam jej oczy.
Moje obawy potwierdziły się. Severus umarł. Mimowolnie łzy pociekły mi po policzkach. Otarłam je serwetką.
- Miał rację. Masz jej oczy. Taki sam odcień i taki sam kształt.
- Wiem. Wszyscy mi to powtarzają.
- Severus bardzo  cierpiał jak umierał?
- Tak. Bardzo, jak na ofiarę Voldemorta …
- Nie zabił go avadą?
- Nie. Nasłał na niego swojego węża…  Skąd ciocia zna takie zaklęcia?
- Wiem więcej niż ci się wydaje – odpowiedziałam tajemniczo. –Może zmieńmy temat, bo tak trochę się smutno zrobiło.  Pracujesz już, Harry?

- Tak. Już od dawna. Jestem aurorem.
- Czyli nadal walczysz ze złem?
- Tak.
- A ty, Ginny?
- Gram zawodowo w Quidditcha.
- Co to jest quidditch? – zapytał Dudley.
- Magiczna gra zespołowa, w którą się gra na miotłach  - wyjaśniłam.
- Skąd to wiesz, ciociu?- zapytał  zdziwiony Harry.
Zaśmiałam się. 
- Mówiłam już, że wiem więcej niż ci się wydaje. Wiem też, że James był szukającym Gryffindoru, tak samo jak ty. I w dodatku zostałeś najmłodszym graczem w stuleciu – powiedziałam z dumą w głosie. – Wiem nawet, że Ginny była z tobą w drużynie!
- Kto ci powiedział?
- Wszystko w swoim czasie.  Nie tylko Severus ma swoje inne oblicze.
- Dobrze go pani znała? – zapytała Ginny.
- Tak. Byliśmy przyjaciółmi.
- Ty i Snape? – zapytał z niedowierzaniem Harry.
- Ja i Snape.
- Wiesz o wszystkim od niego?
-Nie. Tylko o niektórych rzeczach.  Nie jest jedynym czarodziejem, z którym utrzymywałam kontakt. Niektórych nawet widziałeś, gdy byłeś za mały, żeby to w późniejszych latach pamiętać.

- Wiedziałaś, że pani Figg jest charłakiem?
- Oczywiście. Dumbledore mi powiedział.
- To od niego był ten wyjec?!
- Tak.
- Więc gdy do nas przyszedł, nie widziałaś go po raz pierwszy?
- Nie, ale niestety po raz ostatni.
Ginny i Dudley słuchali naszej rozmowy z wielkim zainteresowaniem, raz na jakiś czas wtrącając się do niej. Czasami nawet Dudley przestawał jeść i zamierał skupiając się na słuchaniu nas, co było do niego bardzo niepodobne.
- Zabierzecie mnie kiedyś na mecz tego Kfydycza, czy jak się tam nazywa ta wasza gra? – zapytał Dudley.
- Obawiam się, że to nie możliwe, bo zawsze na meczach na boisko i okoliczne tereny rzuca się zaklęcia antymugolskie – odpowiedziała Ginny. - Możemy cię jednak zabrać na trening na wzgórzu w  pobliżu Nory. Często tam trenuję z braćmi i z Harrym.
- Dobrze – Dudley się uśmiechnął.
Po skończonym posiłku zrobiłam dla wszystkich herbatę. Z jadalni przenieśliśmy się do salonu.
- Wiem, że niedługo są twoje urodziny, Harry – powiedziałam – więc mam coś dla ciebie. Nie miałam pojęcia co ci dać, więc przeszukałam strych w poszukiwaniu natchnienia. Znalazłam tam coś bardzo cennego, co z pewnością chciałbyś mieć…
Wyszłam z salonu i udałam się do komórki pod schodami, w której kiedyś mieszkał Harry. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Spod łóżka wyjęłam duży karton. Zaniosłam go do salonu.
- To dla ciebie – powiedziałam i postawiłam karton przed Harrym.
Harry zaskoczony zajrzał do środka.
- Co w nim jest? – zapytała Ginny.
- Moja korespondencja z Lily, Lupinem, Dumbledorem i Severusem, pamiętnik Lily, rodzinny album ze zdjęciami, szata Lily z pierwszego roku i wszystko, co zapisała mi  w spadku – odpowiedziałam.
Harry wyjął list z brzegu i zaczął go czytać na głos.

Kochana Petunio,
Wiem, że nie odpowiesz mi na ten list, ale musiałam Ci go wysłać. Wiem od pani Figg,  że Twój synek skończył wczoraj roczek. Ucałuj go ode mnie!
Nie wiem, jak długo jeszcze będę bezpieczna. Voldemort coraz bardziej rośnie w siłę. Nie rozumiem, czemu tak bardzo się uparł, że chłopcem, który musi zginąć jest Harry… Z tego, co wiem, to jest jeszcze jeden chłopiec, który urodził się w podobnym czasie co Harry… Oczywiście nie chcę, żeby on zginął. Chodzi  mi o to, że nie rozumiem jak można chcieć zabić niemowlę. Musisz wiedzieć, że nie pozwolę Harry’emu zginąć. W razie czego mogę zginąć, byleby go ochronić. Jeśli tak się stanie, zaopiekuj się Harrym i dbaj o niego jak o własnego syna. Mam do Ciebie jeszcze jedną prośbę… Niedawno dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zechciałabyś zostać matką chrzestną mojego drugiego dziecka? Ojcem chrzestnym prawdopodobnie zostanie Severus. Planujemy razem z Jamesem się z nim pogodzić!
Pamiętaj, że bardzo Cię kocham!
Lily
Harry był wstrząśnięty. Pobladł, a po policzkach zaczęły mu spływać łzy. Ginny jedną rękę trzymała na dłoni Harry’ego, a drugą obejmowała go. Dudley z kolei nie bardzo wiedział o co chodzi. Nie miał nawet pojęcia jak nazywali się rodzice Harry’ego, ani kim jest ten Severus o którym wszyscy rozmawiają.
- Miałbym rodzeństwo? – zapytał Harry.

Skinęłam głową.

piątek, 10 października 2014

Let's play deduction!

Przepraszam, że tak dawno nic nie dodawałam, ale byłam bardzo zajęta przez ten tydzień. Obiecuję, że poprawię się, a przynajmniej spróbuje!  W ten weekend najprawdopodobniej wstawię 2 lub 3 notki! Wiem, że to króciutkie opowiadanko nie jest związane z HP, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba! Jest na podstawie snu mojej przyjaciółki. Każdy chyba zna postać Sherlocka Holmesa, więc powinniście połapać się szybko o co chodzi! Zapraszam!




- Zagrajmy w dedukcję! – powiedział Sherlock.
- W autobusie? – zdziwił się Mycroft. – Nie.
Sherlock i Mycroft  jechali właśnie do szkoły.  Sherlock był w czwartej klasie podstawówki, a Mycroft chodził już do średniej szkoły.
- Dlaczego nie?
- Bo już wysiadamy.
Autobus zatrzymał się na przystanku, a bracia Holmes wysiedli z niego.
- A teraz zagramy? – zapytał młodszy z braci.
- Nie. Teraz nie ma czasu, braciszku. Musimy się pospieszyć, bo zaraz będzie dzwonek.
- Ja nie chcę iść do szkoły – powiedział smutnym głosem młodszy z braci.- Nikt mnie tam nie lubi.
- Teraz może być inaczej. Zmieniasz szkołę!
- To nic nie zmienia. Nikt mnie nie zrozumie.
- Bo jesteś geniuszem – Mycroft zmierzwił bratu włosy. – Są dla ciebie za tępi, braciszku. Jak będziesz grzeczny i będziesz ładnie chodził do szkoły, to postaram się namówić rodziców na psa.
- Naprawdę?
- Tak, szkrabie.
Sherlock przytulił się do brata, a ten trochę zdziwiony tym nagłym okazaniem mu uczucia poklepał go po plecach. Weszli razem do szkoły, która mieściła się na wielkim wzgórzu za którym był las i wspaniała polana na którą uczniowie  czasami udawali się po lekcjach na pikniki. Mycroft odprowadził Sherlocka pod salę, a następnie udał się w stronę części szkoły przeznaczonej dla uczniów szkoły średniej. Jak tylko Mycroft zostawił Sherlocka, ten usiadł na ławce i zaczął uważnie obserwować swoją nową klasę. Po dwóch minutach już wiedział mniej więcej kto jaki jest z charakteru, skąd pochodzi, czy jest bogaty, przeciętny, czy biedny i czy jest lubiany, czy też nie.
                Nagle zadzwonił dzwonek. Sherlock wraz ze swoją nową klasą wszedł do sali od matematyki. Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Sherlock rozejrzał się po sali. Wszystkie miejsca były zajęte oprócz jednego, w ostatniej ławce, koło rudowłosej dziewczynki. Wiedział, że nie jest ona zbytnio lubiana i trzyma się na uboczu. Miała również dziwny gust jeśli chodzi o ubiór i nie była zbytnio bogata. Sherlockowi bardzo odpowiadało to, że będzie musiał koło niej siedzieć, więc udał się pospiesznie na swoje nowe miejsce. Cieszył go fakt, że skoro ta dziewczynka nie jest lubiana, to pewnie nie będzie starała się z nim zaprzyjaźnić. Nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił…
- Cześć, jestem Molly – powiedziała dziewczynka.
- A ja William Sherlock Holmes, ale mów mi Sherlock – odpowiedział młody mistrz dedukcji rozpakowując się i nawet na nią nie patrząc.
Lekcja zleciała mu szybko.  Zrobił wszystkie zadania prawie dwa razy szybciej niż inni i obserwował. Pomógł też Molly w kilku przykładach, bo nie mógł ścierpieć tego, że ktoś nie rozumie matematyki, która była dla niego logiczna i banalna.
Następną lekcją był język angielski i była to dla Sherlocka męczarnia. Musieli pisać opowiadanie twórcze. Sherlock miał ścisły umysł i miał duże problemy z twórczym myśleniem. Wyjątkiem było komponowanie muzyki, które pomagało mu się zrelaksować. Sherlock od siódmego roku życia uczył się grać na skrzypcach i szybko został w tym mistrzem. Teraz pomimo swojego młodego wieku już czasem komponował. Po angielskim była przyroda. Nauczycielka szybko zauważyła, że Sherlock jest bardzo bystrym i mądrym chłopcem.  Następny był w-f. Sherlock był bardzo wysportowany i świetnie sobie radził.  Ostatnią lekcją był język francuski.  Młody Holmes szybko zrozumiał podstawowe zasady gramatyki tego języka i przyswoił sobie kilka nowych słówek.
Po skończonych lekcjach Sherlock poszedł na obiad. Usiadł przy stoliku w kącie stołówki. Po kilku minutach dosiadła się do niego Molly.
- Jak ci się u nas podoba? – zapytała.
- Może być.
- Z tego, co zauważyłam, jesteś geniuszem – powiedziała.
- Może i jestem, ale nigdy nie będę tak mądry jak mój brat. Muszę już lecieć – odpowiedział młody Holmes nie zaszczycając nawet Molly spojrzeniem. – Pa.
Wyszedł ze stołówki, nie posprzątawszy po sobie. Wychodząc nawet nie obejrzał się za siebie. Udał się w stronę wyjścia ze szkoły, a następnie poszedł na przystanek autobusowy i wrócił autobusem do domu.
Miesiąc później Sherlock wrócił wykończony do domu. Męczyli go ludzie, ciągły hałas i to, że ciągle ktoś próbował się z nim zaprzyjaźnić. William Sherlock Holmes nie szukał przyjaciół. Był typem samotnika, geniusza i socjopaty. Taki człowiek nie pragnął poznawać nowych ludzi.
- Wróciłem! – krzyknął wchodząc do domu.
Nikt mu nie odpowiedział.
- Mamo?! Tato?! Mycroft?! Jest tu ktokolwiek?!
Cisza. Brak odpowiedzi. Sherlock zdjął buty i okrycie wierzchnie. Nagle drzwi za jego plecami się otworzyły. Chłopiec odwrócił się i zobaczył kundla o rudej sierści.  Pies do niego podszedł, a on pogłaskał go.  Kundelek polizał go po twarzy, a Sherlock roześmiał się.
- Podoba ci się? – zapytał pan Holmes wchodząc razem z żoną i starszym synem do domu. – Wreszcie ktoś się nim zaopiekował. W schronisku miał okropne warunki.
- Jest wspaniały! – odpowiedział radośnie chłopiec.- Dziękuję!
Podszedł do ojca i przytulił się do niego, następnie pocałował mamę w policzek.
- Dzięki, Mycroft – powiedział i szeroko uśmiechnął się do starszego brata.
- Nie ma za co, braciszku – Mycroft zmierzwił mu włosy.- Jak go nazwiesz?
- Rudobrody.
Kilka lat później Rudobrody ciężko zachorował i został uśpiony. Dla Sherlocka to był cios. Zaczął palić papierosy i brać narkotyki.  Został nawet dilerem. Mycroft wielokrotnie próbował go zaciągnąć na odwyk, ale jego starania były bezskuteczne. Sherlock zawsze uciekał.
Pewnego dnia Mycroft postanowił sięgnąć po ostateczny środek. Zaalarmował policję i namówił ją do aresztowania Sherlocka, a następnie skierowania go na odwyk. Pomimo swojego bardzo młodego wieku Mycroft był bardzo wpływowym człowiekiem, dzięki jego niebywałym zdolnościom.  Gdy tylko Sherlock zorientował się, że policja jest w jego szkole postanowił z niej uciec. Nie miał tylko pojęcia gdzie.  Z pomocą przyszła mu Molly. Udali się do lasu, na którego skraju mieszkała Molly. Nie mogli jednak pójść do jej domu, bo byli tam jej rodzice, którzy z pewnością wydaliby Sherlocka policji. Usiedli więc na polanie.
- Wiem, że oni cię szukają – powiedziała Molly. – Musisz się przyznać, do zarzuconego ci czynu.
- Wiem – odpowiedział Sherlock – ale chcę najpierw mile spędzić ostatnią godzinę mojej wolności. Z tobą.
Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Pocałowali się.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziała Molly, jak już otrząsnęła się z szoku.
- Będę pamiętał. Zauważyłaś już na pewno, że mam niezłą pamięć.
- No jasne.
- Zagrajmy w pokera – oświadczył nagle Sherlock.
Wyciągnął karty z plecaka, potasował i rozdał.
                Równo godzinę później Molly i Sherlock zobaczyli, że ktoś się do nich zbliża. Był to Mycroft. Szedł po Sherlocka.
- Twój czas minął, braciszku – powiedział Mycroft podchodząc do brata.
- Wiem.
- Pójdziesz ze mną.
- Dobrze.
Sherlock pocałował Molly w policzek na pożegnanie i poszedł razem z bratem w stronę szkoły.
- Zaraz policja cię aresztuje – powiedział Mycroft.
- Jestem tego świadomy.
 - Wylądujesz w areszcie.
- Nie na długo.
- Wiem. Wyciągnę cię z niego. Jeśli tylko spróbujesz uciec, pozwolę Wymiarowi Sprawiedliwości się tobą zająć, zrozumiano?
- Tak.
- Posłuchaj mnie, braciszku. Wiem, że utrata psa, czyli jedynej istoty, którą darzyłeś miłością zraniła cię, ale przegiąłeś. Palenie jestem w stanie zrozumieć, narkotyki ewentualnie też, ale musiałeś zostawać od razu dilerem?! Rodzice są zdruzgotani!
- Przykro mi – powiedział Sherlock bezbarwnym głosem.
- Pokrzyżowałeś im plany.
- Trudno.
-  Rozumiem, że jesteś aspołecznym geniuszem na haju, ale rodzice cię kochają i się o ciebie martwią!
- Mam to gdzieś.
- Wcale nie.
- A właśnie, że tak! – wrzasnął Sherlock.
Sherlock i Mycroft weszli do szkoły. Podszedł do nich funkcjonariusz i skuł Sherlocka kajdankami.

- Do zobaczenia, braciszku – powiedział Mycroft i wyszedł ze szkoły. 


- Lily.