Teleportowali
się do Paryża. Khauriel zabrał ich na croissanty i kawę do jednej z francuskich
kawiarenek. Potem udali się na zwiedzanie Wersalu.
Julia nie miała pojęcia, gdzie
jej się bardziej podobało: w Paryżu czy
w Londynie. Oba miasta miały swój własny urok i swoją własną duszę.
Język francuski był dla nastolatki
kompletnie niezrozumiały, ale bardzo jej się podobał. Na szczęście w niektórych
miejscach we Francji można było też dogadać się po angielsku. Po trzech
godzinach skończyli zwiedzać. Wszyscy byli bardzo głodni, więc Khauriel obiecał
im, że zabierze ich na pizzę.
- Allons-y! –
powiedział wesołym głosem, po czym skierował się w stronę najbliższej pizzerii.
- Co to znaczy? – zapytał Jason.
- To po francusku znaczy chodźmy
– wyjaśniła Rose.
- Jestem baaaaaaaardzo głodna – powiedziała Julia, gdy
wchodzili do środka. – Mogłabym zjeść konia z kopytami!
- Niestety musisz zadowolić się pizzą – powiedział Khauriel.
– Może innym razem zjesz konia.
- Nie próbuj być zabawny – powiedziała Rose. – Kiepsko ci to
idzie.
Następnym miejscem do którego się
teleportowali był Berlin. Wylądowali tuż przy dużym posągu przedstawiającym
płaczącego anioła.
- Ludzie mają dziwne wyobrażenie aniołów – zauważył
Khauriel. – Ich zdaniem my zawsze mamy piękne, pierzaste, białe skrzydła . To
nie jest prawda. Nasze skrzydła pojawiają się tylko wtedy, gdy jesteśmy
zmuszeni kogoś zabić, są koloru czarnego i nie są upierzone. Nie są nawet
cielesne. To jest coś jak czarna poświata układająca się w kształt skrzydeł.
- Pomimo tego, że nasze skrzydła się różnią od skrzydeł tych
aniołów musisz przyznać, że ten posąg jest piękny - odpowiedziała Rose.
- Tak, jest piękny – odparł Khauriel. – Uwielbiam Ziemską
sztukę.
Khauriel
postanowił, że nie będą mieszkali w mieszkaniach stworzonych przez striverę, bo
jest to zbyt niebezpieczne. Z tego powodu udali się do najbliższego hotelu,
który okazał się bardzo luksusowy. Wynajęli w nim dwa pokoje – jeden dla
Khauriela i Rose i jeden dla Julii i Jasona i poszli od razu spać.
Następnego dnia wstali po godzinie jedenastej, zjedli śniadanie i
udali się do Berlińskiego zoo, w którym wszystkim bardzo się podobało.
- Chcecie teraz spróbować podróży w czasie? – zapytał nagle
anioł.
- Jasne – odpowiedziała Julia.
- Jest jakieś ograniczenie dotyczące tego gdzie i w jakim
czasie się gdzieś znajdziemy? – zapytał Jason.
- Nie – odpowiedział anioł. – Udamy się gdzie i kiedy tylko
chcecie.
- Obiecałeś mi kiedyś Włochy – powiedziała nagle Rose.
- To może w takim razie zobaczymy wojnę z Austrią? –
zaproponował Khauriel.
- Dla mnie spoko – odpowiedziała Rose i uśmiechnęła się
szeroko.
- Tylko musicie pamiętać, że jesteście tylko i wyłącznie
obserwatorami – powiedział Khauriel. – To jest historia i nie można jej
zmienić.
- Będziemy pamiętać – obiecała Julia.
*
- Gdzie dokładnie jesteśmy? – zapytała Rose.
- Pod Solferino – odpowiedział Khauriel. – Jest dzisiaj 24
czerwca 1959. Sprzymierzone siły francusko- sardyńskie toczą dziś bitwę z
Austriakami. Bitwa trwa już od ośmiu godzin i za godzinę się skończy.
Anioł i
jego towarzysze siedzieli na wzgórzu i przyglądali się z daleka walce.
- Czemu oni tak właściwie walczą? – zapytał Jason.
- Opowiem wam w takim razie o wszystkim, co teraz się dzieje
od samego początku – zaproponował Khauriel. – Jeśli będę was zanudzał to mi to powiedzcie.
- Dobrze – zgodziła się Rose. – Opowiadaj.
- Podczas Wiosny Ludów Włochom nie udało się stworzyć
zjednoczonego państwa – zaczął opowiadać Khauriel. – Mimo to nadal popierali
oni ideę odrodzenia narodowego, czyli risorgimento.
W połowie dziewiętnastego wieku do największych państw włoskich należały dwa
królestwa – Królestwo Obojga Sycylii oraz Królestwo Sardynii zwane też
Piemontem. Od 1848 roku Piemont był monarchią konstytucyjną rządzoną przez
króla Wiktora Emanuela II z dynastii sabaudzkiej. Ponadto premier rządu
sardyńskiego Camillo Cavour umacniał rolę Piemontu w północnych Włoszech,
głównie dzięki zaangażowaniu w politykę zagraniczną. Cavour był zwolennikiem
zjednoczenia północnej części Włoch. Inny zwolennik risorgimento, Giuseppe Garibaldi uważał natomiast, że do
zjednoczenia powinno dojść w wyniku działań całego narodu włoskiego.
- Giuseppe? – zdziwiła się Rose. – Przecież Giuseppe to nie
imię, tylko nazwa pizzy, którą kiedyś razem jedliśmy…
- Giuseppe to też imię – odpowiedział anioł i uśmiechnął
się. – Wiosną 1859 roku Austria, zaniepokojona umacnianiem pozycji Królestwa
Sardynii rozpoczęła przeciw niemu
konflikty zbrojne.
- Ziemia jest dziwną planetą – stwierdziła Julia. – Moim
zdaniem te wszystkie konflikty zbrojne są całkiem bezsensu. Mieszkańcy Sidratu
nie walczą między sobą o ziemie. Uważamy, że to bez sensu. Walczymy tylko z
władzami, jeśli są dla nas bezlitośni, z demonami i ewentualnie z wilkołakami i
wampirami, które nie zamierzają zapanować nad swoją naturą. Jednak zawsze najpierw
próbujemy im pomóc i walczymy tylko z nimi, jak już nie ma dla nich nadziei i
gdy musimy bronić przed nimi naszych bliskich.
- Ziemianie chyba lubią się bić – stwierdził Khauriel. –
Uwielbiają zdobywać nowe ziemie. Są strasznymi materialistami. Lubią mieć jak
największy majątek.
- Jestem w stanie zrozumieć to, że ludzie chcą mieć dużo
nowych książek albo ładnie urządzone domy – powiedziała Julia. – Ale czy warto
zabijać dla powiększenia majątku?
- Nie – odpowiedział Khauriel. – Nie warto. Niestety mieszkańcy
wielu planet popełniają ten błąd. Zabijają w imię pieniędzy, a nie miłości lub
nadziei na lepsze życie. Chyba lubią wywoływać chaos. Myślę, że właśnie przez
to prawie połowa demonów to byli mieszkańcy Ziemi.
*
Walka
się skończyła. Klęskę poniosła Austria. Khauriel już miał się teleportować
razem ze swoimi towarzyszami, gdy nagle zobaczył jakiegoś człowieka
przechadzającego się po polu walki i pomagającego służbom medycznym w
opatrywaniu rannych. Zaintrygowało go to.
Razem z towarzyszami podeszli do niego.
- Zajmuje się pan rannymi? – zapytała Rose.
- Pomagam im – odpowiedział mężczyzna. – Potrzebują pomocy
medycznej, a służba medyczna jest bezradna.
- Jest pan dobrym człowiekiem – powiedział Khauriel. – Jest
pan lekarzem?
- Nie – odpowiedział mężczyzna. – Jestem tylko kupcem.
Pochodzę ze Szwajcarii.
- Jak się pan nazywa? – zapytał anioł.
- Henri Duant – odpowiedział kupiec.
- Rose, Julio, Jasonie, zapamiętajcie dobrze to imię i
nazwisko – powiedział Khauriel. – To prawdopodobnie jeden z najlepszych ludzi
jakich spotkaliście w swoim całym życiu.
- Ja tylko pomagam ludziom – kupiec uklęknął przy rannym i
podał mu naczynię z wodą. – Nie mogę znieść cierpienia innych. Chciałbym kiedyś
zajmować się na poważnie pomocą rannym. Założyć jakąś organizację albo coś
takiego.
- Myślę, że ma pan na to zadatki – anioł uśmiechnął się.
Rose
tymczasem podeszła do rannego chłopca i uzdrowiła go. Zdziwiony chłopiec
podziękował jej.
- Nie mów nikomu o tym, co zrobiłam – powiedziała Rose. –
Niech to zostanie pomiędzy nami. Żyj dobrze, bądź grzeczny i nie zabijaj ludzi.
- Co robisz, Rose? – zapytał Khauriel.
- Nic – odpowiedziała anielica.
- To był zaszczyt pana poznać – powiedział anioł do kupca. –
Musimy już niestety iść. Pochodzimy z bardzo daleka. Podróżujemy. Mamy misję do
wypełnienia. To był zaszczy pana poznać.
- Jestem tylko kupcem – odpowiedział Henri Duant.
- Jest pan dobrym człowiekiem – odpowiedział Khauriel, po
czym zwrócił się do swoich towarzyszy – czas już wracać. Jak wam się podobało na Ziemi?
- Było genialnie – powiedziała Julia. – Ziemia jest
wspaniała.
- Musimy tu kiedyś wrócić – powiedział Jason.
- Na pewno jeszcze tu kiedyś się udamy – powiedziała Rose.
- Oczywiście, że tak – odpowiedział Khauriel. – Jeśli tylko
będziecie chcieli. Ziemia to fantastyczna planeta.
- Czy nasze rodziny zauważyły nasze zniknięcie? – zapytała
Julia.
- Nie – odpowiedział Khauriel. – Na Planecie Siedmiu Magów
nie ma nas jak na razie tylko od pięciu minut.
*
Khauriel i jego towarzysze
powrócili do Sidratu. Anioł miał rację. Nikt nawet nie zauważył ich zniknięcia.
Jason i Julia wrócili do domu i odkryli, że faktycznie minęło tylko pięć minut,
podczas gdy ich przygody trwały znacznie dłużej.
Julia
weszła do swojego pokoju, położyła się na łóżku i zaczęła czytać Harry’ego
Pottera. Khauriel miał rację. Książka była bardzo wciągająca. Czarownica od
razu zapragnęła, by przyjęto ją do Hogwartu, który był znacznie lepszą szkołą
magii niż instytut Firewood. Świat magii
z Harry’ego Pottera wydawał jej się lepszy niż jest w rzeczywistości. Od samego początku
znienawidziła Dursleyów. Musiała jednak
przyznać, że Draco Malfoy był jedną z jej ulubionych postaci, zaraz po Harrym i
Hermionie. Nastolatka skończyła czytać pierwszą część w dwie i pół godziny. Ziemskie książki były dla niej o wiele
fajniejsze niż książki z Planety Siedmiu Magów.
Po
zakończeniu lektury Julia udała się do kuchni, by zjeść kolację. Musiała
przyznać, że Ziemskie jedzenie smakowało jej o wiele bardziej niż to, które
jadła przez całe życie w Sidracie.
Po
kolacji nastolatka wykąpała się, umyła zęby i poszła spać. Pomimo tego, że
bardzo jej się podobało na Ziemi odrobinę stęskniła się za domem i swoim
własnym łóżkiem w swoim własnym pokoju.
Następnego
dnia z samego rana Julia i Jason udali się na szkolenia – Jason na szkolenie z
uśmiercania demonów, a Julia z rzucania silnych zaklęć przydatnych w
walce. Cały Sidrat przygotowywał się do walki z demonami. Po zakończonych
szkoleniach para obserwowała przez moment szkolenie dla dorosłych.
Uwagę
Julii przykuła walka Melanie Williams i jej męża z prototypami demonów. Trudno
było określić, które z nich było lepsze w walce. Melanie była bardzo potężną i
zaprawioną w wielu rodzajach walki czarownicą. Z tego, co Julia wiedziała
Melanie została wychowana przez tajną organizację, o której informacje zostały
wymazane z głowy kobiety raz na zawsze przez osobę rządzącą tą organizacją.
Melanie była energiczną czterdziestolatką. Była bardzo kobieca i potrafiła
wykorzystać każdy skrawek swojego ubrania, każdy kosmetyk i każdą biżuterię
jako broń. James był łowcą. Był bardzo silny, szybki i piekielnie inteligentny.
Zauważał dosłownie wszystko, zwracał uwagę na każdy nawet najmniejszy szczegół
i potrafił w kilka sekund znaleźć najsłabszy punkt przeciwnika. Jedyną osobą, która była w stanie go
przechytrzyć była jego żona.
Po
południu Julia spotkała się z Khaurielem, który postanowił dać jej naszyjnik
będący podręcznym miniteleporterem. Uznał on, że on jej się bardzo przyda,
jeśli tylko Julia będzie walczyła i będzie chciała nagle zniknąć
z pola walki. Wytłumaczył dziewczynie zasadę działania naszyjnika.
Działał on bardzo szybko i w kilka sekund przenosił on daną osobę w inne
miejsce. Niestety miał on ograniczony zasięg i nie można było za jego pomocą
podróżować pomiędzy wymiarami.
*
Przygotowania do nadchodzącej
wojny trwały. Łowcy i czarodzieje trenowali całymi dniami, bez przerwy, a
każdej nocy na zmianę patrolowali krainę. Z piekła wydostawała się coraz
większa liczba demonów, które mogły zaatakować w każdym momencie. Khauriel obsesyjnie sprawdzał, czy jego
podopieczni są odpowiednio uzbrojeni i wyszkoleni. Wszyscy byli wykończeni
ciągłymi treningami i przygotowaniami. W wolnym czasie, którego mieli bardzo
mało musieli zajmować się ulepszaniem schronów i gromadzeniem zapasów żywności.
Wiedzieli, że w czasie wojny jedzenie nie będzie łatwo dostępne.
Wykończony ciągłymi treningami i
brakiem snu Jason wszedł do swojego pokoju i rzucił się na łóżko. Na reszcie
mógł się chwilkę zdrzemnąć. Zamknął oczy. Sen jednak jak na złość nie chciał
nadejść. Łowca próbował wszystkiego
włącznie z liczeniem owieczek. Po kilku nieudanych próbach zaśnięcia w końcu
zrezygnował ze spania. Usiadł więc na łóżku i zaczął rozmyślać o zbliżającej
się wojnie. Gonitwę jego myśli przerwało wejście jego młodszego brata do jego
pokoju.
Tymczasem Julia szła przez łąkę
wzdłuż koryta rzeki. Czuła na karku i
ramionach palące promienie słońca. Nareszcie miała chwilę dla siebie. Po tym
jak w czasie treningów cztery osoby zemdlały z wykończenia odwołano treningi do
końca dnia. Trenerzy nie chcieli bowiem, by ich żołnierze umarli z wykończenia
przed rozpoczęciem się wojny. Julia położyła się na trawie i przymknęła oczy.
Gdyby nie zbliżająca się wojna ten dzień byłby dla niej doskonały. Pogoda była
idealna.
Nagle dziewczyna usłyszała jakiś
szelest. Natychmiast usiadła, wyciągnęła różdżkę i rozejrzała się dookoła.
- Doskonale – powiedział zadowolonym głosem idący w jej
kierunku Jason. – Czujność jest najważniejsza!
Julia
przyjrzała się chłopakowi. Wyglądał okropnie. Miał duże, ciemne wory pod oczami
i był bardzo wychudzony i posiniaczony.
- Idź do domu i prześpij się trochę – rozkazała mu Julia.
- Nie mogę – odpowiedział Jason. – Próbowałem zasnąć przez
ostatnią godzinę i nie byłem w stanie. Jestem zbyt wykończony by spać.
- To w takim razie coś zjedz – powiedziała Julia. – Kiedy
ostatnio coś jadłeś?
- Wczoraj zjadłem kanapkę z serem – odpowiedział Łowca po
chwili namysłu.
- Musisz coś zjeść – powiedziała czarownica. – Jak tu szłam
widziałam chyba krzak malin. Poszukajmy go. Wiem, że maliny to mało, ale nie
jestem pewna, czy dasz radę dojść do domu. Wyglądasz strasznie…
- Wiem – odpowiedział Jason. – Jak zombie…
- Chodźmy! – powiedziała Julia wstając z trawy.
*
Julia i
Jason zjedli wszystkie maliny zerwane z krzaczka, gdy nagle ściemniło się, a
niebo przecięła błyskawica.
- Wracajmy do domu -
powiedział Jason, chwytając ją delikatnie za rękę.
Zaczęli
iść w stronę do Julii. Nagle dziewczyna
zaczęła drżeć z zimna. Miała na sobie tylko cienki top i jeansy. Jason
zdjął z siebie swoją skórzaną kurtkę i podał ją dziewczynie, która ubrała ją.
- Dziękuję – odpowiedziała Julia i uśmiechnęła się.
*
Jason
wszedł do domu i usłyszał szloch dochodzący z salonu. Szybko wbiegł do pokoju i
zobaczył swoją mamę i Khauriela siedzących na kanapie. Emma płakała, a Khauriel
głaskał ją łagodnie po plecach.
- Co się stało, mamo? – zapytał Jason.
- Demony zaczęły wydostawać się z piekła – powiedział
Khauriel.
- Kilka z nich tu przyszło … – powiedziała Emma. – Porwali twojego brata… - Emma ukryła
twarz w dłoniach. – Zabrali mojego małego Seamusa … On ma tylko dwanaście lat…
- Wszystko się jakoś ułoży – zapewnił ją Jason. – Uratujemy Seamusa…
Prawda, Khaurielu?
- Oczywiście, że tak – odpowiedział Khauriel wstając z
kanapy i wychodząc z pokoju. – Mogę cię prosić na chwilkę na słówko, Jasonie?
- Jasne – Jason wyszedł za nim z pokoju.
- Nie chciałem tego
mówić przy twojej mamie – powiedział
Khauriel. – Ale nie wiem, czy damy radę uratować twojego brata…
- Powiedziałeś mojej mamie, że nam się uda …
- Nie chciałem jej odbierać nadziei… Zasada numer jeden :
Każdy kłamie…. Nawet anioły… Spróbujemy
uratować twojego brata, ale nie obiecuję, że to się uda… Będzie to dla nas
bardzo, ale to bardzo trudne zarówno
fizycznie jak i psychicznie…
- Damy radę – powiedział stanowczo Jason. – Jestem tego
pewien! Damy radę! Musimy… To mój brat…
*
Wojna z
demonami zaczęła się na dobre. Już w ciągu kilku pierwszych godzin zginęło
mnóstwo ludzi i zaledwie dwa albo trzy demony. Seamus nadal znajdował się w
rękach wroga. Sytuacja wyglądała dosyć nieciekawie.
Khaurielowi
zaczęły się kończyć pomysły, w jaki sposób mógłby ocalić brata Jasona. W końcu
postanowił wcielić w życie najbardziej niebezpieczny i ostateczny plan.
Postanowił spotkać się ze swoją byłą żoną…
Anioł
przybył na cmentarz o północy. Podszedł do jednego z grobów. Wyciągnął zza
pazuchy striverę i wycelował nią w nagrobek. Błysnęło niebieskie światło. Nagle
Khauriel usłyszał za plecami huk. Powoli się odwrócił i stanął oko w oko z
Lilith.
- Witaj, skarbie – powiedziała uwodzicielskim głosem.
Lilith była piękną kobietą. Miała
długie, proste, rude włosy opadające kaskadami na jej plecy i ramiona, zielone
oczy i sercowatą twarz. Była wysoka i zgrabna. Miała na sobie krótką, obcisłą
czarną sukienkę na ramiączkach z dość dużym dekoltem i czarne szpilki.
- Wyglądasz olśniewająco – powiedział szczerze Khauriel.
- Ty też – odpowiedziała Lilith. – Widzę, że masz nowe
ciało. Pasuje do ciebie… Dobra, przejdźmy do interesów!
- Skąd wiesz, że mam do ciebie interes? – zapytał anioł. –
Może po prostu się za tobą stęskniłem?
- Znam cię dobrze, skarbie – Lilith uśmiechnęła się. – Widzę
to w twoich oczach…
- Rozgryzłaś mnie … Jestem tu z powodu Seamusa … To jeden z
moich podopiecznych łowców. Twój ojciec go porwał…
- Mój tatuś znowu źle się zachowuje? – Lilith zaśmiała się.
– Mam z nim pogadać?
- Nie sądzę, żeby rozmowa coś dała – powiedział anioł. –
Chcę, żebyś dowiedziała się, gdzie znajduje się Seamus, kto go pilnuje i
pomogła mi się tam dostać, bym mógł go stamtąd wydostać. Wiem, ze wymagam od ciebie sporo, ale jest to
dla mnie naprawdę bardzo ważne…
- Więc mam ci pomóc w wydostaniu z kryjówki mojego ojca jego
jeńca?! Mam zdradzić mojego tatę?! Człowieka, który mnie wychował?! – krzyknęła
Lilith. – Dobra!
- Co?! – zapytał zaskoczony Khauriel.
- Dobra – Lilith uśmiechnęła się. – Wchodzę w to! Jak to
mówią: ‘grunt to bunt’! Marcus nie jest dobrym ojcem. Zrobię wszystko, by go
wkurzyć i by pokazać mu, że nie jestem taka jak on!
- Zrobisz to?! – zdziwił się anioł. – Naprawdę?
- Oczywiście, że tak – Lilith podeszła do Khauriela i go
przytuliła. – Dla ciebie wszystko, skarbie…
- Tęskniłem za tobą … - wyszeptał jej Khauriel do ucha. –
Żałuję, że pozwoliłem mojemu bratu zniszczyć nasze małżeństwo…
- Nic nie mogliśmy na to poradzić… - demonica puściła
Khauriela i uśmiechnęła się smutno. – Jesteś aniołem, a ja demonica … W dodatku
jestem księżniczką piekła… Wiedzieliśmy , że prędzej, czy później to tak się
skończy … Musisz jednak wiedzieć, że ja nadal cię kocham… I sądzę, że ty mnie
też …
Lilith
poczuła jak łzy napływają jej do oczu, a potem znajome pieczenie w gardle.
Często płakała, ale zazwyczaj robiła to w odosobnieniu. Nienawidziła płakać
przy ludziach. Była w końcu demonicą. W dużej mierze jednak zachowała swoje
człowieczeństwo. Po policzkach księżniczki piekła zaczęły spływać łzy. Demonica płakała po raz pierwszy w obecności
anioła. Zawsze udawało jej się być silną . Nigdy nie dawała po sobie poznać, że
odczuwa ból albo strach. Aż do teraz.
Zawsze
ludzie przychodzili do Khauriela, a on im pomagał z ich problemami i pocieszał
ich. Jednak ludzi nie interesowały problemy anioła, więc Khauriel nigdy nie
okazywał przy nich słabości. Potrzebował jednak kogoś, komu mógłby się w każdej chwili wygadać i wyżalić; kogoś, kto
byłby dla niego oparciem. Tą funkcję spełniała Lilith.
- Przepraszam – powiedziała nagle zawstydzona demonica.
- Nie musisz – odpowiedział anioł. – Nie masz za co…
Khauriel podszedł do Lilith i przytulił ją, a ona się w niego
wtuliła.
- Kocham cię … - szepnęła.
- Ja ciebie też – odpowiedział.
Ich
usta zetknęły się w namiętnym pocałunku. W końcu po pewnym czasie, który był
dla nich ich własną wiecznością oderwali się od siebie.
- Muszę już iść – powiedziała Lilith ocierając wierzchem
ręki łzy spływające je po policzkach. – Niedługo się do ciebie odezwę…
Zniknęła.
Khauriel spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz