Szedłem powoli wzdłuż ulicy Martewii. Raz jeszcze wyciągnąłem z kieszeni
zaproszenie, które przyniosła mi sowa trzy tygodnie temu, zaproszenie na ślub,
ślub Rona i Hermiony. Doznałem lekkiego wstrząsu po dostarczeniu przez sowę
listu, gdyż moi przyjaciele nie wspominali w moim towarzystwie nic o żadnym
ślubie. Wprawdzie spodziewałem się tego, ale jeszcze nie teraz...dopiero za
jakiś czas.
Oczywiście cieszyłem się, że wreszcie Hermiona odpowiedziała ,,Tak" na zaręczyny Rona...ale ich ślub jest czymś w rodzaju przełomu. Zmiany pary kochasiów na żonę i męża, za czym idzie wspólne mieszkanie, odpowiedzialność i planowanie dzieci.
A Ginny na pewno pomyśli, że skoro oni...to ona i Ja...konkretne plany.
Nie byłem pewny czy jestem gotowy na coś takiego.
Trudno, co ma być to będzie.
Udałem się do Nory. Podejrzewam, że śluby w tamtym miejscu należą już do tradycji. Najpierw Fleur i Bill, później Goeorge i Angelina, Percy i Audrey, a teraz Ron i Hermiona...Być może pani Weasley, ze swoim doświadczeniem, niedługo otworzy dom Weselny? Tak to dobry pomysł...muszę się jej to zaproponować. Stanąłem na ganku przez chwilę nie wiedząc co zrobić, jakoś wcześniej nie miałem z tym problemu, zawsze wchodziłem bez uprzedzenia, czy choćby zapukania do drzwi. Kiedy już wyciągałem rękę w kierunku klamki, drzwi nagle otworzyły się tak gwałtownie, źe musiałem szybko odskoczyć w tył, aby nie oberwać nimi w głowę.
-Ojjj przepraszam cię kochaneczku, nie powinieneś tak się skradać! Stać pod drzwiami i czekać aż akurat wyskoczę z domu! - pani Weasley naskoczyła na zdziwionego mnie, po czym wzięła mnie w objęcia i wycałowała pośpiesznie, po czym pobiegła w stronę kurnika krzycząc-Wejdź do środka! Ginny już na ciebie od dawna czeka!
Wszedłem zastanawiając się, czy powinienem zamknąć drzwi, czy może zostawić je otwarte dla pani Molly. Ostatecznie przymknąłem je i po odwróceniu się rozglądnąłem po wnętrzu.
Dom był bardzo ładnie przyozdobiony, nie tylko z zewnątrz, ale także w środku, choć w pokoju panował lekki nieład, który tworzyły porozrzucane tu i ówdzie bliżej niezidentyfikowane przedmioty, których z pewnością nie powinno tu być. Na kuchence właśnie kipiała zawartość wielkiego garnka i kiedy tylko to zauważyłem, natychmiast doskoczyłem do kuchenki łapiąc po drodze łyżkę i starając się opanować sytuację. Kiedy zamieszanie zawartości garnka nic nie pomogła złapałem go, żeby odstawić na bok, na zlew, ale odwracając się zauważyłem...ją. Ze stromych schodów właśnie zeszła miłość mojego życia i po spojrzeniu na mnie stojącego w lekkim rozkroku, z rumieńcami na twarzy, rozczochraną czupryną i lekko przekrzywionymi okularami pochylonego nad przenoszonym właśnie garnkiem, zaśmiała się uroczo zakrywając usta dłonią, po czym ruszyła ku mnie, aby się przywitać. A ja jak zawsze po zobaczeniu jej, po dość długim rozstaniu zachwyciłem się jej pięknem i zastygłem na chwilę zapatrzywszy się na nią, co skutek miało taki, że połowa wrzącej zawartości garnka wylało się na moją koszulę i spodnie, a ja upuściłem go na ziemię krzyknąwszy krótko. Ginny, teraz z lekko zaniepokojoną miną natychmiast wyjęła różdżkę i jednym, krótkim machnięciem odstawiła garnek na zlew i wysuszyła moje ubrania. Skóra jednak wciąż była poparzona, a ona najwidoczniej nie znała zaklęcie, które mogłoby mi pomóc, więc poparzoną dłonią wyciągnąłem z kieszeni swoją różdżkę i wyszeptałem zaklęcie, które przyniosło mi lekką ulgę i nieco poprawiło stan poparzeń. Dopiero bardziej doświadczonej w tych sprawach pani Weasley udało się całkowicie usunąć rany.
-Zawsze coś...zawsze, wiesz Harry, bez ciebie ten świat byłby sto razy nudniejszy. Pamiętasz jak przy twojej ostatniej wizycie musieliśmy ewakuować wszystkich z domu i gasić go przez następne kilkanaście minut???-powiedziała rozbawiona Ginny.
Pamiętałem to bardzo dobrze, ale stwierdziłem że nie ma sensu podejmować rozmowy na ten temat. Pani Weasley biegała w tą i w tamtą co chwila przypominając sobie o nowych, niezrobionych rzeczach mamrocąc pod nosem coś w stylu ,,Jak zwykle wszystko na ostatni moment, WSZYSTKO..." albo ,,No doprawdy to nie to...nie tak powinno być...a mam tak mało czasu!". Widząc, że pani Weasley jest teraz całkowicie odizolowała się od reszty, będąc w swoim światku, w którym największym problemem był kolor firanek, lub nieodpowiedni wzór na talerzach stwierdziłem, że w żadem sposób nie jesteśmy w stanie jej pomóc ani ja ani Ginny, ani nikt inny.
-Chodźmy stąd...nie przydamy się tu nikomu - szepnąłem do ucha swojej ukochanej.
Ona kiwnęła głową. Chwyciłem jej dłoń i wyprowadziłem z domu.
-Tam gdzie zawsze? - zapytała
-Tak, właśnie tam.
Po czym oboje ruszyliśmy przed siebie gawędząc o mało istotnych rzeczach. Było nam razem bardzo przyjemnie. Trudno powiedzieć jak długo tak szliśmy, ale po jakimś czasie naszym oczom ukazał się cel wędrówki. Weszliśmy na przepiękną łączkę pachnącą wieloma wspaniałymi kwiatami, gdzie jeden piękniejszy był od drugiego. Różniły się od siebie barwą, wielkością kształtem, wonią. Wszystkie były wspaniałe. Pośrodku przepływał niewielki strumyczek, woda będąca w nim wydawała przyjemny dla ucha, cichutki szelest. Po drugiej stronie rosło potężne, rozłożyste drzewo, na którym jakieś małe, niebieskie ptaszki stworzyły sobie gniazdko.
Przychodziliśmy tu dość często, bo Ginny uwielbiała uwielbiała to miejsce i ja zresztą też. Godzinami leżeliśmy tu na ziemi patrząc w niebo i marząc o wspólnie spędzonej przyszłości w szczęściu i miłości. Ona czuła się kochana przeze mnie, a ja czułem się kochany przez nią. Podobnie było i tym razem, choć ze wszystkich spędzonych tu popołudni to właśnie to wspominam najgorzej.
Po zobaczeniu łączki Ginny natychmiast puściła moją dłoń i szeroko się uśmiechając pobiegła do przodu, po to aby po chwili wyciągnąć się wygodnie na trawie. Zaraz znalazłem się obok niej. Położyła głowę na moim ramieniu wtulając się w nie. Zamknęła oczy, ciągle się uśmiechając. Jak zawsze w takich momentach nie wiedziałem co powinienem powiedzieć, więc tylko objąłem ją, a drugą rękę wsunąłem sobie pod głowę.
-Wiedziałam, że zjawisz się już dzisiaj.
-Ron mówił, że wróciłaś wczoraj, chciałem się z tobą spotkać.
-Więc dlaczego nie przyszedłeś już wczoraj, skoro wiedziałeś, że tu jestem? Myślałam, że jestem dla ciebie najważniejsza.
-Chciałem dać ci chwilę na odsapnięcie. Ciężko trenowałaś przez ostatni miesiąc.
-Uspokoiłeś mnie...więc chodziło tylko o to, że nie chciałeś się naprzykrzać swoim towarzystwem...rozumiem...szlachetność i te sprawy....
-Masz czasami prawo do chwili odpoczynku...beze mnie wiszącego ci na ramieniu
-Jakbym miała cię dość, zapewniam, że powiedziałabym ci o tym.
I kiedy już otwierałem usta by znowu coś powiedzieć, walnęła mnie dłonią w brzuch, żebym był cicho.
Po chwili ciszy zapytałem:
-A jak tam w pracy? Macie w najbliższym czasie jakiś mecz? Mój kolega z ministerstwa wspominał coś o rozgrywce Harpii z Holyhead z jakimiś bułgarkami...
Ginny podniosła się lekko zmieniając pozycję tak, aby widzieć moją twarz.
-Tak, niedługo będzie kolejny mecz.
-I co? Po ślubie Rona od razu znowu wyjeżdżasz???-błędnie odczytując jej minę dodał szybko-Oczywiście całkowicie to rozumiem, musisz ćwiczyć...
-Harry?
-Hm?
Spojrzała mi prosto w oczy.
-Zrezygnowałam.
-Co? Z czego zrezygnowałaś?
-Z miejsca w drużynie.
Na chwilę zaniemówiłem niedowierzając słowom, które przed chwilą usłyszałem. Widząc jej trochę smutną minę przewróciłem się na bok i umieściłem jej drobne palce między swoimi dłońmi.
-Nie zapytasz dlaczego to zrobiłam?- zagadnęła nieśmiało. Już dawno nie widziałem jej tak speszonej.
-Zapytam-odparłem szybko-Dlaczego zrezygnowałaś z quidditcha? Coś się stało? Ktoś ci coś zrobił? Na kogo mam rzucić klątwę?
Uśmiechnęła się lekko.
-Nic szczególnego się nie stało i nikt mi nic nie zrobił, chociaż nie miałabym nic przeciwko temu, jakbyś potraktował jakąś mocną klątwę tę Bartithe, obrońcę...bo ostatnio się mnie przyczepiła i była naprawdę okropna...-widząc moją gotowość dopowiedział szybko-Oczywiście tylko żartuję!
-Nie odpowiedziałaś na jedno z pytań.
-Wiem...tak sobie pomyślałam, że mam już dwadzieścia dwa lata i pora porzucić tą niestałą pracę i pomyśleć trochę bardziej poważnie o przyszłości. Przez to moje jeżdżenie po świecie widywaliśmy się coraz rzadziej i bałam się, że w końcu...coś pomiędzy nami może się złamać-wyznała.
-No coś ty! Przecież...
-...nic pomiędzy nami nigdy by się nie złamało z powodu takiej błahostki? Nie mów tak. Już zaczęliśmy się od siebie oddalać i ty na pewno to wiesz...musiałeś zauważyć.
Postanowiłem, że nie ma sensu zaprzeczać, bo to byłoby oszustwem. Zamiast tego powiedziałem:
-Ginny doceniam to co zrobiłaś. Zdaje sobie sprawę jak dużym było to dla ciebie poświęceniem i trochę szkoda, bo Harpie z Holyhead straciły naprawdę wspaniałą zawodniczkę-poczekał chwilę, aż ponownie spojrzy mu w oczy-Jesteś najpiękniejszą i najcudowniejszą kobietą jaką kiedykolwiek poznałem i kocham cię całym sercem, dlatego szanuję twoją decyzję i jeśli uważasz, że tak będzie lepiej, ja też tak uważam.-zamilkł na chwilę-Jakbyś wiedziała jaka jesteś dla mnie ważna...jak rozświetlasz mój świat...dzięki tobie on nabiera sensu i jest wspaniały. Wspanialszy niż kiedykolwiek przedtem. Naprawdę bardzo cię kocham – wyszeptał -A dzisiaj...
-Harry...
Ginny przestała na niego patrzeć. Wytrzeszczyła oczy i jej buzia otworzyła się z cichym westchnieniem. Po chwili powoli wstała i zachwiała się
-Ginny!!!-krzyknąłem przerażony i natychmiast zerwałem się na równe nogi, aby po chwili złapać ją w objęcia, kiedy upadała bezwładnie na ziemię.
.....................................................
Znalazłam temat dla siebie, którego będę się trzymać! Jeśli ktoś to przeczytał to proszę powiedzcie co myślicie na jego temat! Jest ok, czy szukać innego pomysłu na opowiadania?!
Łapa
Oczywiście cieszyłem się, że wreszcie Hermiona odpowiedziała ,,Tak" na zaręczyny Rona...ale ich ślub jest czymś w rodzaju przełomu. Zmiany pary kochasiów na żonę i męża, za czym idzie wspólne mieszkanie, odpowiedzialność i planowanie dzieci.
A Ginny na pewno pomyśli, że skoro oni...to ona i Ja...konkretne plany.
Nie byłem pewny czy jestem gotowy na coś takiego.
Trudno, co ma być to będzie.
Udałem się do Nory. Podejrzewam, że śluby w tamtym miejscu należą już do tradycji. Najpierw Fleur i Bill, później Goeorge i Angelina, Percy i Audrey, a teraz Ron i Hermiona...Być może pani Weasley, ze swoim doświadczeniem, niedługo otworzy dom Weselny? Tak to dobry pomysł...muszę się jej to zaproponować. Stanąłem na ganku przez chwilę nie wiedząc co zrobić, jakoś wcześniej nie miałem z tym problemu, zawsze wchodziłem bez uprzedzenia, czy choćby zapukania do drzwi. Kiedy już wyciągałem rękę w kierunku klamki, drzwi nagle otworzyły się tak gwałtownie, źe musiałem szybko odskoczyć w tył, aby nie oberwać nimi w głowę.
-Ojjj przepraszam cię kochaneczku, nie powinieneś tak się skradać! Stać pod drzwiami i czekać aż akurat wyskoczę z domu! - pani Weasley naskoczyła na zdziwionego mnie, po czym wzięła mnie w objęcia i wycałowała pośpiesznie, po czym pobiegła w stronę kurnika krzycząc-Wejdź do środka! Ginny już na ciebie od dawna czeka!
Wszedłem zastanawiając się, czy powinienem zamknąć drzwi, czy może zostawić je otwarte dla pani Molly. Ostatecznie przymknąłem je i po odwróceniu się rozglądnąłem po wnętrzu.
Dom był bardzo ładnie przyozdobiony, nie tylko z zewnątrz, ale także w środku, choć w pokoju panował lekki nieład, który tworzyły porozrzucane tu i ówdzie bliżej niezidentyfikowane przedmioty, których z pewnością nie powinno tu być. Na kuchence właśnie kipiała zawartość wielkiego garnka i kiedy tylko to zauważyłem, natychmiast doskoczyłem do kuchenki łapiąc po drodze łyżkę i starając się opanować sytuację. Kiedy zamieszanie zawartości garnka nic nie pomogła złapałem go, żeby odstawić na bok, na zlew, ale odwracając się zauważyłem...ją. Ze stromych schodów właśnie zeszła miłość mojego życia i po spojrzeniu na mnie stojącego w lekkim rozkroku, z rumieńcami na twarzy, rozczochraną czupryną i lekko przekrzywionymi okularami pochylonego nad przenoszonym właśnie garnkiem, zaśmiała się uroczo zakrywając usta dłonią, po czym ruszyła ku mnie, aby się przywitać. A ja jak zawsze po zobaczeniu jej, po dość długim rozstaniu zachwyciłem się jej pięknem i zastygłem na chwilę zapatrzywszy się na nią, co skutek miało taki, że połowa wrzącej zawartości garnka wylało się na moją koszulę i spodnie, a ja upuściłem go na ziemię krzyknąwszy krótko. Ginny, teraz z lekko zaniepokojoną miną natychmiast wyjęła różdżkę i jednym, krótkim machnięciem odstawiła garnek na zlew i wysuszyła moje ubrania. Skóra jednak wciąż była poparzona, a ona najwidoczniej nie znała zaklęcie, które mogłoby mi pomóc, więc poparzoną dłonią wyciągnąłem z kieszeni swoją różdżkę i wyszeptałem zaklęcie, które przyniosło mi lekką ulgę i nieco poprawiło stan poparzeń. Dopiero bardziej doświadczonej w tych sprawach pani Weasley udało się całkowicie usunąć rany.
-Zawsze coś...zawsze, wiesz Harry, bez ciebie ten świat byłby sto razy nudniejszy. Pamiętasz jak przy twojej ostatniej wizycie musieliśmy ewakuować wszystkich z domu i gasić go przez następne kilkanaście minut???-powiedziała rozbawiona Ginny.
Pamiętałem to bardzo dobrze, ale stwierdziłem że nie ma sensu podejmować rozmowy na ten temat. Pani Weasley biegała w tą i w tamtą co chwila przypominając sobie o nowych, niezrobionych rzeczach mamrocąc pod nosem coś w stylu ,,Jak zwykle wszystko na ostatni moment, WSZYSTKO..." albo ,,No doprawdy to nie to...nie tak powinno być...a mam tak mało czasu!". Widząc, że pani Weasley jest teraz całkowicie odizolowała się od reszty, będąc w swoim światku, w którym największym problemem był kolor firanek, lub nieodpowiedni wzór na talerzach stwierdziłem, że w żadem sposób nie jesteśmy w stanie jej pomóc ani ja ani Ginny, ani nikt inny.
-Chodźmy stąd...nie przydamy się tu nikomu - szepnąłem do ucha swojej ukochanej.
Ona kiwnęła głową. Chwyciłem jej dłoń i wyprowadziłem z domu.
-Tam gdzie zawsze? - zapytała
-Tak, właśnie tam.
Po czym oboje ruszyliśmy przed siebie gawędząc o mało istotnych rzeczach. Było nam razem bardzo przyjemnie. Trudno powiedzieć jak długo tak szliśmy, ale po jakimś czasie naszym oczom ukazał się cel wędrówki. Weszliśmy na przepiękną łączkę pachnącą wieloma wspaniałymi kwiatami, gdzie jeden piękniejszy był od drugiego. Różniły się od siebie barwą, wielkością kształtem, wonią. Wszystkie były wspaniałe. Pośrodku przepływał niewielki strumyczek, woda będąca w nim wydawała przyjemny dla ucha, cichutki szelest. Po drugiej stronie rosło potężne, rozłożyste drzewo, na którym jakieś małe, niebieskie ptaszki stworzyły sobie gniazdko.
Przychodziliśmy tu dość często, bo Ginny uwielbiała uwielbiała to miejsce i ja zresztą też. Godzinami leżeliśmy tu na ziemi patrząc w niebo i marząc o wspólnie spędzonej przyszłości w szczęściu i miłości. Ona czuła się kochana przeze mnie, a ja czułem się kochany przez nią. Podobnie było i tym razem, choć ze wszystkich spędzonych tu popołudni to właśnie to wspominam najgorzej.
Po zobaczeniu łączki Ginny natychmiast puściła moją dłoń i szeroko się uśmiechając pobiegła do przodu, po to aby po chwili wyciągnąć się wygodnie na trawie. Zaraz znalazłem się obok niej. Położyła głowę na moim ramieniu wtulając się w nie. Zamknęła oczy, ciągle się uśmiechając. Jak zawsze w takich momentach nie wiedziałem co powinienem powiedzieć, więc tylko objąłem ją, a drugą rękę wsunąłem sobie pod głowę.
-Wiedziałam, że zjawisz się już dzisiaj.
-Ron mówił, że wróciłaś wczoraj, chciałem się z tobą spotkać.
-Więc dlaczego nie przyszedłeś już wczoraj, skoro wiedziałeś, że tu jestem? Myślałam, że jestem dla ciebie najważniejsza.
-Chciałem dać ci chwilę na odsapnięcie. Ciężko trenowałaś przez ostatni miesiąc.
-Uspokoiłeś mnie...więc chodziło tylko o to, że nie chciałeś się naprzykrzać swoim towarzystwem...rozumiem...szlachetność i te sprawy....
-Masz czasami prawo do chwili odpoczynku...beze mnie wiszącego ci na ramieniu
-Jakbym miała cię dość, zapewniam, że powiedziałabym ci o tym.
I kiedy już otwierałem usta by znowu coś powiedzieć, walnęła mnie dłonią w brzuch, żebym był cicho.
Po chwili ciszy zapytałem:
-A jak tam w pracy? Macie w najbliższym czasie jakiś mecz? Mój kolega z ministerstwa wspominał coś o rozgrywce Harpii z Holyhead z jakimiś bułgarkami...
Ginny podniosła się lekko zmieniając pozycję tak, aby widzieć moją twarz.
-Tak, niedługo będzie kolejny mecz.
-I co? Po ślubie Rona od razu znowu wyjeżdżasz???-błędnie odczytując jej minę dodał szybko-Oczywiście całkowicie to rozumiem, musisz ćwiczyć...
-Harry?
-Hm?
Spojrzała mi prosto w oczy.
-Zrezygnowałam.
-Co? Z czego zrezygnowałaś?
-Z miejsca w drużynie.
Na chwilę zaniemówiłem niedowierzając słowom, które przed chwilą usłyszałem. Widząc jej trochę smutną minę przewróciłem się na bok i umieściłem jej drobne palce między swoimi dłońmi.
-Nie zapytasz dlaczego to zrobiłam?- zagadnęła nieśmiało. Już dawno nie widziałem jej tak speszonej.
-Zapytam-odparłem szybko-Dlaczego zrezygnowałaś z quidditcha? Coś się stało? Ktoś ci coś zrobił? Na kogo mam rzucić klątwę?
Uśmiechnęła się lekko.
-Nic szczególnego się nie stało i nikt mi nic nie zrobił, chociaż nie miałabym nic przeciwko temu, jakbyś potraktował jakąś mocną klątwę tę Bartithe, obrońcę...bo ostatnio się mnie przyczepiła i była naprawdę okropna...-widząc moją gotowość dopowiedział szybko-Oczywiście tylko żartuję!
-Nie odpowiedziałaś na jedno z pytań.
-Wiem...tak sobie pomyślałam, że mam już dwadzieścia dwa lata i pora porzucić tą niestałą pracę i pomyśleć trochę bardziej poważnie o przyszłości. Przez to moje jeżdżenie po świecie widywaliśmy się coraz rzadziej i bałam się, że w końcu...coś pomiędzy nami może się złamać-wyznała.
-No coś ty! Przecież...
-...nic pomiędzy nami nigdy by się nie złamało z powodu takiej błahostki? Nie mów tak. Już zaczęliśmy się od siebie oddalać i ty na pewno to wiesz...musiałeś zauważyć.
Postanowiłem, że nie ma sensu zaprzeczać, bo to byłoby oszustwem. Zamiast tego powiedziałem:
-Ginny doceniam to co zrobiłaś. Zdaje sobie sprawę jak dużym było to dla ciebie poświęceniem i trochę szkoda, bo Harpie z Holyhead straciły naprawdę wspaniałą zawodniczkę-poczekał chwilę, aż ponownie spojrzy mu w oczy-Jesteś najpiękniejszą i najcudowniejszą kobietą jaką kiedykolwiek poznałem i kocham cię całym sercem, dlatego szanuję twoją decyzję i jeśli uważasz, że tak będzie lepiej, ja też tak uważam.-zamilkł na chwilę-Jakbyś wiedziała jaka jesteś dla mnie ważna...jak rozświetlasz mój świat...dzięki tobie on nabiera sensu i jest wspaniały. Wspanialszy niż kiedykolwiek przedtem. Naprawdę bardzo cię kocham – wyszeptał -A dzisiaj...
-Harry...
Ginny przestała na niego patrzeć. Wytrzeszczyła oczy i jej buzia otworzyła się z cichym westchnieniem. Po chwili powoli wstała i zachwiała się
-Ginny!!!-krzyknąłem przerażony i natychmiast zerwałem się na równe nogi, aby po chwili złapać ją w objęcia, kiedy upadała bezwładnie na ziemię.
.....................................................
Znalazłam temat dla siebie, którego będę się trzymać! Jeśli ktoś to przeczytał to proszę powiedzcie co myślicie na jego temat! Jest ok, czy szukać innego pomysłu na opowiadania?!
Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz