poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział VII


                Khauriel, Jason, Rose i ojciec Jasona – Tyler Moore udali się na cmentarz, na którym mieli się spotkać z Lilith. Anioł wyjął zza pazuchy striverę i wycelował ją w jeden z grobów. Błysnęło niebieskie światło, rozległ się donośny huk i za jego plecami pojawiła się Lilith.
- Cześć, skarbie – powiedziała Lilith uśmiechając się.
- Hej – odpowiedział anioł. – Poznaj moich towarzyszy : Jasona i Tylera. Są oni krewnymi uprowadzonego łowcy. Rose już znasz…
- Cześć, chłopcy – powiedziała radośnie Lilith, a po chwili dodała  – cześć, Rose.
- Hej – odpowiedziała  Rose.
- Czego się dowiedziałaś? – zapytał anioł.
- Wiem, gdzie jest przetrzymywany –odpowiedziała demonica. – Możemy się tam udać w każdej chwili, nawet teraz. Będzie to jednak bardzo, ale to bardzo trudne i niebezpieczne. Będziemy potrzebowali mnóstwo broni, sprytu i szczęścia... I porządnego planu. Stawka jest bardzo wysoka.  Śmierć to najmniejsza kara, która może nas spotkać, jak coś pójdzie nie tak i Marcus stanie nam w drogę.  Khaurielu, podaj mi Striverę.
- Po co? – zapytał Khauriel wyciągając zza pazuchy striverę.
- Musimy się teleportować w miejsce bazy Marcusa, a ja nie potrafię ci wytłumaczyć jak tam dotrzeć przez za dużo zabezpieczeń. Tym razem ja teleportuję nas striverą. Zaufaj mi…
- No dobra – Khauriel wręczył Lilith striverę, po czym powiedział do reszty towarzyszy  – złapcie się Lilith!
                Wszyscy wykonali posłusznie polecenie anioła. Teleportowali się.  Cela była nieduża, zbyt mała dla pięciu osób. Ciężkie, wilgotne powietrze starych murów drażniło nozdrza. Światło przedzierające się przez wysoko umieszczone i zabite stalowymi kratami okienko oświetlało środek celi, a reszta przestrzeni była spowita przez ponury półmrok. Dwie dwupiętrowe prycze były ustawione po lewej stronie od wejścia. Na jednej z nich spał dwunastolatek.  Miał krótkie, blond włosy. Był wychudzony, przeraźliwie blady i miał spore rozcięcie na policzku. Był to Seamus. Rose zabrała Khaurielowi striverę, podeszła do chłopca i zaczęła go badać. Dotknęła pościeli. Była szorstka i drapiąca, zrobiona z dziwnego materiału, najprawdopodobniej lnu.
                Po prawej stronie od wejścia mieściła się malutka łazieneczka, odgrodzona gipsową ścianą, lekko już zapleśniałą. Miejscami na ścianach była zaschnięta krew. Mogło to oznaczać, że doszło tu kiedyś do bójki.
- Jest chory – powiedziała nagle Rose. – Ale przeżyje.
                Anielica pochyliła się nad Seamusem i przytuliła go. Otoczyła ich złota mgła uzdrawiającej energii. Po chwili mgła zniknęła, Rose odeszła od chłopca, a on otworzył oczy, usiadł na łóżku i rozejrzał się wokoło.
- Tata! – krzyknął, po czym wstał z łóżka, podbiegł do ojca i przytulił się do niego, a Tyler wziął go na ręce.
- Kocham cię, synku – powiedział mężczyzna.
- Ja ciebie też – odpowiedział chłopiec.
                Tyler odstawił go na ziemię, a Seamus podszedł do starszego brata i się do niego przytulił, a Jason zmierzwił mu włosy. Lilith podeszła do drzwi od celi i przyjrzała się dokładnie zamkowi.
- Khaurielu, podaj mi striverę – powiedziała. – Otworzę nią drzwi.
- Nie możemy się po prostu stąd deportować? – zapytał anioł.
- Co się z tobą dzieje, skarbie? – Lilith odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Chodźmy zabić kilka demonów! Zabawmy się!
- No dobra – odpowiedział anioł po chwili namysłu, po czym  podał demonicy striverę.
- Wiedziałam, ze cię przekonam! – Lilith klasnęła w dłonie, po czym otworzyła drzwi za pomocą strivery.
                Wszyscy wyszli na korytarz. Gdy tylko znaleźli się poza celą zastali otoczeni przez demony. Było ich siedmiu. Lilith wyjęła zza pazuchy sztylet i zabiła nim wszystkie demony po kolei.
- To było niezłe – pochwalił ją Jason.
- Dzięki –odpowiedziała demonica i uśmiechnęła się szeroko, po czym odwróciła się za siebie. Kilka metrów od niej stał jej ojciec. – Ups, chyba zabiłam twoje demony, tatusiu…
Marcus podszedł szybkim krokiem do córki. Był wściekły, przez co był jeszcze bardziej niebezpieczny niż zazwyczaj.
- Co to ma do cholery być?! – wrzasnął. – Czemu zabijasz moje demony?! Moich żołnierzy?!
- To jedyne co umiem robić – odpowiedziała spokojnym głosem demonica. – Jedyne, co umiem to zabijać… A przynajmniej to jedyna rzecz, której mnie nauczyłeś…
- Bo masz zabijać!  Ale nie swoich sojuszników, tylko ich! – Król piekła wskazał na Khauriela i jego przyjaciół.- To oni są prawdziwymi wrogami!
- Nie – odpowiedziała Lilith, a jej głos był chłodny i opanowany. – To są moi przyjaciele.
- Jesteś chora – powiedział zimnym głosem Marcus.
- Nie tak bardzo  jak ty, ojcze – odpowiedziała Lilith.
- Nie tak cię wychowałem…
- Szkolenie córki na zabójczynię nie jest wychowywaniem – zaprzeczyła demonica. – Nauczyłeś mnie jak zabijać, a nie jak żyć… To jest zasadnicza różnica…
- Twoim zadaniem nie jest przeżywanie swojego życia, tylko odbieranie go innym …
- Czemu? Bo ty tak każesz? – Księżniczka Piekła wybuchnęła śmiechem. – Mam prawo robić co chcę… Będę zabijała, bo tylko to umiem, ale to ja będę decydowała kogo zabiję, a kogo nie … Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli wspólnego wroga mogę zawrzeć z tobą sojusz, mogę torturować innych dla ciebie, mogę zawrzeć dla ciebie pakty, mogę nawet dla ciebie zabijać, ale tylko wtedy gdy będę miała na to ochotę, bo nie jestem już twoją córką… Jesteś dla mnie martwy… Jesteś dla mnie nikim… Nie mam już ojca… Mogę nawet stworzyć dla ciebie armię, ale nie będę już przenigdy twoją córką… Z nami koniec, Królu …
                Lilith podeszła do Khauriela i wzięła go za rękę.

- Chodźmy stąd – poleciła.


- Lily

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz