czwartek, 27 lutego 2014

Łapa:Chwila z wakacji huncwotów



Wiem, że dziwnie tak każde opowiadanie pisać o czymś zupełnie innym, ale na razie jakoś nie potrafię zdecydować się na konkretny temat ;).
ŁAPA

............

-Pościg trwał godzinę i kiedy wydawało się, że nic z tego nie będzie udało się. Zbrodniarze zostali schwytani. Dziwne. Wydawało się, że nie schwytamy ich nigdy, a tu...nagle się poddali...i nie wydają się szczególnie przygnębieni....ich zachowanie jest dziwne...jakby mieli nas wszystkich w....w poważaniu...no, może nie wszyscy, ale dwoje z nich na pewno.
-Ilu ich jest?
-Czterech.
-Jak się nazywają?
-Niestety nie wiem...choć słyszałem, że jednego nazwali Lunatykiem, ale to chyba nie imie...
-Ile mają lat?
-Hmmm...około 17, może 18...
-Może? Nie zapytałeś?
-Zapytałem...naturalnie, że zapytałem.
-I co, nie uzyskałeś odpowiedzi?
-Uzyskałem...właściwie to nie...a może tak...raczej uzyskałem...ale...hmmm...nie jestem pewny czy powiedział to do mnie...to brzmiało jak fragment piosenki...,,Nie odpowiem ci, bo nie jestem taka łatwa, może kiedyś powiem ci, ale teraz daj mi jabłka"...no, ale to był chłopak...i w dodatku tak dziwnie tańczył kiedy to...zaśpiewał...
-I pozwoliłeś sobie na to? Ty? I pomyśleć, że zamierzałem dać ci awans, Stewert.
Stewert spłonął rumieńcem i spuścił wzrok.
-Przepraszam.
-Ilu miałeś ze sobą ludzi?
-Dwudziestu, komendancie.
-A ich było...czterech, tak?
-Tak
-Jaką mieli broń?
-Niemieli...żadnej.
Komendant nie wytrzymał dłużej.
-CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ! POZWALASZ SOBIE DAWAĆ W PYSK BANDZIE NASOLATKÓW! NIEWIADOMO, CZY WOGULE SĄ JUŻ PEŁNOLETNI! - zaczerpnął głośno powietrze, po czym dodał przez zaciśnięte zęby-Przyprowadź ich tu...albo nie, sam do nich pójdę...tak, tak będzie lepiej, bo jeszcze okaże się, że musisz ich tu przynieść na plecach.
Młody policjant czując się beznadziejnie, w milczeniu zaprowadził komendanta do zaaresztowanych, po czym zatrzymał się przed celą i przysiadł na drewnianym krześle, aby znaleźć się w bezpiecznej odległości.
Mężczyzna wszedł bezceremonialnie do celi i przystanął na chwilę gdyż złość zasiliła się, kiedy zobaczył, że tylko jeden z zatrzymanych został zakuty kajdankami, właściwie to przykuty do kaloryfera, a pozostała trójka jak gdyby nigdy nic, układa domek z kart.
-Yhm...yhm - odchrząknął, aby upewnić się, że jego przyjście zostało zauważone.
Tylko ten chłopak przykuty do kaloryfera, najgrubszy z całej czwórki wlepił w niego wzrok. Jeszcze blondyn spojrzał na niego przelotnie, jakby z lekką obawą, ale niemal od razu odwrócił się z powrotem do kolegów, trochę bardziej czerwony niż przed chwilą. Oni zaś nieprzejęci, sprawiający wrażenie lekko znużonych nadal układali karty. W tym momencie do celi wszedł kolejny policjant, lekko zdyszany.
-Usłyszałem, że znajdę pana tutaj, komendancie.
Wyciągnął niewielką, brązową skrzyneczkę pełną różnych przedmiotów.
-Przeszukaliśmy ich. Mieli przy sobie tylko to...niech pan obejrzy...
Komendant wziął do ręki skrzyneczkę. Były w niej cztery cienkie, wypolerowane patyczki, oraz kilka podejrzanie wyglądających papierków zawierających w sobie coś, co przypominało okrągłe cukiereczki. Nie wiedział do czego mogłyby się przydać tak dziwne przedmioty.
-Spójrzcie na mnie. NATYCHMIAST! ODWRÓĆCIE DO MNIE SWOJE BEZCZELNE TWARZE!- wziął głęboki oddech, po czym oświadczył spokojnie-Liczę do trzech. Raz...dwa...i ostatnie...TRZY...
Zamilkł. Chłopacy spojrzeli na niego ciekawi co się stanie.
Komendant spojrzał na nich jak na coś obrzydliwego.
-Jesteście dla mnie jak szczury...
-Słyszałeś Glizdogonie, to było do ciebie-krzyknął ten w okularach mający rozczochrane, czarne włosy.
-Właśnie, jak szczury-powiedział drugi ciemnowłosy, chłopak z włosami do ramion, po czym pokiwał głową ze zrozumieniem-To było naprawdę piękne, powinien pan to gdzieś sobie zapisać...oj tak, to dobry pomysł...
-Pisał pan może kiedyś wiersze? - kontynuował poprzedni - Jeśli nie, powinien pan nad tym pomyśleć...Może chociaż jakieś prozy...
Komendant popatrzył na niego z niedowierzeniem.
-...no to może chociaż jakieś fraszki?
Komendant wstrzymał powietrze, aby po chwili głośno je wypuścić.
-Też nie? To ja już naprawdę nie wiem jak panu dogodzić...Masz jakiś pomysł, Łapo?
-Mnóstwo... mnóstwo...Pamiętasz jak wspominałeś, że chętnie odwiedziłbyś starą panią Mirtenweigs? Jestem za.-odpowiedział lekko zamyślony.
-Łapo! Rogaczu! Opanujcie się trochę...-wyszeptał blondyn widząc jak twarz komendanta zmienia kolor na purpurowy.
-Strach cię przeleciał Luniuniunio? Boisz się jakiegoś starego mugola?
Chłopak nazwany "Rogaczem" ziewnął szeroko w tym czasie, a domek ułożony z kart wybuchł rozrzucając karty na wszystkie strony.
-Lunio ma rację, spadajmy już stąd-spojrzał na zegarek-Za godzinę muszę być w domu. Dzisiaj na kolacje przychodzą do nas znajomi rodziców. Przygotuje dla nich niespodziankę...
I nagle trzasnęło, huknęło i kilka rzeczy stało się w tym samym momencie chłopak w okularach podbiegł i wyrwał skrzyneczkę z rąk komendanta szepcząc ,,Żegnaj, Amigo" a pozostała dwujka okręciła się w miejscu i zniknęła, sekundę później to samo zrobił chłopak ze skrzyneczką.
 
Po chwili pojawili się trzy ulice dalej, przed zamkniętym już o tej godzinie sklepikiem spożywczym.
-Cholera, zapodział się nam Glizduś.- zauważył Rogacz
-Ach...tego to na sekundę nie można spuszczać z oka...jak dziecko...naprawdę, jak dziecko.-westchnął Łapa.
-To co robimy? - spytał zaniepokojony Lunatyk-Chyba go tam nie zostawimy, co?
-Czemu nie? - zapytał Rogacz - Hmmm....Jak sądzisz Łapo?
-Tak, masz racje. Nie chce mi się już oglądać tych mugoli. Znudziło mi się.
Po czym odwrócili się i odeszli pozostawiając Lunatyka, w którym walczyły różne emocje. Po chwili zdecydował, że nie potrafi tak zostawić przyjaciela.
-Dlaczego zawsze to ja muszę być tym odpowiedzialnym? - westchnął, te słowa najwyraźniej skierowane były do samego siebie - Accio różdżka.
Różdżka wyleciała ze szkatułki trzymanej przez Rogacza i przyleciała do swojego właściciela.
Lunatyk zrezygnowany zdeportował się z cichym trzaskiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz