,,Każdy człowiek jest jak Księżyc.
Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu."
-Mark Twain
Łapa
Zbliżały się
święta Bożego Narodzenia i w Hogwarcie zaczął panować świąteczny nastrój. Całą
szkołę przyozdobiono kolorowymi łańcuchami, ładnie przystrojonymi choinkami i
sztucznym śniegiem. Na lekcjach nikt nie mógł się już skupić i choć nauczyciele
starali się sprowadzić uczniów na ziemię omawiając z nimi ciężkie tematy, w
końcu musieli sie poddać i w ostatnim tygodniu odbywały sie tylko lekcje
praktyki, na których powtarzali nabytą już w tym półroczu wiedzę. Wyjątkiem
była historia magii, na której profesor Binns wciąż opowiadał o niezwykle
nudnych wydarzeniach, które miały miejsce wiele lat temu.
We wtorkowy wieczór sowa zapukała
dziobek w okno dormitorium.
-Co to? - zapytał znudzony Łapa,
leżąc leniwie od dłuższego czasu na łóżku, wpatrując się w sufit, albo swoich
przyjaciół, co nazywał ,,Procesem zabierania sił do zaczęcia odrabiania prac
domowych”. Ale najwyraźniej proces ten był dość trudny w przebiegu, bo często
kończył się niepowodzeniem - Łapa zasypiał olewając fakt, że będzie miał
zaległości.
- To sowa. Przyniosła jakiś list -
odpowiedział Peter wpuszczając do środka przemarzniętą, brązową sowę.
James spojrzał na nią.
-To nie jest przypadkiem sowa
twoich rodziców? - zapytał Syriusza.
Ten poderwał się zdziwiony.
-Taaak...jest - zmarszczył czoło.
Wiedział, że to nie mile oznaczać nic dobrego.
Odwiązał list z nóżki sowy i
odpędził ją ruchem dłoni. Pismo na drogiej, kremowej kopercie z pewnością
należało do jego matki.
-Syriusz? - zawołał Lupin, widząc
że kolega podchodzi do drzwi.
-Zaraz wracam - odpowiedział krotko
Syriusz wciąż wpatrując się w list, jakby bał się że okaże się jakąś sprytnie
ukrytą bombą.
Wyszedł z Gryffindoru i skierował
się do pierwszej, lepszej klasy. Nie wiedział dlaczego nie chciał przeczytać
tego listu w dormitorium. Po prostu wiedział, że list nie oznacza nic
dobrego. ,,Może ktoś umarł.” - przemknęło mu przez myśl.
Rozerwał kopertę i wyjął kawałek
pergaminu zapisanego małymi, równymi literkami.
Czytając z początku minę miał
obojętną, ale przy kolejnych linijkach coraz mocniej zaciskał zęby. Kiedy
skończył usiadł i pochylił głowę.
Mimo, że w liście nie było niczego
nadzwyczajnego zrobiło mu się naprawdę przykro.
Poczuł się nagle beznadziejny. Nie
miał kochającej, wspierającej go rodziny, której tak bardzo zazdrościł swoim
przyjaciołom. Nawet Glizdogonowi, którego wychowywała sama matka. Kochała go
przecież i pisała do niego przynajmniej raz w miesiącu, aby dowiedzieć się co u
niego słychać.
James tak bardzo denerwował się,
gdy rodzice co chwile przysyłali mu wiadomości. Odpowiadał krótko jęcząc, że
wciąż do niego wypisują…
Przedarł list na pół i wrzucił go
do kominka na korytarzu, aby obserwować jak płonie. Nie przyniosło mu to ulgi.
Odwrócił się i szybkim krokiem przemierzył cztery piętra, aby wreszcie znaleźć
się przed drzwiami wyjściowymi. Na dworze było już zupełnie ciemno i padał
deszcz. Syriusz uświadomił sobie, że ta pogoda doskonale odzwierciedla to, co się
w nim działo. Zaczął biec w stronę jeziora, a z oczu popłynęły mu łzy.
-CZEGO ODE MNIE CHCECIE?! – wydarł
się w ciemność, jakby miał nadzieję, że rodzice usłyszą go z tak daleka –
NIE JESTEM TAKI JAK WY… nigdy nie byłem – dodał cicho, kiedy głos mu się
załamał.
Czuł się strasznie nieszczęśliwy,
choć nie do końca rozumiał dlaczego. Przecież prawie każde święta spędza w
zamku. Czy tak bolało go to, że jego przyjaciele mają gdzie jechać? Czy był aż
tak samolubny?
-Każdy jest – powiedział głośno.
Wbiegł do zakazanego lasu, wyjął
różdżkę i ze złości zaczął strzelać w drzewa najróżniejszymi zaklęciami. Kiedy
przestał spojrzał na swoje dzieło. Drzewa wokół niego były lekko popalone i
zniszczone. Wrócił powoli do zamku i usiadł na schodach, znajdujących się w
mrocznym, tajnym przejściu, o którego istnieniu wiedziało niewiele osób.
Schował twarz w dłoniach. Z
przydługich włosów ściekała mu woda i trząsł się lekko z zimna i emocji. Był na
siebie zły, że okazał się być tak miękki.
James przyszedł tu i stając na
szczycie schodów zauważył swojego przyjaciela, chowającego twarz w dłoniach.
Zszedł powoli nie wiedząc jak ma się zachować.
-Hej… - wymamrotał ochrypłym
głosem.
Usiadł obok Syriusza i wpatrywał
się w niego przez chwilę, a potem zaczął patrzeć przed siebie, na stojący na
końcu korytarza stary wazon
- Syriuszu… Co się stało? – zapytał
cicho po dłuższej chwili milczenia.
Przyjaciel spojrzał się na niego po
chwili, niemal martwym wzrokiem i James ku swojemu zdziwieniu zauważył łzy na
twarzy Łapy.
-Nic… tak jakoś… - wyksztusił.
James patrzył na niego przez
chwilę, ale przyjaciel nie chciał spojrzeć mu w twarz. Wyraźnie czuł się
niezręcznie przyłapany w takiej sytuacji.
-No powiedz mi… przecież coś
musiało się stać…
-Po prostu czarne myśli… i tyle –
złapał się za głowę, jakby chciał wytrząsnąć z niej to, co sprawiało mu smutek.
– To chore. – dodał po chwili.
Znów zaczął trząść się od płaczu.
-To takie dziewczęce… - wymamrotał
po chwili ze złością.
James pokręcił głową.
-Każdy ma jakieś lęki… jakieś
smutki. Syriuszu, co się stało? – nie dawał za wygraną.
Syriusz nie chciał spojrzeć na
przyjaciela.
-Ktoś taki jak ty nie może mnie
zrozumieć… nie wiesz co to znaczy być naprawdę… samotnym.
James sam nie wiedział, jakiej
odpowiedzi się spodziewał, ale na pewno nie takiej.
Zaczął zastanawiać się nad tym, czy
kiedykolwiek czuł się samotny. Nie przychodziła mu do głowy żadna sytuacja.
-To ten list – powiedział nagle,
bardziej do siebie, niż do przyjaciela – List od twojej matki. – westchnął – Co
ta jędza ci napisała?
Syriusz przygryzł wargę.
-Nic… po prostu nie pojadę tam na
święta.
James uniósł brwi.
-Ty NIGDY nie przyjeżdżasz tam na
święta – przypomniał.
-Nieważne… chcę po prostu pobyć
chwilę sam – powiedział wstając. – Wróć do dormitorium.
-Nigdzie się bez ciebie nie
wybieram – oświadczył stanowczo James.
James przypomniał sobie coś nagle i
uderzył się dłonią w czoło z głuchym plaśnięciem.
-Idiota ze mnie. Nie powiedziałem
ci, że moi rodzice zaprosili cię na święta już pół miesiąca temu? Napisali coś
w rodzaju, że nie wyobrażają sobie, żebyś mógł nie przyjechać. Wiesz… w
zasadzie to oni zawsze chcieli mieć przynajmniej dwójkę dzieci… - powiedział –
Choć mówią, że mają ze mną problemów, jak z trójką – dodał.
Syriusz ponownie usiadł obok niego
uśmiechając się lekko.
-Są bardzo mili. Masz naprawdę
szczęście, mając ich za rodziców.
James uspokoił się widząc, że
Syriusz najwyraźniej nie zamierza już płakać.
-Wiedzą, co robią zapraszając nas
obu do swojego domu? – zapytał, aby rozluźnić atmosferę.
-Taaak, chyba tak. Mój ojciec
zaczarował nasz dom, aby nie mógł zapłonąć, rozlecieć się, ani nic podobnego, w
ten sam wieczór, kiedy kupili mi różdżkę przed pierwszym rokiem w Hogwarcie –
wspominał – Od tego czasu jak wyłamię kawałek ściany, to tylko ta część zostaje
zniszczona, a reszta pozostaje nienaruszona. Próbowałem też kiedyś
przeteleportować drzwi i coś mnie popchnęło na ścianę, a różdżka wypadła mi z
ręki…
Syriusz zachichotał lekko.
-Jak się chciałeś z nimi obrócić? –
zapytał.
-No… popchnąłem je, żeby zrobiły
dziewięćdziesiąt stopni i za nimi biegłem, a potem wylądowałem na ścianie,
jedyne co się przeteleportowało, to szyba w drzwiach. Znalazła się nagle na
podłodze w setkach kawałków.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu
z uśmiechami wpatrując się w podłogę.
Na bladej twarzy Syriusza pojawiły
się delikatne rumieńce.
-Nie sądziłem, że zobaczę kiedyś,
jak próbujesz kogoś pocieszyć – powiedział Syriusz z uśmiechem.
-Wszystko może zdarzyć się. Ty
nie musisz o tym wieeeeedzieć… -
zanucił James znaną piosenkę, którą często słuchała jego mama.
Kiedy szli do wieży panowało między
nimi nienaturalne milczenie, które w otaczających ich ciemności ciążyło
strasznie, niczym gęsta, czarna mgła. James nie był pewien, czy Syriusz także
czuje się głupio, bo ten zdawał się być teraz w innym świecie.
Syriusz nie spodziewał się, że
podobna sytuacja może się kiedykolwiek zdarzyć. Było mu głupio patrząc teraz na
Jamesa, wiedząc, że ten zobaczył na jego twarzy łzy oznaczające jego żal.
Mimo to musiał przyznać, że
towarzystwo przyjaciela bardzo mu pomogło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz