Rok 1998
Wsiadłam
razem z synem, mężem, Dedalusem i Hestią do samochodu i pojechaliśmy na
lotnisko. Weszliśmy na pokład prywatnego samolotu należącego do mężczyzny, u
którego mieliśmy zamieszkać.
Samolot wystartował. Lecieliśmy do Nowego
Yorku. Podróż mijała nam w dość napiętej atmosferze. Vernon i Dudley jeszcze
nigdy nie spędzali czasu z czarodziejami w miejscu, z którego nie można było w
każdej chwili uciec i byli tym faktem przerażeni, co potęgowało niezręczność
sytuacji, w której się znaleźliśmy. Cisza, która panowała w samolocie była dla
mnie zbyt przytłaczająca, więc postanowiłam ją przerwać.
- Harry nie wraca w tym roku do Hogwartu, prawda? –
zapytałam Hestię.
- Z tego, co wiem, to Złota Trójca musi wypełnić jakąś
misję, więc raczej nie – odpowiedziała czarownica.
- Złota trójca? – zdziwiłam się.
- Harry, Ron i Hermiona – odparła Hestia. – Snape tak ich
nazywa.
- Severus? – zapytałam, a Hestia skinęła głową. – Co tam u
niego?
- Został dyrektorem Hogwartu – odpowiedział ponuro Dedalus. –
Mroczne czasy nadeszły…
- Lepszy on niż Malfoyowie – odparłam, przypominając sobie,
co Severus o nich opowiadał. – Albo Bellatrix Lestrange …
- Malfoyowie to tchórze – odpowiedziała Hestia. – A co do
Bellatrix, to lepiej, żeby trzymała się z dala od Hogwartu… Jest straszna.
- Słyszałem, że Carrowie od tego roku będą nauczać w
Hogwarcie – powiedział Dedalus. – Biedni uczniowie …
- Może i są śmierciożercami – powiedziała Hestia – ale to
idioci. Harry pokonałby ich w pojedynku w kilka sekund… No chyba, że by go
rozbroili, w co wątpię…
Nagle do samolotu wleciało coś srebrnego. Na podłodze wylądował z wdziękiem lśniący,
srebrny ryś. Patronus przemówił głębokim, męskim głosem.
- Harry jest już w Norze.
Zaatakował nas Voldemort. Uciekliśmy mu, ale zginęła Hedwiga, a George stracił
ucho. Będę was o wszystkim informował.
- Na brodę Merlina – powiedziała przerażona Hestia. – On zaatakował
…. George stracił ucho …
Przez
cały lot Dudley i Vernon milczeli, a ja rozmawiałam z Dedalusem i Hestią.
Polubiłam ich. Choć byli trochę dziwni, dało się z nimi dogadać.
W końcu
wylądowaliśmy. Wysiedliśmy z samolotu i wsiedliśmy do czarnej limuzyny, która
zawiozła nas do naszego nowego domu. Była to wspaniała willa.
Weszliśmy do środka. Ściany
przedpokoju były pomalowane na zielono. Wisiało na nich mnóstwo obrazów.
Niektóre z nich się ruszały, a inne nie. Na nasz widok ludzie na obrazach
zaczęli szeptać między sobą.
- Mamo … Czemu te obrazy żyją? – zapytał Dudley.
- Bo obrazy w magicznym świecie mają coś na kształt własnej
duszy – wyjaśniłam. – Lily mi mówiła, że w Hogwarcie są nawet obrazy, które
strzeżą wejścia do pokoju wspólnego każdego z domów.
Nagle
do przedpokoju wszedł właściciel domu. Był to ciemnowłosy, wysoki mężczyzna w średnim wieku. Przywitał się z Hestią i Dedalusem, a
następni powiedział:
- Witam was w moim domu. Nazywam się William Malfoy i razem
z moją partnerką – Romildą będziemy wam zapewniali bezpieczeństwo.
- Lily
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz