Lupin kazał mu obiecać, że nie będzie się wymykał z Nory i
przez kilka następnych dni Harry rzeczywiście posłusznie siedział w domu. Na
czas wesela musiał wypić eliksir wieloskokowy z włosem jakiegoś mugola, aby
goście weselni nie znali jego tożsamości. Harry włożył swoją czarną szatę wyjściową
i spojrzał na siebie w lustrze. Miał kręcone blond włosy i był o jakieś pół
głowy niższy niż normalnie, co sprawiało, że brzeg szaty dosięgał podłogi.
-Jak ja mam w tym niby chodzić? Prędzej czy później się
wywalę.
Ron siedzący na łóżku, podniósł na niego wzrok.
-Jeśli chcesz, mogę ci pożyczyć swoją starą szatę wyjściową
– zaproponował całkiem poważnym głosem, ale po chwili nie wytrzymał i parsknął
śmiechem.
Harry zignorował go.
- Snape w takich chodzi – oznajmił z wściekłością, jaką
odczuwał za każdym razem, kiedy pomyślał o tym człowieku. – W obszernych,
czarnych firanach, pranych tak regularnie jak jego włosy…
-Harry, zdajesz sobie sprawę z tego, że bredzisz, prawda?
Do pokoju weszli bliźniacy.
-Macie już zejść i pomóc poustawiać krzesła – oznajmił Fred,
a George poczęstował się czekoladką z bombonierki Harry’ego, która leżała na
komodzie.
-Harry, jesteście już przygotowani? – zapytała cicho
Hermiona. Stali na uboczu, przyglądając się przybywającym gościom weselnym.
Ron, razem z braćmi, musieli się z nimi witać i zabawiać rozmową.
-Coo? – zapytał dość nieprzytomnie, przyglądając się jak
Ginny i jej kuzyni śmieją się z czegoś głośno. – Ah, tak. Włożyliśmy spakowane plecaki
do szafy.
Hermina wyginała palce ze zdenerwowania.
-Czyli nie zostajemy do końca? – zapytała po raz trzeci tego
dnia.
-Nie. Tylko dopóki będziemy musieli. – odpowiedział
cierpliwie Harry.
-Powiedziałeś już o tym panu Arturowi? – upewniła się.
-Tak – skłamał. Cholera, zapomniał o tym.
Zobaczyli niezgrabnie idącego w ich kierunku chłopaka o
ciemnej karnacji. Prawie się nie zmienił, od kiedy Harry widział go ostatni
raz.
-Wiktor! – zawołała nieco zdziwiona Hermiona i ruszyła ku
niemu z szerokim uśmiechem. Wiktor, zerkając na Harry’ego blondyna, ponad
ramieniem dziewczyny, obrzucił go wrogim spojrzeniem.
Harry wycofał się i zniknął w tłumie. W końcu zobaczył pana
Weasley’a pogrążonego w rozmowie z ojcem Fleur.
-Panie Weasley – zaczął Harry, kiedy mężczyźni na moment
zamilkli – Muszę zamienić z panem słówko.
Ojciec Fleur mrugnął do niego i odszedł na moment.
-Coś się stało? – pan Weasley zmarszczył czoło.
-Nie, nie, chciałem tylko powiedzieć – rozejrzał się
dyskretnie. – Że dzisiaj znikniemy. Nie martwcie się więc, że nas nie będzie.
Artur, który jeszcze chwilę temu gawędził sobie wesoło,
teraz był śmiertelnie poważny.
-Artur? – wykrzyknął jakiś może pięćdziesiącio paro letni mężczyzna
z dużym, rudym wąsem, kładąc dłoń na jego ramieniu. Pan Weasley uśmiechnął się doń
nieco sztucznie. Zaraz znów spojrzał na chłopaka, aby skinąć lekko głową, na
znak że zrozumiał.
Harry czuł się trochę jak duch, przemykając między głośnymi
czarodziejami, którzy wszyscy witali się ze sobą nawzajem. Wokół panowała wesoła,
niemal beztroska atmosfera, jakby nikt nie pamiętał o tym wszystkich strasznych
rzeczach, które działy się w świecie.
***
Po ceremonii ślubnej wszyscy przenieśli się pod ogromny
namiot, gdzie czekała już na nich orkiestra. Na podłużnym stole przy wejściu
ostawione były samo uzupełniające się kieliszki z alkoholem.
Po chwili parkiet zapełnił się tańczącymi parami. Harry
większość czasy spędził, siedząc samotnie przy stoliku i gapiąc się na wszystko
wokół. Raz wyszedł na parkiet i zatańczył z Hermioną, kiedy Ron wirował ze
swoją siostrą. Kiedy piosenka się skończyła, szybko uciekł, zanim Ron wrócił do
tańca z Hermioną, a Ginny została sama…
W pewnym momencie przy stoliku obok usiadło kilka
wystrojonych pań w podeszłym wieku i Harry słyszał jak po kolei obgadywały
większość zaproszonych na wesele osób. No cóż, było to dosyć ciekawe, nie mógł
powiedzieć że nie. Szczególnie spodobała mu się opowieść o tym jak rodzeństwo
Weasley’ów odwiedziło kiedyś swoją ciotkę i wyjadło wszystkie słodycze z barku,
a potem mały Ron zwymiotował na jej drogocenny dywan. Zakodował, aby wspomnieć
kiedyś Ronowi o tej sytuacji.
-A ty co tu robisz? – zapytała go ciotka Rona, zauważając
nagle że obok nich siedzi.
-Eee…
-Nie znam cię. Jesteś z rodziny panny młodej? – zapytała
mrużąc lekko oczy.
-Nie… to znaczy tak. Tak, jestem.– odpowiedział plącząc się
lekko.
-Okropna dziewucha – warknęła, wypijając zawartość
kieliszka, który trzymała w ręku.
Pozostałe kobiety zaczęły głośno wyrażając swoje zdania na
ten temat.
Harry skorzystał z chwili, kiedy przestały zwracać na niego
uwagę. Wstał i przeszedł się wokół parkietu. Dużym łukiem ominął stolik z
kieliszkami ognistej whisky, nie chcąc za bardzo kusić losu. Nienawidził
alkoholu. Trzęsło go, kiedy widział jego tak dużą ilość. Może nienawidził nie
tyle alkoholu, co pijanych ludzi. Ale to poniekąd to samo, prawda?
Słyszał jak starsze kobiety mówiły o starym Aaronie Hodsonie
od kiedy w młodości został zaatakowany urokiem, miewał problemy zdrowotne. Miał
zwyczaj nosić przy sobie rdest ptasi, który według niego pomagał mu kiedy czuł
się gorzej (rdest ptasi jest prawdopodobnie używany do wyrobu miody pitnego –
inf. od autorki). Roślina ta należała do rzadkich i ostatnio ministerstwo
zdecydowało się usunąć ją ze sprzedaży, jako że jest głównym składnikiem
eliksiru wieloosobowego. Harry dobrze wiedział, kto za tym stoi.
Więc teraz, widząc jak czarodziej odchodzi od stolika,
zostawiając na krześle swoją marynarkę, w której prawdopodobnie znajdowała się
ingrediencja, postanowił ją zwinąć. Panu Hodsonie nie była naprawdę potrzebna,
za to im mogła się przydać.
Przez chwilę zastanawiał się co oznacza fakt, że pierwszy
dzień, w którym zaczął poszukiwać horkluksy, już uczynił go złodziejem.
Przy stoliku niedaleko orkiestry siedziali Lupin, Tonks oraz
jej rodzice. Harry postanowił przywitać się z Lupinem, więc zbliżył się do nich
i uśmiechnął. Dopiero, kiedy zobaczył ich nieco zdziwione miny uświadomił
sobie, że przecież oni nie widzą Harry’ego Pottera. Cholera. Nie powinien był
podchodzić.
Jednak w momencie, kiedy spojrzał na twarz matki Nimfadory,
zapomniał o swoim kłopotliwym położeniu. Była tak bardzo podobna do swojej
siostry, Bellatrix że przez jedną krótką chwilę Harry myślał, że to właśnie ona
tu siedzi.
Jej mąż odchrząknął głośno. Harry odwrócił wreszcie od niej
wzrok i zamknął usta. Cholera.
Stanął za krzesłami Lupina i Tonks.
-Oczy mylą – oznajmił lekko śpiewnym głosem. – Lupinie,
posiadasz coś mojego, a ja tego potrzebuje.
Chodziło mu o pelerynę niewidkę, którą Lupin, mimo jego
protestów, zarekwirował po ten nocy, kiedy Harry wyszedł schowany pod nią z
domu. Lupin uśmiechnął się do niego lekko, choć nieco nerwowo.
-Cześć, Harry! – powiedziała nieco za głośno Tonks. – O co
mu chodzi? – spytała już nieco ciszej.
-Jest w twoim pokoju, pod szafką. Nie zabrałbym ci jej –
wyjaśnił mu Lupin.
-Dobra, dzięki – odpowiedział Harry.
-To Harry Potter? – upewniła się Andromeda.
-Miło panią poznać – odpowiedział sztywno. – Muszę znikać – pożegnał się.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła już jedenasta. Hermiona
złapała go chwilę później, aby szepnąć:
-Za piętnaście minut w waszym pokoju?
Więc musiał się powoli zbierać. Ale najpierw chciał
zatańczyć z Ginny. Wypatrzył jej rudą głowę obok jakiegoś chudego, jasnowłosego
chłopaka.
-Mogę? – zapytał ją, wyciągając dłoń. Z lekkim oporem
przyjęła ją.
Przez kilka następnych minut tańczyli ze sobą, nie odzywając
się.
W końcu Harry po raz kolejny tego wieczoru ulotnił się.