sobota, 28 marca 2015

Rozdział VI

Amy wyszła ze szkoły. Był piękny zimowy dzień. Pożegnała się po kolei ze swoimi przyjaciółkami.
- Wszystko w porządku? – zapytała nagle Julia.
- Tak – skłamała gładko Amy. – Wszystko jest źle, tragicznie, fatalnie, mam dość, mam depresję, nie chcę wracać do tego domu, zaraz się rozpłaczę, nie wiem, ile czasu zdołam jeszcze tak żyć świetnie!
- To dobrze – powiedziała Julia i uściskała przyjaciółkę serdecznie. – Do jutra!
- Pa! – odpowiedziała Amy.
Przy przyjaciółkach Amy zawsze była radosna.
Przy przyjaciółkach Amy zawsze była optymistką.
 Przy przyjaciółkach Amy nigdy nie płakała.
 Przy przyjaciółkach Amy ciągle się śmiała.
Najlepsze przyjaciółki Amy nie miały o niczym pojęcia. Nie miały pojęcia jak wielki ból odczuwa Amy. Nie wiedziały jak bardzo jest samotna. Nie miały pojęcia, że jak jest w domu przez cały czas płacze. Nie miały pojęcia, że poza nimi nie ma nikogo.
Przyjaciółki były dla Amy jak siostry. Jak prawdziwa, kochająca rodzina, której Amy nigdy nie miała. Rodzice dziewczyny nigdy nie przebywali w domu. Nie wracali do niego. Nie chcieli w nim przebywać. Z ich domem wiązało się za dużo wspomnień. Powracanie do domu by zrobić w nim  coś więcej niż zjedzenie obiadu lub pójście spać było dla nich zbyt trudne i bolesne. Zapomnieli jednak o pewnym małym szczególiku. Amy nie pracowała 24h/7. Amy przebywała w domu przez sporą część czasu. Dla niej powracanie do domu było tak samo bolesne jak dla nich. Jednak ona powracała do tego zimnego, wielkiego, nawiedzonego domu, w którym wydarzyło się tak dużo złych rzeczy. Jej dom był jej własną samotnią.
To wszystko wydarzyło się dwa lata temu. Amy i jej rodzice od zawsze mieszkali w nawiedzonym domu. Pod jednym dachem z poltergeistem. Wredny  i okrutny duch często ich krzywdził. Amy urodził się młodszy brat. Bardzo go kochała. Był oczkiem w głowie jej i jej rodziców.
Pewnego dnia poltergeist go zabił. Chłopiec zasnął i już więcej się nie obudził. Magiczna sekcja zwłok wykazała, że zginął on  przez złego ducha.
Od tej pory nic nie było już takie jak kiedyś. Rodzice Amy zaczęli coraz bardziej się od siebie oddalać. Zaczęli więcej pracować, by unikać się wzajemnie i już nie wracać do tego domu.
Próbowali wyprowadzić się z tego domu, ale duch nie był przywiązany do domu, lecz do rodziny.
Amy otworzyła bramkę, weszła do ogrodu, zamknęła bramkę za sobą, przeszła przez ogród i wyjęła klucz. Otworzyła nim drzwi.
- Jest tu ktoś?! – krzyknęła. – Ktokolwiek?!
Cisza. Amy wiedziała, że nikogo nie będzie w tym zimnym, ciemnym, nawiedzonym domu. Nigdy w nim nikogo nie ma. Rozczarowanie i tak zapiekło ją w gardle, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Miała już tego dosyć. Miała już tego śmiertelnie dość.
W tym domu nigdy nikogo nie było. Nikt nigdy się o nią nie troszczył. Nie wiedziała ile jeszcze czasu zdoła tak żyć. Z jednej strony przebywanie w tym domu było dla niej koszmarem, ale z drugiej strony nie mogła z niego wyjść. Nie miałaby dokąd się udać.
Jej najlepsze przyjaciółki spędzały czas ze swoimi rodzinami albo w miejscach publicznych. Nie były jakoś bardzo popularne, ale ludzie przynajmniej ich nie nienawidzili. Za to Amy była nienawidzona przez swoją całą szkołę. Powodów było mnóstwo, Amy znała część z nich. Głównym powodem, dla którego ludzie ją prześladowali było to, że była sobą. Poza tym ludzie nie potrafili jej wybaczyć tego, że gdy przeprowadziła się z rodzicami na pewien czas, od razu po śmierci jej brata do sąsiedniej krainy chodziła do konkurencyjnej szkoły.
Amy była inna. Była inna od dziecka. Jej moc nie polegała na umiejętności rzucania zaklęć. Nigdy w życiu nie udało jej się rzucić ani jednego zaklęcia. Zwyczajnie nie miała magicznej mocy. Jej dar polegał na czymś innym. Amy kontrolowała żywioły.
Właściwie to określenie „ Amy kontrolowała żywioły” było nie do końca prawdziwe. Nastolatka nie potrafiła zapanować nad swoją mocą. Jak była zła wybuchał pożar, jak była smutna  Sidrat był zalewany przez powódź, jak była przestraszona zrywała się wichura, jak traciła grunt pod nogami następowało trzęsienie ziemi.
Nikt nie potrafił jej pomóc. Wszyscy poza jej przyjaciółkami, włącznie z większością nauczycieli nienawidzili jej i bali się jej. Nie byli w stanie się nauczyć, że szydzenie z niej sprawia jej ból, a jej ból prowadził do nadnaturalnych katastrof naturalnych.
Przez ciągłą huśtawkę nastrojów, którą fundowali dziewczynie inni ludzie w Sidracie miliony ludzi traciło dach nad głową. Wiele ludzi chciało jej śmierci. Jednak jako dziewczyna z wyjątkowym darem była chroniona przez władze. Każdy, kto spróbowałby dokonać takiego czynu zostałby natychmiast unicestwiony.
*
Następnego dnia była sobota. Amy poszła jednak do szkoły. Nie po to, by się uczyć, ale po to, by to wszystko się wreszcie skończyło. Weszła na dach Instytutu . Jej życie nie miało już żadnego sensu. Chciała je jak najszybciej zakończyć. Miała na sobie długą, krwistoczerwoną suknię. Wiatr rozwiewał jej czarne jak heban włosy. Czarownica ostatni raz spojrzała na Miasto Czarów w którym dorastała.
- Żegnaj świecie! – krzyknęła, po czym skoczyła z dachu i roztrzaskała się na ziemi.







- Lily

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz