czwartek, 18 grudnia 2014

Inna Strona Petunii cz.13

Rok 1998
                Wsiadłam razem z synem, mężem, Dedalusem i Hestią do samochodu i pojechaliśmy na lotnisko. Weszliśmy na pokład prywatnego samolotu należącego do mężczyzny, u którego mieliśmy zamieszkać.
 Samolot wystartował. Lecieliśmy do Nowego Yorku. Podróż mijała nam w dość napiętej atmosferze. Vernon i Dudley jeszcze nigdy nie spędzali czasu z czarodziejami w miejscu, z którego nie można było w każdej chwili uciec i byli tym faktem przerażeni, co potęgowało niezręczność sytuacji, w której się znaleźliśmy. Cisza, która panowała w samolocie była dla mnie zbyt przytłaczająca, więc postanowiłam ją przerwać.
- Harry nie wraca w tym roku do Hogwartu, prawda? – zapytałam Hestię.
- Z tego, co wiem, to Złota Trójca musi wypełnić jakąś misję, więc raczej nie – odpowiedziała czarownica.
- Złota trójca? – zdziwiłam się.
- Harry, Ron i Hermiona – odparła Hestia. – Snape tak ich nazywa.
- Severus? – zapytałam, a Hestia skinęła głową. – Co tam u niego?
- Został dyrektorem Hogwartu – odpowiedział ponuro Dedalus. – Mroczne czasy nadeszły…
- Lepszy on niż Malfoyowie – odparłam, przypominając sobie, co Severus o nich opowiadał. – Albo Bellatrix Lestrange …
- Malfoyowie to tchórze – odpowiedziała Hestia. – A co do Bellatrix, to lepiej, żeby trzymała się z dala od Hogwartu… Jest straszna.
- Słyszałem, że Carrowie od tego roku będą nauczać w Hogwarcie – powiedział Dedalus. – Biedni uczniowie …
- Może i są śmierciożercami – powiedziała Hestia – ale to idioci. Harry pokonałby ich w pojedynku w kilka sekund… No chyba, że by go rozbroili, w co wątpię…
Nagle do samolotu wleciało coś srebrnego.  Na podłodze wylądował z wdziękiem lśniący, srebrny ryś. Patronus przemówił głębokim, męskim głosem.
- Harry jest już w Norze. Zaatakował nas Voldemort. Uciekliśmy mu, ale zginęła Hedwiga, a George stracił ucho. Będę was o wszystkim informował.
- Na brodę Merlina – powiedziała przerażona Hestia. – On zaatakował …. George stracił ucho …
                Przez cały lot Dudley i Vernon milczeli, a ja rozmawiałam z Dedalusem i Hestią. Polubiłam ich. Choć byli trochę dziwni, dało się z nimi dogadać.
                W końcu wylądowaliśmy. Wysiedliśmy z samolotu i wsiedliśmy do czarnej limuzyny, która zawiozła nas do naszego nowego domu. Była to wspaniała willa.
Weszliśmy do środka. Ściany przedpokoju były pomalowane na zielono. Wisiało na nich mnóstwo obrazów. Niektóre z nich się ruszały, a inne nie. Na nasz widok ludzie na obrazach zaczęli szeptać między sobą.
- Mamo … Czemu te obrazy żyją? – zapytał Dudley.
- Bo obrazy w magicznym świecie mają coś na kształt własnej duszy – wyjaśniłam. – Lily mi mówiła, że w Hogwarcie są nawet obrazy, które strzeżą wejścia do pokoju wspólnego każdego z domów.
                Nagle do przedpokoju wszedł właściciel domu. Był to  ciemnowłosy, wysoki mężczyzna w średnim wieku. Przywitał się z Hestią i Dedalusem, a następni powiedział:

- Witam was w moim domu. Nazywam się William Malfoy i razem z moją partnerką – Romildą  będziemy wam zapewniali bezpieczeństwo.

- Lily 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz