Khauriel,
Jason, Rose i ojciec Jasona – Tyler Moore udali się na cmentarz, na którym
mieli się spotkać z Lilith. Anioł wyjął zza pazuchy striverę i wycelował ją w
jeden z grobów. Błysnęło niebieskie światło, rozległ się donośny huk i za jego
plecami pojawiła się Lilith.
- Cześć, skarbie – powiedziała Lilith uśmiechając się.
- Hej – odpowiedział anioł. – Poznaj moich towarzyszy :
Jasona i Tylera. Są oni krewnymi uprowadzonego łowcy. Rose już znasz…
- Cześć, chłopcy – powiedziała radośnie Lilith, a po chwili dodała – cześć, Rose.
- Hej – odpowiedziała
Rose.
- Czego się dowiedziałaś? – zapytał anioł.
- Wiem, gdzie jest przetrzymywany –odpowiedziała demonica. –
Możemy się tam udać w każdej chwili, nawet teraz. Będzie to jednak bardzo, ale
to bardzo trudne i niebezpieczne. Będziemy potrzebowali mnóstwo broni, sprytu i
szczęścia... I porządnego planu. Stawka jest bardzo wysoka. Śmierć to najmniejsza kara, która może nas
spotkać, jak coś pójdzie nie tak i Marcus stanie nam w drogę. Khaurielu, podaj mi Striverę.
- Po co? – zapytał Khauriel wyciągając zza pazuchy striverę.
- Musimy się teleportować w miejsce
bazy Marcusa, a ja nie potrafię ci wytłumaczyć jak tam dotrzeć przez za dużo
zabezpieczeń. Tym razem ja teleportuję nas striverą. Zaufaj mi…
- No dobra – Khauriel wręczył
Lilith striverę, po czym powiedział do reszty towarzyszy – złapcie się Lilith!
Wszyscy
wykonali posłusznie polecenie anioła. Teleportowali się. Cela była nieduża, zbyt mała dla pięciu osób.
Ciężkie, wilgotne powietrze starych murów drażniło nozdrza. Światło
przedzierające się przez wysoko umieszczone i zabite stalowymi kratami okienko
oświetlało środek celi, a reszta przestrzeni była spowita przez ponury półmrok.
Dwie dwupiętrowe prycze były ustawione po lewej stronie od wejścia. Na jednej z
nich spał dwunastolatek. Miał krótkie,
blond włosy. Był wychudzony, przeraźliwie blady i miał spore rozcięcie na
policzku. Był to Seamus. Rose zabrała Khaurielowi striverę, podeszła do chłopca
i zaczęła go badać. Dotknęła pościeli. Była szorstka i drapiąca, zrobiona z
dziwnego materiału, najprawdopodobniej lnu.
Po
prawej stronie od wejścia mieściła się malutka łazieneczka, odgrodzona gipsową
ścianą, lekko już zapleśniałą. Miejscami na ścianach była zaschnięta krew.
Mogło to oznaczać, że doszło tu kiedyś do bójki.
- Jest chory – powiedziała nagle
Rose. – Ale przeżyje.
Anielica
pochyliła się nad Seamusem i przytuliła go. Otoczyła ich złota mgła
uzdrawiającej energii. Po chwili mgła zniknęła, Rose odeszła od chłopca, a on
otworzył oczy, usiadł na łóżku i rozejrzał się wokoło.
- Tata! – krzyknął, po czym wstał z
łóżka, podbiegł do ojca i przytulił się do niego, a Tyler wziął go na ręce.
- Kocham cię, synku – powiedział
mężczyzna.
- Ja ciebie też – odpowiedział
chłopiec.
Tyler
odstawił go na ziemię, a Seamus podszedł do starszego brata i się do niego
przytulił, a Jason zmierzwił mu włosy. Lilith podeszła do drzwi od celi i przyjrzała
się dokładnie zamkowi.
- Khaurielu, podaj mi striverę –
powiedziała. – Otworzę nią drzwi.
- Nie możemy się po prostu stąd
deportować? – zapytał anioł.
- Co się z tobą dzieje, skarbie? –
Lilith odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Chodźmy zabić kilka demonów! Zabawmy
się!
- No dobra – odpowiedział anioł po
chwili namysłu, po czym podał demonicy
striverę.
- Wiedziałam, ze cię przekonam! –
Lilith klasnęła w dłonie, po czym otworzyła drzwi za pomocą strivery.
Wszyscy
wyszli na korytarz. Gdy tylko znaleźli się poza celą zastali otoczeni przez
demony. Było ich siedmiu. Lilith wyjęła zza pazuchy sztylet i zabiła nim
wszystkie demony po kolei.
- To było niezłe – pochwalił ją
Jason.
- Dzięki –odpowiedziała demonica i
uśmiechnęła się szeroko, po czym odwróciła się za siebie. Kilka metrów od niej
stał jej ojciec. – Ups, chyba zabiłam twoje demony, tatusiu…
Marcus podszedł szybkim krokiem
do córki. Był wściekły, przez co był jeszcze bardziej niebezpieczny niż
zazwyczaj.
- Co to ma do cholery być?! – wrzasnął. – Czemu zabijasz
moje demony?! Moich żołnierzy?!
- To jedyne co umiem robić – odpowiedziała spokojnym głosem
demonica. – Jedyne, co umiem to zabijać… A przynajmniej to jedyna rzecz, której
mnie nauczyłeś…
- Bo masz zabijać! Ale nie swoich sojuszników, tylko ich! – Król piekła
wskazał na Khauriela i jego przyjaciół.- To oni są prawdziwymi wrogami!
- Nie – odpowiedziała Lilith, a jej głos był chłodny i
opanowany. – To są moi przyjaciele.
- Jesteś chora – powiedział zimnym głosem Marcus.
- Nie tak bardzo jak
ty, ojcze – odpowiedziała Lilith.
- Nie tak cię wychowałem…
- Szkolenie córki na zabójczynię nie jest wychowywaniem –
zaprzeczyła demonica. – Nauczyłeś mnie jak zabijać, a nie jak żyć… To jest
zasadnicza różnica…
- Twoim zadaniem nie jest przeżywanie swojego życia, tylko
odbieranie go innym …
- Czemu? Bo ty tak każesz? – Księżniczka Piekła wybuchnęła
śmiechem. – Mam prawo robić co chcę… Będę zabijała, bo tylko to umiem, ale to
ja będę decydowała kogo zabiję, a kogo nie … Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli
wspólnego wroga mogę zawrzeć z tobą sojusz, mogę torturować innych dla ciebie,
mogę zawrzeć dla ciebie pakty, mogę nawet dla ciebie zabijać, ale tylko wtedy
gdy będę miała na to ochotę, bo nie jestem już twoją córką… Jesteś dla mnie
martwy… Jesteś dla mnie nikim… Nie mam już ojca… Mogę nawet stworzyć dla ciebie
armię, ale nie będę już przenigdy twoją córką… Z nami koniec, Królu …
Lilith
podeszła do Khauriela i wzięła go za rękę.
- Chodźmy stąd – poleciła.
- Lily
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz