Wiem, że dziwnie tak każde opowiadanie pisać o czymś zupełnie innym, ale na razie jakoś nie potrafię zdecydować się na konkretny temat ;).
ŁAPA
............
-Pościg trwał godzinę
i kiedy wydawało się, że nic z tego nie będzie udało się. Zbrodniarze zostali schwytani.
Dziwne. Wydawało się, że nie schwytamy ich nigdy, a tu...nagle się poddali...i
nie wydają się szczególnie przygnębieni....ich zachowanie jest dziwne...jakby
mieli nas wszystkich w....w poważaniu...no, może nie wszyscy, ale dwoje z nich
na pewno.
-Ilu ich jest?
-Czterech.
-Jak się nazywają?
-Niestety nie wiem...choć
słyszałem, że jednego nazwali Lunatykiem, ale to chyba nie imie...
-Ile mają lat?
-Hmmm...około 17,
może 18...
-Może? Nie zapytałeś?
-Zapytałem...naturalnie,
że zapytałem.
-I co, nie uzyskałeś
odpowiedzi?
-Uzyskałem...właściwie
to nie...a może tak...raczej uzyskałem...ale...hmmm...nie jestem pewny czy
powiedział to do mnie...to brzmiało jak fragment piosenki...,,Nie odpowiem ci,
bo nie jestem taka łatwa, może kiedyś powiem ci, ale teraz daj mi
jabłka"...no, ale to był chłopak...i w dodatku tak dziwnie tańczył kiedy
to...zaśpiewał...
-I pozwoliłeś sobie
na to? Ty? I pomyśleć, że zamierzałem dać ci awans, Stewert.
Stewert spłonął
rumieńcem i spuścił wzrok.
-Przepraszam.
-Ilu miałeś ze sobą
ludzi?
-Dwudziestu,
komendancie.
-A ich
było...czterech, tak?
-Tak
-Jaką mieli broń?
-Niemieli...żadnej.
Komendant nie
wytrzymał dłużej.
-CO TY SOBIE
WYOBRAŻASZ! POZWALASZ SOBIE DAWAĆ W PYSK BANDZIE NASOLATKÓW! NIEWIADOMO, CZY
WOGULE SĄ JUŻ PEŁNOLETNI! - zaczerpnął głośno powietrze, po czym dodał przez
zaciśnięte zęby-Przyprowadź ich tu...albo nie, sam do nich pójdę...tak, tak
będzie lepiej, bo jeszcze okaże się, że musisz ich tu przynieść na plecach.
Młody policjant
czując się beznadziejnie, w milczeniu zaprowadził komendanta do
zaaresztowanych, po czym zatrzymał się przed celą i przysiadł na drewnianym
krześle, aby znaleźć się w bezpiecznej odległości.
Mężczyzna wszedł
bezceremonialnie do celi i przystanął na chwilę gdyż złość zasiliła się, kiedy
zobaczył, że tylko jeden z zatrzymanych został zakuty kajdankami, właściwie to
przykuty do kaloryfera, a pozostała trójka jak gdyby nigdy nic, układa domek z
kart.
-Yhm...yhm - odchrząknął,
aby upewnić się, że jego przyjście zostało zauważone.
Tylko ten chłopak
przykuty do kaloryfera, najgrubszy z całej czwórki wlepił w niego wzrok.
Jeszcze blondyn spojrzał na niego przelotnie, jakby z lekką obawą, ale niemal
od razu odwrócił się z powrotem do kolegów, trochę bardziej czerwony niż przed
chwilą. Oni zaś nieprzejęci, sprawiający wrażenie lekko znużonych nadal
układali karty. W tym momencie do celi wszedł kolejny policjant, lekko
zdyszany.
-Usłyszałem, że
znajdę pana tutaj, komendancie.
Wyciągnął niewielką,
brązową skrzyneczkę pełną różnych przedmiotów.
-Przeszukaliśmy ich.
Mieli przy sobie tylko to...niech pan obejrzy...
Komendant wziął do
ręki skrzyneczkę. Były w niej cztery cienkie, wypolerowane patyczki, oraz kilka
podejrzanie wyglądających papierków zawierających w sobie coś, co przypominało
okrągłe cukiereczki. Nie wiedział do czego mogłyby się przydać tak dziwne
przedmioty.
-Spójrzcie na mnie.
NATYCHMIAST! ODWRÓĆCIE DO MNIE SWOJE BEZCZELNE TWARZE!- wziął głęboki oddech,
po czym oświadczył spokojnie-Liczę do trzech. Raz...dwa...i ostatnie...TRZY...
Zamilkł. Chłopacy
spojrzeli na niego ciekawi co się stanie.
Komendant spojrzał na
nich jak na coś obrzydliwego.
-Jesteście dla mnie
jak szczury...
-Słyszałeś
Glizdogonie, to było do ciebie-krzyknął ten w okularach mający rozczochrane,
czarne włosy.
-Właśnie, jak
szczury-powiedział drugi ciemnowłosy, chłopak z włosami do ramion, po czym pokiwał
głową ze zrozumieniem-To było naprawdę piękne, powinien pan to gdzieś sobie
zapisać...oj tak, to dobry pomysł...
-Pisał pan może
kiedyś wiersze? - kontynuował poprzedni - Jeśli nie, powinien pan nad tym
pomyśleć...Może chociaż jakieś prozy...
Komendant popatrzył
na niego z niedowierzeniem.
-...no to może
chociaż jakieś fraszki?
Komendant wstrzymał
powietrze, aby po chwili głośno je wypuścić.
-Też nie? To ja już
naprawdę nie wiem jak panu dogodzić...Masz jakiś pomysł, Łapo?
-Mnóstwo... mnóstwo...Pamiętasz
jak wspominałeś, że chętnie odwiedziłbyś starą panią Mirtenweigs? Jestem
za.-odpowiedział lekko zamyślony.
-Łapo! Rogaczu!
Opanujcie się trochę...-wyszeptał blondyn widząc jak twarz komendanta zmienia
kolor na purpurowy.
-Strach cię
przeleciał Luniuniunio? Boisz się jakiegoś starego mugola?
Chłopak nazwany
"Rogaczem" ziewnął szeroko w tym czasie, a domek ułożony z kart
wybuchł rozrzucając karty na wszystkie strony.
-Lunio ma rację,
spadajmy już stąd-spojrzał na zegarek-Za godzinę muszę być w domu. Dzisiaj na
kolacje przychodzą do nas znajomi rodziców. Przygotuje dla nich
niespodziankę...
I nagle trzasnęło,
huknęło i kilka rzeczy stało się w tym samym momencie chłopak w okularach
podbiegł i wyrwał skrzyneczkę z rąk komendanta szepcząc ,,Żegnaj, Amigo" a
pozostała dwujka okręciła się w miejscu i zniknęła, sekundę później to samo
zrobił chłopak ze skrzyneczką.
Po chwili pojawili
się trzy ulice dalej, przed zamkniętym już o tej godzinie sklepikiem
spożywczym.
-Cholera, zapodział
się nam Glizduś.- zauważył Rogacz
-Ach...tego to na
sekundę nie można spuszczać z oka...jak dziecko...naprawdę, jak
dziecko.-westchnął Łapa.
-To co robimy? - spytał
zaniepokojony Lunatyk-Chyba go tam nie zostawimy, co?
-Czemu nie? - zapytał
Rogacz - Hmmm....Jak sądzisz Łapo?
-Tak, masz racje. Nie
chce mi się już oglądać tych mugoli. Znudziło mi się.
Po czym odwrócili się
i odeszli pozostawiając Lunatyka, w którym walczyły różne emocje. Po chwili
zdecydował, że nie potrafi tak zostawić przyjaciela.
-Dlaczego zawsze to
ja muszę być tym odpowiedzialnym? - westchnął, te słowa najwyraźniej skierowane
były do samego siebie - Accio różdżka.
Różdżka wyleciała ze
szkatułki trzymanej przez Rogacza i przyleciała do swojego właściciela.
Lunatyk zrezygnowany zdeportował się z cichym
trzaskiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz