wtorek, 26 sierpnia 2014

Fred, George i Huncwoci

-         Schowaj tą łajnobombę! Ktoś idzie!
-         Mam nadzieję, że to nie Snape.
-         Sprawdziłbym to na mapie Huncwotów, ale ma ją Harry.
-         Już nie – Fred i George usłyszeli za sobą znajomy głos. Należał on do ich nauczyciela obrony przed czarną magią – profesora Lupina.
-         Dzień dobry, panie profesorze – Fred starał się brzmieć jak najbardziej niewinnie.
-         Wiem, że Harry dostał od was mapę. Wiedzieliście, że Harry będzie najbezpieczniejszy w zamku, a i tak mu ją daliście i pokazaliście tajne wyjścia z zamku. Zachowaliście się ...
-         ... bardzo nieodpowiedzialnie...
-         ... i lekkomyślnie, wiemy.
-         To też, ale chodziło mi o to, że zachowaliście się jak prawdziwi Huncwoci.
-         Huncwoci? Skąd pan wie o istnieniu Huncwotów?
-         I o Mapie Huncwotów?
-         Poznał ich pan, profesorze?
-         Jestem Lunatykiem. Macie może łajnobomby?
Fred i George wytrzeszczyli na niego oczy.
-         No co? Chcę jedną wrzucić do gabinetu Filcha i jedną do lochów.
-         Do lochów? Chce pan je wrzucić do klasy Snape’a?
-         No pewnie. Muszę się tylko upewnić, że Smarkerusa nie ma w pobliżu.
Lupin wyciągnął zza pazuchy Mapę Huncwotów.
-         Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – Lupin przyjrzał się dokładnie mapie. – Czysto. Dajcie mi, to jedną wrzucę.
-         Z przyjemnością, sir.
-         Jak chcecie, to możecie nazywać mnie po imieniu. Jesteście następcami Huncwotów i macie do tego pełne prawo. Przynajmniej poza lekcjami.
***
-         Dzieci, wyprowadzamy się na jakiś czas z Nory – powiedziała pani Weasley.
-         Po co, mamusiu? – zapytała Ginny.
-         Ja i tatuś jesteśmy teraz potrzebni Dumbledore’owi. Niestety nie mogę zdradzić wam szczegółów.
-         A gdzie będziemy mieszkać? – zapytał Ron.
-         Nie mogę ci powiedzieć, bo nie jestem Strażnikiem Tajemnicy. Szalonooki nas tam zaprowadzi. Mogę tylko powiedzieć, że jest to dom Syriusza Blacka.
-         Syriusza Blacka? – Ginny zapytała przerażonym głosem.
-         Okazało się, że jest po naszej stronie i jest niewinny...
-         ... i jest ojcem chrzestnym Harry’ego – dodał Ron.
-         Skąd o tym wiesz? – zapytał Fred.
-         Harry mi o tym powiedział – powiedział wymijająco Ron.
*
-         Hej, Ron! – Syriusz wyszczerzył zęby do Rona.
-         Dzień dobry, Syriuszu – odpowiedział Ron i również się uśmiechnął. – Fajny dom.
-         Moich rodziców – Syriusz zrobił posępną minę.- Miałem nadzieję, że już nigdy do niego nie wrócę.
Ron już miał się zapytać Syriusza czemu smuci go fakt, że musiał wrócić do domu swoich rodziców, gdy nagle usłyszał za sobą znajomy głos.
-         Witaj, Ron – powiedział Lupin.
-         Dzień dobry, panie profesorze – odpowiedział Ron.
-         Mów mi Remus – odpowiedział Lupin, po czym zwrócił się do Syriusza. – Łapo, chciałeś poznać bliźniaków...
-         Tak, gdzie oni są?
-         W kuchni.
Syriusz wyszedł za Lupinem z salonu. Weszli do kuchni, w której zastali Freda i George’a rozmawiających ze sobą i śmiejących się. Po stole obok nich chodził dziwny klakson.
-         Co to jest? – zapytał Syriusz.
-         Detonator pozorujący – powiedział Fred.
-         Nasz nowy wynalazek – dodał George.
-         Na brodę Merlina ...
-         ... pan to Syriusz Black.
-         Jak panu udało się zwiać z Azkabanu?
-         Jestem niewinny i jestem animagiem. Udało mi się nie oszaleć i wymknąłem się z celi jako pies – Syriusz wzruszył ramionami. – Macie więcej wynalazków?
-         Tak – odpowiedział Fred, po czym wyjął z kieszeni mnóstwo gigantojęzycznych Toffi, krwotoczków truskawkowych i karmelków gorączkowych.
George natomiast wyjął Uszy Dalekiego Zasięgu.
-         Jesteście geniuszami! Wypróbowaliście już coś na Smarkerusie?- zapytał Syriusz z nadzieją w głosie.
-         Jeszcze nie, to jeden z nielicznych nauczycieli, któremu nie chcielibyśmy podpaść. Ale na Filchu owszem.
-         Przynajmniej jemu się oberwało – powiedział Syriusz uradowanym głosem. – Jak byłem w waszym wieku też się zajmowałem takimi rzeczami. Może i nie na taką skalę, ale stworzyłem razem z moimi przyjaciółmi magiczną mapę Hogwartu.
-         A więc jest pan huncwotem?
-         Tak.
-         Więc pan jest pewnie Łapą!
-         Tak. Lupin to Lunatyk, ja jestem Łapą, wasz rodzinny szczur -  Parszywek to Glizogon, a James Potter był Rogaczem. My czterej byliśmy przeciwko całemu światu. To były piękne czasy...
-         Dziękujemy panu bardzo za pomoc w łamaniu zasad.
-         Ta mapa jest bardzo ...
-         ... genialna...
-         ... dokładna ...
-         ... nigdy się nie myli...
-         ... i jest bardzo przydatna.
-         Nadal ją macie?
-         Nie, teraz ma ją Harry. Stwierdziliśmy, że mu się bardziej przyda ...
-         ... oczywiście bardzo ciężko nam było ją oddać...
-         Jesteście prawdziwymi Huncwotami, chłopcy. Bardziej zasługujecie na to miano niż Glizdogon. Jesteście genialni i uważam was za godnych następców mnie, Jamesa i Remusa.
-         Dziękujemy – powiedział uradowany Fred.
***
      Rozbłysnęło zielone światło.
-         Nieeeeeeeeeeeeeee !!! – Fred usłyszał pełen rozpaczy głos brata bliźniaka. Spojrzał na niego lekko zaskoczony. Potem zobaczył szlochającego Percy’ego. Następnie poczuł, że unosi się gdzieś w powietrzu, po czym stracił przytomność. Obudził się w miejscu, które przypominało mu trochę  Magiczne Dowcipy Weasleyów. Było w nim jednak biało, nie było tam półek z magicznymi gadżetami, ani George’a. Było tam mnóstwo ludzi. Nie wyglądali jednak na klientów i otaczała ich jasna poświata. Przypominali trochę hogwarckie duchy. Fred podszedł do jakiegoś mężczyzny.
-         Gdzie ja jestem? – zapytał.
-         Przykro mi, ale umarłeś – odpowiedział mężczyzna, który okazał się być Jamesem Potterem. – Trafiłeś do nieba dla czarodziejów.
-         A co z Georgem? Żyje?
-         Tak, ale jest załamany – powiedział Remus, który właśnie nadszedł. – Kompletnie załamany.
-         Remusie, ty też umarłeś?
-         Niestety. Nimfadora też, nie wiem co będzie z naszym synkiem ...
-         Nie nazywaj mnie Nimfadora! – krzyknęła Tonks, która właśnie nadeszła. – Teddym ma kto się opiekować.
-         Ja chcę do George’a ... – Fredowi zalśniły na policzkach srebrne łzy.
-         Jeszcze go kiedyś spotkasz, a jak zależy ci na tym, żeby go zobaczyć, to mam dla ciebie dobrą wiadomość – powiedział James Potter. – Możesz w każdej chwili zobaczyć przez okno to, co się dzieje na Ziemi. Możesz też go odwiedzić w jego snach. Mogę cię tego nauczyć.
-         Dziękuję – wymamrotał Fred.
-         Nie ma za co, Fred.
-         Zna pan moje imię?
-         Tak, jestem twoim fanem. Ty i twój brat jesteście urodzonymi Huncwotami. Szkoda, że nie było mi dane żyć w waszych czasach! To mogłoby być genialne połączenie. Bym wam pomógł doprowadzić do szału Umbridge!
***
Harry właśnie pokonał Voldemorta. Jednak George’a to nie obchodziło. Nic go w tej chwili nie obchodziło poza tym, że Fred umarł. Usiadł pod pierwszym lepszym drzewem w Zakazanym Lesie, oparł się plecami o jego pień i zaczął płakać. Nagle zauważył, że w trawie coś leży. Podniósł to i od razu wiedział co to jest. To był Kamień Wskrzeszenia. Obrócił go trzykrotnie. Wiedział, że to nie wskrzesi jego bliźniaka, ale chciał z nim porozmawiać i się należycie pożegnać. Udało się. Przed nim stał Fred.
-         Freddie...
-         George ...
-         ...
-         Przepraszam.
-         Za co?
-         Że cię opuściłem.
-         Przecież to nie twoja wina ...
-         Nawet się specjalnie nie broniłem ...
-         Nie miałeś szans...
-         Niestety ...
-         Moje życie straciło jakikolwiek sens, Freddie... Jak ja mam żyć, albo raczej w ogóle funkcjonować bez osoby, która mnie idealnie rozumie? Ty jedyny mnie rozumiesz, ty nadawałeś przez ten cały czas mojemu życiu jakikolwiek sens. Co ja mam teraz zrobić? Chciałbym umrzeć ...
-         Nie wolno ci tak mówić, Georgie.
-         Ale, Fred ...
-         Posłuchaj mnie, George. Musisz wytrzymać. Nie wolno ci się poddać. Masz mamę, tatę, Billa, Charliego, Percy’ego, Rona, Angelinę, Ginny, Harry’ego i wiele innych osób. Masz rodzinę i przyjaciół, którzy cię kochają i którzy cię potrzebują. Musisz dla nich żyć. Musisz dla nich być dzielny. Zawsze będziesz mógł ze mną porozmawiać za pomocą tego kamienia. Nie pozbywaj się go. Powiedz mamie, że poznałem Lily i Jamesa Potterów i Lily bardzo jej dziękuje za jej opiekę nad Harrym i obiecuje, że będzie o mnie dbała. Powiedz Harry’emu, że jego mama go pozdrawia. I że go kocha.
-         Kocham cię, Freddie ...
-         Ja ciebie też. Będę za tobą cholernie tęsknił. Ale widocznie tak musiało być ... Zawsze możesz mnie wezwać kamieniem. Chętnie z tobą porozmawiam. Prędzej czy później się spotkamy w niebie. Przecież nikt nie żyje wiecznie. Bądź dzielny. Będę cię obserwował i myślał o tobie. Muszę już iść, żegnaj George.
-         Nie odchodź, Freddie.
-         Przykro mi, ale muszę. Dumbledore mnie woła. Jeszcze się zobaczymy, obiecuję. Kocham cię.
Fred zniknął, a George poczuł jeszcze większą pustkę niż wcześniej. Zaczął płakać jeszcze bardziej.


- Lily


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz