sobota, 25 kwietnia 2015

Klasa szósta: rozdział 6

Nie mogę się powstrzymać przed dodaniem komentarza z serialu ,,Forever" który właśnie oglądam, chociaż  nie ma on najmniejszego związku z dzisiejszym opowiadaniem ;).
,,-Podgrzeje w mikrofali.
-Absulutnie wykluczone. Wiesz co myślę, mikrofala ma się do jedzenia tak, jak komórka do rozmowy... Niszczy wszystko chęcią pomocy!"

No, ale nie ważne ;)

***

Kolejnego dnia rano Lily obudziła się w cudownym nastroju. Nucąc pod nosem, ubrała się starannie, przemyła twarz i uczesała włosy.
Dziewczyny patrzyły na nią, szeroko otwartymi oczami i z pewną obawą. Taki dobry humor o poranku, nie mógł oznaczać niczego dobrego.
Lily wyszła z dormitorium i udała się po pokoju chłopaków. Przed wejściem zapukała, żeby uniknąć możliwie nieprzyjemnego widoku i weszła, uśmiechając się szeroko.
Syriusz spojrzał na nią spod przymrużonych powiek, Remus wziął głęboki wdech, nawet James nie uśmiechnął się na jej widok.
-Cześć – przywitała się niewinnie i usiadła w nogach łóżka Jamesa.
Nie odpowiedzieli jej.
-Wczoraj obudziłam się i znalazłam coś, co chyba należy do was. Gdzie ja to mam… - zaczęła wolno przeszukiwać swoje kieszenie. – Ach, tu jest  - powiedziała, wyjmując niezwykły pergamin.
Chłopacy odetchnęli z ulgą. Jedynie Syriusz, wciąż wpatrywał się w nią podejrzanie.
-I co dalej? – zapytał, bo milczała.
-A co ma być? – zapytała niewinnie.
-Tak po prostu przyszłaś tu, oddałaś nam mapę i nic więcej nie powiem.
Lily wzruszyła ramionami.
-Tak właśnie – potwierdziła.- Ale no wiecie… może mi się teraz przypadkowo wymknąć o mapie, no na przykład przy profesor McGonagall. No chyba, że będziecie dla mnie mili i nie podpadniecie mi. A jeśli tak, to no cóż…
-Po prostu mamy być dla ciebie mili? – zapytał Syriusz z niedowierzaniem.
-Tak, na razie wystarczy – powiedziała i wyszła.
-No, chyba nie było aż tak źle – usłyszała jeszcze głos Jamesa.
-Nie, w ogóle – powiedział ironicznie Remus. – Tylko będzie nas zastraszać do końca Hogwartu...
-Oj tam, Liluś taka nie jest – powiedział James, na co Lily uśmiechnęła się do siebie.
***
Pierwszą lekcją była transmutacja, na której musieli przemieniać poduszki w wiklinowe kosze, co okazało się bardzo trudne. W połowie lekcji, do Lily przyleciała mieniąca się karteczka. Dziewczyna obróciła się. Z końca klasy uśmiechał się do niej Potter. Przewróciła oczami i spaliła karteczkę, nie przeczytawszy co na niej pisze.
Po chwili doleciała do niej druga identyczna. Leniwie machnęła różdżką, aby ponownie ją spalić. I to był jej błąd. James zabezpieczył ją przed takim atakiem i gdy tylko płomienie musnęły papier, ten wybuchł głośno i po sali potoczył się kilkakrotnie wzmocniony głos Pottera  ,,Lily, umówisz się ze mną?”.
Wszyscy w klasie spojrzeli na nią, a Lily zacisnęła pięści ze złości i cisnęła nienawistne pojrzenie Potterowi.
-Panie Potter naprawdę nie obchodzą mnie pańskie sprawy miłosne i proszę, aby załatwiał je pan poza moimi lekcjami – powiedziała zirytowana profesor McGonagall.
-Skarbie! – wołał za Lily James, kiedy po lekcji wyszła szybko z klasy. – Misiu! – dobiegł do niej.
-NiezbliżajsiędomiePotterbonieręczęzasiebie – powiedziała bardzo szybko.
-Lilka, ale dlaczego ty się nie chcesz ze mną umówić? Jestem przystojny, wysportowany, zabawny i w ogóle…
Lily wyciągnęła różdżkę.
-Deprimo- krzyknęła. Zaklęcie żądlące podziałało niemal natychmiast, pokrywając twarz Pottera ogromnymi, swędzącymi bąblami.
-Nie, jak dla mnie to wcale nie jesteś przystojny – powiedziała Lily i odeszła, obracając się na pięcie.
Podczas lunchu Potter patrzył na nią trochę obrażony, ale zanim posiłek dobiegł końca, już mu przeszło.
-Liluś, mógłbym cię uprzejmie prosić, żebyś podała mi sosjerkę? – zapytał.
Lily wyciągnęła w jego stronę rękę z sosjerką, a on „przypadkowo” musnął ją palcami.
-Lily, podałabyś mi proszę kotlety – zapytał chwilę później Syriusz.
-Jasne – powiedziała Lily uśmiechając się sztucznie. – A ty byłbyś tak uprzejmy, żeby podać mi ziemniaczki?
-Ależ oczywiście.
-Dziękuję bardzo.
Lily nałożyła sobie obiad i odwróciła się w stronę Mary.
-Jaki jest ten nowy nauczyciel wróżbiarstwa? – zapytała.
-Całkiem w porządku, tylko mówi trochę od rzeczy. Powiedział dzisiaj, że Dorcas po obiedzie znajdzie sobie nowego chłopaka – wyszeptała w stronę Lily.
-Wiesz, czasami myślę, że ci wszyscy wróżbiarze strzelają. Przecież wszyscy wiedzą, że Dorcas co chwilę ma nowego chłopaka, ale dlaczego on zaczął rok szkolny od takiej głupoty? Jakby nie mógł na początek zachęcić was, jakąś prawdziwą przepowiednią…
-No nie wiem, mnie chyba przekonał – powiedziała ze śmiechem Mary, patrząc w stronę Meadowes. Lily też się na nią spojrzała.
Dziewczyna jadła powoli, ale wcale nie patrzyła na swój talerz. Jej spojrzenie utkwione było w jakimś wysokim szóstoklasiście z hufflepuff, który podszedł do stołu gryfonów, przysiadł się do kolegów i gadali o czymś, co chwila wybuchając śmiechem.
-Dorcas? Sos kapie ci na szatę – powiedziała ze śmiechem Andromeda.
Dorcas powróciła do rzeczywistości i wytarła swoją szatę serwetką.
-Bardzo śmieszne – powiedziała. – Spójrzcie na tamtego chłopaka – szepnęła w stronę przyjaciółek – Znacie go?
-Czyżby pani łamaczka serc znalazła sobie nową ofiarę?
-Och, wolę nazywać ich moimi chłopakami, albo ostatecznie obiektami – powiedziała Meadowes.
-Ma na imię Stephen. Chodzi na mugoloznactwo – powiedziała Mary.
Dorcas wstała powoli, odgarnęła na plecy długie, czarne włosy i ruszyła w stronę chłopaka, kręcąc biodrami.
Lily zobaczyła, jak jej przyjaciółka siada okrakiem na ławce, zagaduje chłopaków i wybucha perlistym śmiechem. Chłopak posłał jej oszałamiający uśmiech i odpowiedział coś, a kiedy spojrzała na niego, zarumienił się lekko.
Zaczęła zastanawiać się, dlaczego właściwie ona nigdy z nikim się nie spotykała. Miała przecież już szesnaście lat i wielu chłopaków do niej zarywało. Szybko uznała, że winę za swój brak chłopaków ponosi Potter. Swoją szczupłą postacią, od kilu lat zasłaniał jej widok na innych chłopaków, wciąż wyprowadzając ją z równowagi.
A propos Jamesa, właśnie usłyszała, że woła ją po imieniu. Zignorowała go, ale zaraz w magiczny sposób znalazł się tuż przy niej.
-Czego? – fuknęła, odwracając się do niego.
-Oj, Skarbie nie mówi się z pełnymi ustami, bo można kogoś opluć – powiedział, wycierając swoją pierś, na której znalazły się resztki jedzenia.
-To trzeba było mnie tak nie nachodzić – powiedziała wzruszając ramionami.
-Umówisz się ze mną? – zapytał.
-Nie – powiedziała spokojnie.
-A jutro?
-Też nie. Ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy.
James nie wyglądał na zaskoczonego.
-No to w porządku, do zobaczenia później! – powiedział i wyszedł, a za nim jego przyjaciele.
-On jest najbardziej irytującym człowiekiem na ziemi – powiedziała Lily, wyrzucając gniewnie kolejne słowa, kalecząc przy ty leżącego na talerzu kotleta.

-Skoro tak bardzo go nie lubisz to dlaczego tak często o nim mówisz? Nie mogę tego zrozumieć – powiedziała Mary i natychmiast pożałowała wypowiedzianych słów, kiedy zobaczyła minę Lily.

sobota, 18 kwietnia 2015

Huncwoci Klasa szósta: rozdział 5

66 wyświetleń mojego ostatniego posta! Bardzo się cieszę, bo to chyba moja rekordowa liczba :D
***

Przy obiedzie Lily przysiadła się do Lupina.
-Gdzie twoje koleżanki? – zapytał zdziwiony, a widząc jej oburzoną minę, dodał szybko. – Nie chodziło mi o nic złego! Cieszę się że do mnie podeszłaś, tylko po prostu się zastanawiam.
-Zaraz przyjdą, rozmawiają z… kimś – powiedziała zająknąwszy się, na co Remus spojrzał na nią spod uniesionych brwi.
Lily nałożyła sobie ziemniaki, sałatkę i mięso.
-Jak wakacje? – odezwał się Remus. – Wcześniej nawet nie spytałem…
-Och, dobrze odwiedziłam babcię i byłam z rodzicami nad morzem. Brakowało mi nieco magii. A jak u ciebie?
-Całkiem dobrze, ale parę rzeczy się posypało… Zresztą nie ważne, nie chcę o tym mówić  - powiedział dosyć obojętnie, wzruszając ramionami.
W pewnej odległości od nich przysiedli się Syriusz i James, posyłając w ich stronę spojrzenia, zaczeli szeptać coś do siebie.
-Skoro nie chcesz o tym mówić, to w porządku – powiedziała, patrząc się na niego ze współczuciem.
-A tak w ogóle, to on chyba chce ci coś powiedzieć – wskazał na Jamesa, który coraz głośniej wypowiadał imię Lily, patrząc w jej kierunku.
-Możliwe – powiedziała, ale nie pojrzała na niego, próbowała utrzymać obojętny wyraz twarzy, ale po chwili z głośnym brzękiem upuściła widelec na talerz.
-Mógłbyś mu powiedzieć, żeby się ode mnie odwalił? Raz na zawsze… Bo naprawdę mnie nie bawi – powiedziała z rozdrażnieniem i smutkiem.
-To sama mu powiedz. Mnie nie słucha.
-A mnie słucha?
Lupin wzruszył ramionami.
-Nie wiem czy słucha kogokolwiek po za Syriuszem.
-Słucha Syriusza? – zapytała ze zdziwieniem Lily.
-Zazwyczaj – powiedział.
W tym momencie do Lily podszedł Potter.
-Za co jesteś na mnie zła? – zapytał, wpatrując się jej prosto w oczy.
-Za to, że rano przez ciebie pół Wielkiej Sali musiało udać się do skrzydła szpitalnego i za to że jesteś chamski!
-Przepraszam cię Liluś, nigdy nie chciałem być wobec ciebie chamski. A to z mlekiem, to Syriusz mnie zmusił! Wybaczysz mi? Proooszę…
Lily uniosła brwi.
-Przyrzekniesz mi, że już nigdy nie zaczarujesz jedzenia podczas śniadania? – zapytała.
-Przyrzekam.
-No to ci wybaczam – powiedziała. Wiedziała, że jeśli go zignoruje, ton nie da jej spokoju do końca dnia. – A teraz przepraszam, ale muszę już iść.

***
Wieczorem siedziała pochylona nad niedokończonym esejem na zielarstwo. Była prawie pierwsza, więc nie było tu nikogo więcej. Pisała, mimo że była już bardzo zmęczona. Jej powieki powoli zamykały się, postanowiła choć na chwilę położyć głowę na książce, żeby jej oczy na chwilę odpoczęły od czytania małej czcionki tekstu…
-EJ, Evans na jedenastej – szepnął Syriusz, schowany wraz z Jamesem pod peleryną niewidką.
-Śpi – stwierdził Remus, przyglądając jej się.
James wyszedł spod peleryny i podkradł się do niej cicho. Wziął ją na ręce, pewny że się obudzi, ale tak się nie stało. Oparła głowę o jego pierś, westchnąwszy cicho przez sen.
-James? – zniecierpliwił się Syriusz. – Obmacywanie Evans zostaw sobie na później.
James położył ją na kanapie przed kominkiem, nakrył kocem i pocałował w czoło, po czym dołączył do przyjaciół.
-A od kiedy ty jesteś taki opiekuńczy? – zapytał Syriusz.
-Od kiedy musiałem zajmować się chomikiem mojej cioci, kiedy miałem dziewięć lat.
Syriusz przewrócił oczami.
-A ja myślę, że ta zmiana jej się spodoba – powiedział Remus.
-Serio? – zapytał z nadzieją James.
-Serio, a teraz już chodźmy.
Wyszli na korytarz i poszli na czwarte piętro.
-Jestem pewny, że brakuje na naszej mapie takiego jednego miejsca, w którym dzisiaj byłem – powiedział Remus.
-No to zaprowadź nas tam!
-To nie jest takie proste… tam był taki obraz z fontanną…
***
Lily otworzyła oczy i podniosła się. Od razu zauważyła, że coś jest nie w porządku. Rozglądnęła się po słabo oświetlonym pomieszczeniu i odkryła, że znajduje się w pokoju wspólnym. Po chwili przypomniała sobie, że odrabiała tu esej, a potem położyła głowę. No i musiała zasnąć. Ale jak u diaska znalazła się na kanapie?
Rozejrzała się wokół, oświetlając podłogę różdżką. Zauważyła leżący na niej stary pergamin, pokryty jakimiś kreskami. Wzięła go do ręki i zauważyła plan zamku, wraz z wieloma kropkami oznaczonymi nazwiskami uczniów. Otworzyła buzię, zdziwiona swoim znaleziskiem. Szybko odszukała na mapie kropkę z napisem „Lily Evans”.
-Co ukrywasz mapo? – zapytała cicho, choć z całą pewnością nie spodziewała się, że leżący w jej dłoniach przedmiot odpowie jej.
Jednak na pergaminie zaczęły pojawiać się literki, układające się w wyrazy.
Z wielkim zdziwieniem przeczytała:
Pani Evans, znalazła mapę stworzoną przez huncwotów i ta nie zależy do niej.
Pan Łapa zwraca się do niej uprzejmie z prośbą, aby oddała pergamin w ręce jej prawdziwych właś…
Upuściła pergamin z cichym okrzykiem, a napisy zniknęły i ponownie pojawił się plan zamku. Lily nachyliła się nad nim. Ponownie zobaczyła swoją kropkę i znieruchomiała na moment. Zauważyła, że za portretem znajdują się trzy kolejne kropki oznaczone przypisami „Sexy Syriusz” „Piękny i powabny Rogacz” i „Remus Lupin”.
Prędko skoczyła pod ścianę i ukrywa się w wielkiej skrzyni, z pościelą i zamknęła wieko. Rzuciła na ścianę skrzyni zaklęcie, które sprawiło, że widziała pokój wspólny jak przez taflę wody i obserwowała. Trzej chłopacy wpadli do pokoju wspólnego, wyraźnie zdenerwowani.
-Jak mogłeś ją zgubić? – zapytał Syriusz Jamesa.
-Ciiiiiicho – upomniał go Remus.
-Nie drzyj się na mnie. Mogłeś sam ją wziąć…
-Wiecie… Przecież Rogacz miał ją w kieszeni. Mógł ją upuścić, kiedy przenosił Lily…
Wszyscy trzej rzucili się na czworaka i oświetlając podłogę różdżkami, zaczęli poszukiwania.
Lily dostrzegła, że Potter chowa pod szatę jakąś dziwną pelerynę. Postanowiła poznać ów przedmiot przy następnej okazji.
-Ej, zgubiliśmy nie tylko mapę – powiedział nagle Syriusz stojący przed pustą kanapą.
-Myślicie, że ona… Znalazła mapę? – zapytał Remus.
Syriusz przeklął głośno.
-Ta głupia jędz…
-Nie waż się – powiedział groźnie James, a wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie.
-Mówię o McGonagall – powiedział Syriusz, przewracając oczami. – Evans jako cudowna pani prefekt na pewno zaraz jej odda, a ta głupia jędza poleci do Dumbledore’a.
-I jej nie odzyskamy – jęknął James. – Tyle lat roboty na nic!
-Więc znajdźmy ją, znajdźmy Evans i zamknijmy w jakimś kantorku na miotły – zaproponował Syriusz, a widząc spojrzenie Jamesa dodał. – Albo przywiążmy do twojego łóżka i błagajmy na kolanach o litość.
-Tak, znajdźmy ją – powiedział poważnie Remus nie komentując dalszej części planu.
-Ale bez mapy w życiu jej nie znajdziemy – powiedział Syriusz.
-Możemy zaczął od dormitorium dziewczyn – zaproponował Remus i zaczarował schody, aby nie przemieniły się w ślizgawkę i wbiegł po schodkach na górę, a Łapa i Rogacz ruszyli na nim.
Skulona w skrzyni Lily wybuchła niekontrolowanym śmiechem. Sama nie wiedziała, dlaczego to wszystko tak ją rozśmieszyło, ale śmiała się nie mogąc opanować. Kiedy huncwoci wrócili, zasłoniła usta dłonią i zagryzła mocno policzki.
Kiedy wyszli na zewnątrz, stwierdzając, że zaczają się pod gabinetem profesor transmutacji wyskoczyła ze skrzyni i pognała do dormitorium. Przebrała się w stare dresy i luźną bluzkę, rozczochrała nieco włosy i zaczęła zastanawiać się, co by tu zrobić z mapą. Stwierdziła, że będzie jej strzegła, więc włożyła pod swoją poduszkę i nie widząc innego wyjścia, położyła się spać, śmiejąc się w duchu z chłopaków, którzy pewnie całą noc będą latać po zamku, poszukując swojej zguby.
Nagle wspomniana czwórka wparowała do jej pokoju.
-Lily? – zawołał szeptem Syriusz.
Lily powoli podniosła się z poduszki i patrząc na nich nieprzytomnie. Miała nadzieję, że wygląda przekonująco.
-Co się stało? – wymamrotała.
-Nie, nic – odpowiedział jej Remus, po czym cała czwórka wyszła z pokoju.
Jak oni mogli pomyśleć, że pobiegnie z mapą do profesor McGonagall? Przecież nie była tak głupia! Wiedziała, że nie może jej zatrzymać, bo huncwoci prędzej, czy później ją znajdą.
Zanim zasnęła, leżała długo w łóżku i obmyślając swój cudowny plan szantażu

piątek, 10 kwietnia 2015

Huncwoci Klasa szósta, rozdział 4

Przepraszam, że ostatnio miałam przerwę w publikowaniu wpisów, ale święta i te sprawy :P. Nowy rozdział o huncwotach wita was!
Szczerze mówiąc, to nie mogę się doczekać aż zacznie się dziać coś ciekawego, ale niestety muszę trochę poczekać, żeby nieco rozwinęła się akcja...
Łapa

Lily, Mary, Armanda i Dorcas siedziały w przedziale. Mary zajęta byłą czytaniem czasopisma, Armanda spała, zajmując cztery miejsca, a Lily i Dorcas grały w szachy czarodziejskie. Lily dziwiła się, że Dorcas siedzi sobie tu z nimi, jako że miała zwyczaj chodzić po innych przedziałach i gadać ze wszystkimi znajomymi. Wydawała się jakby lekko przygaszona, ale Lily nie zapytała jej co się stało, gdyż przyjaciółka, podobnie jak rudowłosa nie lubiła się zwierzać. Jej problemy były jej problemami i już. Nikt nie miał do nich dostępu. Lily zaczęła zastanawiać się nad tym. Nie rozumiała, dlaczego towarzyska, wesołą i pewna siebie Dorcas nie mówiła o swoich uczuciach. Było to trochę dziwne, ale co poradzić. Takich osób jak Meadowes nigdy się w pełni nie zrozumie i trzeba się z tym pogodzić.
-Cześć dziewczyny – usłyszały nagle.
Do przedziału weszła czwórka huncwotów. Na czele uśmiechnięty James i Syriusz, za nimi rozbawiony Remus, a na końcu Peter, który nie patrzył się na dziewczyny, tylko na przyjaciół, sam nigdy nie wiedział co powiedzieć, więc po prostu stał przy przyjaciołach i przysłuchiwał się im.
-Nazywam się James Potter – przedstawił się najbardziej rozczochrany z całej czwórki. – Jestem nowym uczniem i chciałbym się z wami zaprzyjaźnić.
Syriusz parsknął, za co dostał mocną sójkę w bok.
-A ja jestem Syberiusz White – przedstawił się, kłaniając się krótko, a Mary zachichotała wbrew sobie.
-A mnie już znacie – powiedział Lupin z uśmieszkiem błąkającym się na twarzy.
-A ja to Dorcas, tam chrapie Armanda, tu jest Mary, a tu Lily – powiedziała patrząc na nich z lekką pogardą – Ale osobiście nie rozumiem czemu ma służyć cały ten cyrk.
-Lily? – zapytał James, wytrzeszczając oczy. – Cóż to za piękna dziewczyna!
Lily przewróciła oczami.
-Mam cię już dosyć – powiedziała z westchnięciem.
-Są tu dopiero od pół minuty! –powiedziała Armanda.
-Dziwne, co nie?
James usiadł obok niej i zawiązał z nią kontakt wzrokowy. Jego oczy zdawały się mówić ,,Zapomniałaś już o wakacjach?”. Lily nie zapomniała. Wtedy wydawał się mniej zarozumiały niż zazwyczaj, a nawet trochę milszy. Ale kiedy zobaczyła go dzisiaj w pociągu, uśmiechającego się zarozumiale, znów poczuła do niego niechęć. Patrzyła na niego chłodno.
-I co ja mam robić jak ty nie dajesz mi szansy? Chciałem zacząć wszystko od nowa – powiedział z rezygnacją, odwracając od niej wzrok.
Lupin usiadł obok Mary i zaczęli ze sobą rozmowę.
-Ona się ślini! – powiedział ze zdziwieniem Syriusz, wskazując na śpiącą dziewczynę.
-I co w tym dziwnego, ty też się ślinisz – powiedział Peter.
-Ale ona jest dziewczyną!
W tym momencie Armanda zabełkotała coś przez sen, na co cała siódemka wybuchła śmiechem.
-No widzisz? – powiedziała Lily z pretensją, zwracając się do Jamesa. – Przychodzisz tu i śmiejesz się z mojej przyjaciółki! – powiedziała, choć ona też się śmiała i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że James o tym wie.
James objął ją ramieniem.
-I jak ci minęły wakacje, Słońce? – zwrócił się do niej jak gdyby nigdy nic.
-Całkiem dobrze. Nie to co tobie, prawda? Słyszałam że napadli was Śmierciożercy – w wypowiedziane słowa włożyła stanowczo zbyt dużo jadu.
Jamesowi zżęła mina i przestał ją obejmować. Lily zarumieniła się. Poczuła się wstrętnie. Jak mogła coś takiego powiedzieć? Syriusz spojrzał na nią z pogardą, ale James nie zauważył tego. Wpatrywał się w swoje kolana, marszcząc brwi. Lily była bardzo ciekawa, o czym myślał.
-Ano – powiedział w końcu. Nie był na nią zły, ale mina mu jakby… zmizerniała? Lily poczuła do siebie jeszcze większą nienawiść, ale nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
-I jak się czuje twój tata? – zapytała ze współczuciem Dorcas (Dorcas i współczucie? Co się dzieje z tymi ludzmi?).
-Dobrze. Żyje. Jest przytomny – powiedział James i znów szeroko się uśmiechnął.
-Jak to się stało, że wam nie zrobili krzywdy? – spytała ze zdziwieniem Dorcas.
Lily była pewna, że James opowie jakąś niezwykłą historię ukazującą go jako bohatera, który ocalił pół świata. Jednak ponownie ją dzisiaj zaskoczył.
-Jeden sam się załatwił, a drugiego strzelił Syriusz.
Dla rozładowania napięcia, Black w podniósł ręce i zaczął naprężać bicepsy, patrząc na nich zuchwale.
Po chwili Lily zapatrzyła się w okno.
-Hej, Lily? – powiedział James.
-Hm? – zapytała Lily, wyrwana z zamyślenia.
-Umówisz się ze mną? – zapytał i wyszczerzył się.
No tak, a czego się spodziewałaś?
-Oczywiście, że nie – powiedziała.
-Wiesz, jeszcze trochę i może zaczniesz tolerować moją obecność w przedziale. To duży postęp. – powiedział James.
Tego było już za wiele.
-Nie wydaje mi się, żeby nastąpił jakiś „postęp”! – krzyknęła i wyszła z przedziału.
Dlaczego on tak na nią działał? Cokolwiek nie powiedział, działał jej na nerwy. Ta jego wkurzająca twarz działała na nią jak płachta na byka. Dziewczyny mówiły jej, że tego nie rozumieją. Uważały, że Potter jest śmieszny i wesoły. Nie przeszkadzało im, że rzuca na zaklęcia na wszystkich, którzy mu podpadli, ani to, że jest strasznie zarozumiały. Ale Lily to przeszkadzało. Nawet bardzo. Jak można być tak dziecinnym i lekkomyślnym?
***
James zmarszczył czoło.
-O co jej znowu chodzi? – zapytał naburmuszony.
-Och, strasznie ją irytujesz – powiedziała szczerze Mary.
James spojrzał na nią z miną męczennika.
-Ale dlaczego? Co ja takiego robię?
Mary spojrzała na niego ze współczuciem.
-Jestem pewna, że niedługo zmieni co do ciebie zdanie – powiedziała pokrzepująco Dorcas.
James wybełkotał coś do swoich kolan, co zabrzmiało jak „Mam nadzieję”. Tym razem Syriusz przewrócił oczami.
-Ogarnij się człowieku. Lily to, Lily tamto. Bo zacznę robić się zazdrosny! – powiedział Łapa.
-Oj, Łapko kochany, przecież wiesz że dla mnie będziesz zawsze najważniejszy – powiedział z uśmiechem James.
-Ja mam nadzieję, bo poczułem się zdradzony. Ale już czuję się trochę lepiej.
Dorcas spojrzała na Mary z śmieszną miną i wybuchły śmiechem.
Armanda przebudziła się i podniosła gwałtownie głowę. Zdziwiona wlepiła spojrzenie z obecnych w przedziale przyjaciół.
-Dlaczego mnie nie obudziłyście? – zapytała z wyrzutem dziewczyn. – Pewnie wszyscy się na mnie lampiliście…
-Nie martw się. Lubię mopsy – powiedział Syriusz i zaśmiał się, a jego śmiech zabrzmiał bardzo podobnie do szczeknięcia psa.
Armanda dopiero po chwili zrozumiała aluzję, wytarła rękawem buzię i spojrzała na Blacka morderczym wzrokiem.
***
Na ucztę powitalną huncwoci przybyli tak głodni, że nie chciało im się szykować żadnego powitalnego kawału. Kiedy weszła gromadka przerażonych pierwszoroczniaków Armanda bardzo się zdziwiła.
-Jeju, jacy oni malutcy! – powiedziała – I oni będą tu mieszkać?!
Mary wbiła jej łokieć w żebra, żeby ta umilkła. James zajął miejsce między Lily, a Syriuszem. Podczas ceremonii przydziału wciąż burczało mu w brzuchu i Evans patrzyła na niego karcąco, jakby mógł coś na to poradzić.
Lily patrzyła z wielkim zdumieniem na Jamesa, który pochłonął już strasznie dużą ilość jedzenia i nakładał na talerz kolejną porcję.
-No… co? – zapytał z pełną buzią, dostrzegając jej spojrzenie.
-Jak można tyle jeść i być takim chudym? – zapytała.
James wzruszył ramionami i do niej mrugnął, po czym zabrał się za kolejne udko.
Kiedy wszyscy już zjedli tyle ile mogli, półmiski z jedzeniem rozpłynęły się w powietrzu i Dumbledore powstał.
-Myślę, że możemy już zakończyć ucztę. Pa pa! – zawołał radośnie i usiadł.
Lily wstała od stołu i ruszyła w kierunku przeciwnym do wyjścia, a za nią Remus.
-Pierwszoroczniacy! Pierwszoroczniacy za mną! – krzyczeli.
***
Obudziłam się kilka minut po szóstej i wzięłam krótki prysznic. Ubrałam szatę i wyszłam po cichu z dormitorium, do pokoju wspólnego. Nie było tu jeszcze nikogo. Usiadłam w fotelu przy kominku, w którym nie palił się teraz ogień, ze względu na ładną pogodę za oknem. Wyjęłam z kieszeni pióro i mugolskie zeszyt, który położyłam na swoich zgiętych nogach. Zgarnęłam włosy za ucho i wzięłam się za pisanie kolejnego opowiadania. Lubiłam to robić. Pogrążać się w innym świecie, wczuwać się w postać stworzonej przeze mnie postaci i spisywać jej niezwykłą historię na kartce.
O siódmej, kiedy pierwsze osoby zaczęły wynurzać się z dormitoriów, poszłam na chwilę do dormitorium, żeby upewnić się że moje koleżanki już nie śpią. Ponieważ był to pierwszy dzień, wszystkie wstały dość ochoczo i były dużo mniej zaspane niż zazwyczaj.
O wpół do siódmej zeszłyśmy na śniadanie, po drodze musiałam zatrzymać się na chwilę w pokoju wspólnym, żeby pokazać jakimś pierwszoklasistą jak mają zawiązać krawaty, który mieli zawiązany wokół szyi na podwójny supeł.
Chwilę później przysiedli się do nas huncwoci. Przeszli przez salę, z Syriuszem i Jamesem na przedzie, którzy zachowywali się, jakby właśnie wygrali mecz. Szli z szerokimi uśmiechami na twarzach, przybijając piątki niektórym z siedzących już przy stole kolegą. Rozejrzałam się po sali, poszukując jakiś poszkodowanych, ale nie zobaczyłam nic nadzwyczajnego. Jedynie profesor McGonagall patrzyła w ich stronę zza stołu nauczycielskiego z mocno zaciśniętymi ustami, wyraźnie zaniepokojona.
-Cześć Lilka! – przywitał się okularnik, ale zignorowałam go. – Jak się dzisiaj spało?
Usiadł tuż przymnie i nachylił się do mojego ucha, aby szepnąć:
-Nie jedz mleka.
Lily posłała mu przerażone spojrzenie, po czym spojrzała na niczego nieświadomych uczniów, napychających się płatkami z mlekiem. Wyrwała wazę z białym płynem, z rąk jakiegoś drugoklasisty i usunęła jego zawartość.
Nagle twarze niektórych uczniów zaczęły wydłużać się i pojawiły się na nich duże, zielone bąble.
Huncwoci zaśmiewali się w niebogłosy, w czasie kiedy wokół wybuchło wielkie zamieszanie. Lily nabrała głęboko powietrze i wstała.
-Potter, Black, macie przerąbane! – wrzasnęła. – Szlaban!
Wyszła z wielkiej Sali szybkim krokiem.
-Jest cudowna, kiedy się tak wkurza – powiedział James wpatrując się zamglonym wzrokiem w odchodzącą Lily.
Syriusz wzruszył ramionami.
-Może za nią pójdziesz? – zaproponował patrząc z krzywym uśmieszkiem na przyjaciela.
-To jest myśl, to jest myśl – powiedział James, po czym poderwał się z miejsca i pobiegł do drzwi.
***
-Lily! LILY! – darł się biegnąc za nią korytarzem.
Zatrzymała się z rozeźloną miną.
-Czego? – zapytała nieprzyjemnie.
-Zapomniałaś wziąć swojego planu lekcji – powiedział szybko.
Lily spojrzała na jego puste ręce.
-Acha – powiedziała i odwróciła się żeby odejść.
-Mam ważne pytanie – powiedział nagle poważnie James.
Lily ponownie się do niego obróciła i podniosła do góry brew.
-Naprawdę? – zapytała wątpliwie.
-Tak, ale muszę prosić cię o szczerą odpowiedź.
-Och, daj spokój! – krzyknęła. – Nie, nie umówię się z tobą.
-Nie o to mi chodziło, aczkolwiek miło mi że kiedy do ciebie podchodzę, to myślisz od razu o randce ze mną – odpowiedział uśmiechając się szeroko.
Lily wydała z siebie ryk bezsilności i ruszyła dalej korytarzem. James dogonił ją.
-Poczekaj – powiedział i zatrzymał ją. Włożył rękę do kieszeni i znalazł małą karteczkę. – Chciałem cię tylko zapytać… Będziesz chodzić na wróżbiarstwo? Bo nie wiem co mam wybrać…
Evans spojrzała na niego jak na karalucha i odeszła mamrocząc coś pod nosem.
-A zielarstwo? – zawołał za nią Potter.
***
Pierwszą lekcją Lily w tym roku szkolnym były eliksiry z profesorem Slughornem.
Weszła uśmiechnięta do klasy.
-Dzień dobry, profesorze Slughorn!
-Witam, panno Evans – uśmiechnął się do niej.
-Uwarzył pan w czasie wakacji ten eliksir wielojęzykowy?
-Co? Och, mówiłem ci! Tak, udało mi się – wyglądał na dumnego z siebie – Potrafiłem mówić po łacinie, tyle że jedynie przez kilka dni, dałem go nawet kotu, a ten zaczął szczekać! – dodał zciszonym głosem.
Lily uśmiechnęła się do niego, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo w tym momencie zabrzmiał dzwonek i profesor zajął się lekcją.
Lily zajęła miejsce w drugiej ławce i czekała na którąś z dziewczyn, która usiądzie obok niej. Wyjęła na ławkę swój podręcznik i zamyśliła się, nie zauważając że Potter zajął miejsce obok niej.
-Taka jedna chwila w życiu się zdarza, w której skupiasz się na waaażnej rzeczy – zanucił James, jakby nie zauważając osoby Lily. Wpatrzył się gdzieś niewidzącym wzrokiem, mruczał pod nosem słowa piosenki, którą bardzo lubiła jego matka i na moment zapomniał, że trwa lekcja. Kiedy to sobie uświadomił, z lekkim zdziwieniem zauważył, że profesor Slughorn już dyktuje im polecenia.
-Potter, co ty tu robisz?! – zapytała donośnym szeptem Lily, wpatrując się w niego ze złością.
-Ćśśśśśś… - upomniał ją James, wskazując kciukiem w stronę nauczyciela.
-Jesteś niemożliwy – westchnęła i ustawiła swój kociołek na palniku, po czym za pomocą zaklęcia umieściła w nim wodę –I co się tak lampisz? – zapytała, nawet nie spojrzawszy w stronę Jamesa.
-Bo jesteś ładna – powiedział pewnie.
-A ty nudny.
-Nie wydaje mi się – powiedział śmiejąc się lekko.
-Ćśśśśś…
James ponownie zaśmiał się i zajął własnym eliksirem. Kiedy godzinę później profesor przechadzał się po klasie, spojrzał znacząco w stronę Jamesa i Lily, na co jej policzki zapłonęły.
-To wy już ze sobą tak oficjalnie? – zapytała od niechcenia chwilę później.

-Nie – powiedziała Lily w tym samym momencie, w którym James powiedział ,,Tak”.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział VII


                Khauriel, Jason, Rose i ojciec Jasona – Tyler Moore udali się na cmentarz, na którym mieli się spotkać z Lilith. Anioł wyjął zza pazuchy striverę i wycelował ją w jeden z grobów. Błysnęło niebieskie światło, rozległ się donośny huk i za jego plecami pojawiła się Lilith.
- Cześć, skarbie – powiedziała Lilith uśmiechając się.
- Hej – odpowiedział anioł. – Poznaj moich towarzyszy : Jasona i Tylera. Są oni krewnymi uprowadzonego łowcy. Rose już znasz…
- Cześć, chłopcy – powiedziała radośnie Lilith, a po chwili dodała  – cześć, Rose.
- Hej – odpowiedziała  Rose.
- Czego się dowiedziałaś? – zapytał anioł.
- Wiem, gdzie jest przetrzymywany –odpowiedziała demonica. – Możemy się tam udać w każdej chwili, nawet teraz. Będzie to jednak bardzo, ale to bardzo trudne i niebezpieczne. Będziemy potrzebowali mnóstwo broni, sprytu i szczęścia... I porządnego planu. Stawka jest bardzo wysoka.  Śmierć to najmniejsza kara, która może nas spotkać, jak coś pójdzie nie tak i Marcus stanie nam w drogę.  Khaurielu, podaj mi Striverę.
- Po co? – zapytał Khauriel wyciągając zza pazuchy striverę.
- Musimy się teleportować w miejsce bazy Marcusa, a ja nie potrafię ci wytłumaczyć jak tam dotrzeć przez za dużo zabezpieczeń. Tym razem ja teleportuję nas striverą. Zaufaj mi…
- No dobra – Khauriel wręczył Lilith striverę, po czym powiedział do reszty towarzyszy  – złapcie się Lilith!
                Wszyscy wykonali posłusznie polecenie anioła. Teleportowali się.  Cela była nieduża, zbyt mała dla pięciu osób. Ciężkie, wilgotne powietrze starych murów drażniło nozdrza. Światło przedzierające się przez wysoko umieszczone i zabite stalowymi kratami okienko oświetlało środek celi, a reszta przestrzeni była spowita przez ponury półmrok. Dwie dwupiętrowe prycze były ustawione po lewej stronie od wejścia. Na jednej z nich spał dwunastolatek.  Miał krótkie, blond włosy. Był wychudzony, przeraźliwie blady i miał spore rozcięcie na policzku. Był to Seamus. Rose zabrała Khaurielowi striverę, podeszła do chłopca i zaczęła go badać. Dotknęła pościeli. Była szorstka i drapiąca, zrobiona z dziwnego materiału, najprawdopodobniej lnu.
                Po prawej stronie od wejścia mieściła się malutka łazieneczka, odgrodzona gipsową ścianą, lekko już zapleśniałą. Miejscami na ścianach była zaschnięta krew. Mogło to oznaczać, że doszło tu kiedyś do bójki.
- Jest chory – powiedziała nagle Rose. – Ale przeżyje.
                Anielica pochyliła się nad Seamusem i przytuliła go. Otoczyła ich złota mgła uzdrawiającej energii. Po chwili mgła zniknęła, Rose odeszła od chłopca, a on otworzył oczy, usiadł na łóżku i rozejrzał się wokoło.
- Tata! – krzyknął, po czym wstał z łóżka, podbiegł do ojca i przytulił się do niego, a Tyler wziął go na ręce.
- Kocham cię, synku – powiedział mężczyzna.
- Ja ciebie też – odpowiedział chłopiec.
                Tyler odstawił go na ziemię, a Seamus podszedł do starszego brata i się do niego przytulił, a Jason zmierzwił mu włosy. Lilith podeszła do drzwi od celi i przyjrzała się dokładnie zamkowi.
- Khaurielu, podaj mi striverę – powiedziała. – Otworzę nią drzwi.
- Nie możemy się po prostu stąd deportować? – zapytał anioł.
- Co się z tobą dzieje, skarbie? – Lilith odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Chodźmy zabić kilka demonów! Zabawmy się!
- No dobra – odpowiedział anioł po chwili namysłu, po czym  podał demonicy striverę.
- Wiedziałam, ze cię przekonam! – Lilith klasnęła w dłonie, po czym otworzyła drzwi za pomocą strivery.
                Wszyscy wyszli na korytarz. Gdy tylko znaleźli się poza celą zastali otoczeni przez demony. Było ich siedmiu. Lilith wyjęła zza pazuchy sztylet i zabiła nim wszystkie demony po kolei.
- To było niezłe – pochwalił ją Jason.
- Dzięki –odpowiedziała demonica i uśmiechnęła się szeroko, po czym odwróciła się za siebie. Kilka metrów od niej stał jej ojciec. – Ups, chyba zabiłam twoje demony, tatusiu…
Marcus podszedł szybkim krokiem do córki. Był wściekły, przez co był jeszcze bardziej niebezpieczny niż zazwyczaj.
- Co to ma do cholery być?! – wrzasnął. – Czemu zabijasz moje demony?! Moich żołnierzy?!
- To jedyne co umiem robić – odpowiedziała spokojnym głosem demonica. – Jedyne, co umiem to zabijać… A przynajmniej to jedyna rzecz, której mnie nauczyłeś…
- Bo masz zabijać!  Ale nie swoich sojuszników, tylko ich! – Król piekła wskazał na Khauriela i jego przyjaciół.- To oni są prawdziwymi wrogami!
- Nie – odpowiedziała Lilith, a jej głos był chłodny i opanowany. – To są moi przyjaciele.
- Jesteś chora – powiedział zimnym głosem Marcus.
- Nie tak bardzo  jak ty, ojcze – odpowiedziała Lilith.
- Nie tak cię wychowałem…
- Szkolenie córki na zabójczynię nie jest wychowywaniem – zaprzeczyła demonica. – Nauczyłeś mnie jak zabijać, a nie jak żyć… To jest zasadnicza różnica…
- Twoim zadaniem nie jest przeżywanie swojego życia, tylko odbieranie go innym …
- Czemu? Bo ty tak każesz? – Księżniczka Piekła wybuchnęła śmiechem. – Mam prawo robić co chcę… Będę zabijała, bo tylko to umiem, ale to ja będę decydowała kogo zabiję, a kogo nie … Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli wspólnego wroga mogę zawrzeć z tobą sojusz, mogę torturować innych dla ciebie, mogę zawrzeć dla ciebie pakty, mogę nawet dla ciebie zabijać, ale tylko wtedy gdy będę miała na to ochotę, bo nie jestem już twoją córką… Jesteś dla mnie martwy… Jesteś dla mnie nikim… Nie mam już ojca… Mogę nawet stworzyć dla ciebie armię, ale nie będę już przenigdy twoją córką… Z nami koniec, Królu …
                Lilith podeszła do Khauriela i wzięła go za rękę.

- Chodźmy stąd – poleciła.


- Lily